Biednemu wiatr w oczy? Reus i Bender w kolejce dortmundzkiego szpitala

Borussia Dortmund w tym sezonie w niczym nie przypomina drużyny sprzed chociażby kilkunastu miesięcy. Wielkiego regresu żółto-czarnych nie zakrywa nawet ostatnie wysokie zwycięstwo z Werderem Brema (5:1) na jego stadionie, bo lata świetności nowy klub Ludovica Obraniaka ma już za sobą. Niegdyś fantastycznie działająca maszyna Jurgena Kloppa przeżywa spory kryzys, z którego będzie w stanie wyjść chyba tylko po gruntownym remoncie. Gra Borussi nie sprawia bowiem przyjemności ani kibicom, ani nawet samym zawodnikom – wystarczy popatrzeć na sposób, w jaki Lewandowski i spółka celebrują zdobycie bramki oraz porównać to z tym, jak cieszyli się ze zwycięstw i smucili po porażkach w ubiegłych sezonach. Bez żadnych emocji. Jak na gierce treningowej.

 

Coś się w dortmundzkiej drużynie wypaliło, a gdyby tego było mało to piłkarzy z Signal Iduna Park prześladuje fatum związane z kontuzjami. Kolejni piłkarze wypali z gry, tym razem klub z Westfalii będzie musiał sobie radzić bez Marco Reusa i Svena Bendera. Pomocnicy Borussi i reprezentacji Niemiec dołączyli tym samym do Kuby Błaszczykowskiego, Ilkaya Gundogana, Matsa Hummelsa czy Nevena Suboticia. Szpital w Dortmundzie otwarty jest cały sezon, do gry po długiej kontuzji niedawno wrócił przecież Piszczek, problemy miał także Marcel Schmelzer czy Nuri Sahin.

 

Kiedy Bayern w ubiegłym sezonie wygrał wszystko i jeden mecz więcej, zepchnięty z mistrzowskiego tronu król z Dortmundu zalały ostrzeżenia mówiące o konieczności wzmocnienia ławki rezerwowej i zwiększenia kadry. Zorc, Watzke, Klopp i spółka co prawda sprowadzili za niemałe pieniądze Aubameyanga, Mkhitaryana i Sokratisa, ale tak naprawdę kadrowo tymi transferami wyszli na zero. Do największych rywali poodchodzili przecież Martio Gotze (Bayern) i Felipe Santana (Schalke), a jeśli doliczymy do tego wypożyczenia Leitnera i Bittencourta, kadra Borussi zeszczuplała. Wydawało się, że po chwyceniu brzytwy, jakim bez wątpienia było ściągnięcie z emerytury Manuela Friedricha czy wystawianie w ważnych meczach młodego Mariana Saara, ludzie odpowiedzialni za transfery w Dortmundzie pójdą po rozum do głowy i dokonają w obliczu dużej ilości kontuzjowanych zawodników dwóch albo trzech transferów. Szczególnie, jeśli spojrzymy na pozycję BVB w ligowej tabeli, gdzie do niedawna nie łapali sie na podium, o dogonieniu liderującego Bayernu nawet nie marząd – piłkarze Pepa Guardioli już dawno uciekli z oczu przeciwnikowi z finału Chapions League na Wembley.

 

Cieżko jednak powiedzieć, by zimą telefony sekretarek klubu z Signal Iduna nie były rozgrzane do czerwoności – zaledwie jeden, w dodatku awaryjny, transfer młodego Jojicia mozna uznać za nieśmieszny żart. Ktoś oczywiście może powiedzieć: „tyle kontuzji, pech”. W parze z wiatrem w oczy idzie jednak zadziwiająca ignorancja włodarzy klubu, tych samych, którzy przecież dokonali majsterszyku, wyciągając go ze skraju bankructwa. Co kierowało taką krótkowzrocznością – nie wiadomo. Pewne jest jednak, że finalista Ligi Mistrzów nie może sobie pozwolić na to, by przed najważniejszymi meczami sezonu martwić się o sklecenie jedenastu ludzi zdolnych do gry. Po prostu nie wypada.

 

/Bartek Stańdo/