Mrużąc oczy: Ja też wybrałbym Chiny

china

Pieniądz rządzi światem – wszyscy doskonale o tym wiemy. Każdego dnia gonimy za mamoną, za dobrami doczesnymi. Mając okazję, by zarobić więcej, po prostu korzystamy. To normalne. Nienormalna jest zazdrość, która zazwyczaj podszywa się pod święto(je)bliwe oburzenie, gdy to nie my, lecz ktoś inny dostaje szansę ustawić się do końca życia. Wtedy nazywamy to brakiem ambicji. Sprzedał się – mówimy. Szczerze? Chciałbym kiedyś znaleźć się na miejscu Teveza, Oscara czy Witsela. Schować tę całą ambicję głęboko do kieszeni, by mieć gdzie upchać kupę szmalu, którą zarobię. Ot, choćby po to, by zagrać na nosie wszystkim „oburzonym” takim postępowaniem. Moje życie, moja decyzja. Nic innym do tego.

Ofensywa transferowa chińskich klubów oburza sporą część kibiców w Europie. Głównie tych jednak, którzy nie zauważają pewnej prostej rzeczy – to nic nowego w piłce. Po prostu na rynek wszedł nowy gracz z niemal nieograniczonymi środkami. Podobnie było w przypadku oligarchów z Rosji czy wszelkiej maści szejków inwestujących w kluby na Starym Kontynencie.

Rozumiem, że to złości, że irytuje. Podobne odczucia mam jednak co okienko transferowe we Włoszech, gdy łapy na wyróżniających się piłkarzach Serie A kładą średniaki Premier League. I na stół wykładają zaporowe 30 milionów euro. Bo ich stać, bo mogą. Czym to się różni od zachowania Chińczyków? Skala inna, ale problem pozostaje ten sam. Owa wschodząca gwiazda calcio mogłaby dostać angaż w czołowej drużynie w Italii, ale często wybiera pieniądze i grę o środek tabeli/utrzymanie w Anglii. Gdzie są wtedy obrońcy moralności i romantycznego futbolu?

Tak, wiem, że grając w Premier League, nie znikamy z piłkarskiego radaru i możemy nie tylko dobrze zarobić, ale i rozwijać się sportowo. Chiny to pod tym względem zupełnie inna bajka, stąd też pieniądze, którymi kuszą, muszą być odpowiednio większe. Witsel w „Juve” zarabiałby 4,5 miliona euro za sezon. Dla mnie niewyobrażalna kwota – rok na takim kontrakcie i uzbierałbym więcej, niż byłbym w stanie wydać kiedykolwiek. Chińskie kluby zaproponowały jednak cztery razy tyle – 18 milionów. No i piłkarzowi z automatu musi zapalić się lampka, musi się chociaż przez sekundę zastanowić, zawahać: – Zaraz skończę 28 lat, mam przed sobą jeszcze pięć, sześć sezonów na wysokim poziomie. Co jeśli to ostatnia szansa na zarobienie dużych pieniędzy?

Przecież o to w tym wszystkim chodzi. Do cholery, nie dla każdego piłkarza futbol musi być religią, pasją. Nie każdy musi być jak Totti, nie każdy musi myśleć o zdobywaniu trofeów, byciu najlepszym na świecie. Siłą rzeczy są i tacy, którzy trenują całe życie po to, by się dorobić. Traktują granie jako zawód, który zapewnia im godziwy byt. Wyżej od pucharu Ligi Mistrzów cenią dodatkowe zero na koncie. I wiecie co?

NIE MA W TYM NIC ZŁEGO.

Nie gloryfikujmy za wszelką cenę czegoś, co i tak już dawno oparte jest na ogromnych pieniądzach. Nie udawajmy, że chińska ofensywa to coś gorszego od szastania kasą przez europejskie kluby. Wszystko rozbija się tylko o to, co piłkarz chce osiągnąć podczas swojej kariery. Czy liczy na wielką chwałę i trofea, czy ogromne pieniądze i mniejsze sukcesy sportowe? Przecież tak Witsel, jak i przede wszystkim Oscar zdążą jeszcze do Europy wrócić. Być może przegapią najlepszy moment w swojej karierze, ale przynajmniej zabezpieczą się finansowo do końca życia. Czy można ich za to winić? Moim zdaniem nie. Czy można zarzucać im brak ambicji sportowych? Jak najbardziej. Wybrali pieniądze. Niewyobrażalne pieniądze.

Łatwo jest krytykować „słabość”, gdy sami nigdy nie stanęliśmy przed takim wyborem. Gadajcie zdrowi – nie wiecie, co byście zrobili. Nikt nie wie. Może wybralibyście ambicję, nie przeczę. Ale dopóki mówimy czysto teoretycznie, dopóki niewyobrażalna fortuna nie jest kwestią jednego podpisu, to tylko czcze przechwałki. A już nigdy w życiu nie uwierzę, że będąc u schyłku kariery piłkarskiej, nie skorzystalibyście z okazji takiej, jaką od losu otrzymał Carlos Tevez. Jakakolwiek krytyka wyboru Argentyńczyka jest dla mnie niezrozumiała. Facet za miesiąc skończy 33 lata, co ma jeszcze do udowodnienia?

Za każdy dzień pobytu w Chinach zarobi 88 tysięcy funtów. Naprawdę są ludzie, którzy nie potrafią zrozumieć tego wyboru?

Pewnie tak, ale wiecie co? Podejrzewam, że jeśli Tevezowi zrobi się z powodu internetowej zawiści przykro, jeśli zbierze mu się na płacz… to otrze łzy plikiem banknotów. Może i pieniądze to nie wszystko, może szczęścia nie dają, ale przynajmniej „chusteczek” Argentyńczykowi nie zabraknie nigdy. A gdy już poprawi mu się humor, to kupi nowy samochód, ewentualnie trzy. Bo może.

A Wy nie.

_____________________________________
Więcej moich przemyśleń możecie znaleźć na mojej stronie na Facebooku i na Twitterze. Wbrew pozorom praca zawodowa na „Mrużąc oczy…” się nie kończy! Do przeczytania!

PS Wypociny niepiłkarskie do zobaczenia tutaj. Również zapraszam :)

Komentarze

komentarzy