Realna szansa

O jedenasty tytuł w swojej wielkiej historii będą grać w sobotę zawodnicy Realu Madryt. Do wygrania jest coś więcej, niż tylko srebrny puchar. W Mediolanie można odwrócić perspektywę, sprawić, by kibice wspominając za jakiś czas sezon 2015/2016, uśmiechali się, zamiast wypominać głupotę zarządu. Nieprawdopodobne, że kwalifikacja całego sezonu do tych udanych lub nie, zależy tylko od tego meczu.

Ten sezon w wykonaniu Realu Madryt był trochę jak Pierwsza Komunia Święta i wybaczcie to porównanie, ale jest maj. Na samym początku, standardowo piłkarze w białych albach (strojach) ustawili się jeden za drugim, tuż przed wejściem do świątyni. Niedługo po rozpoczęciu całej ceremonii i pierwszych meczach okazało się, że ktoś zaspał i się spóźni. David – bo tak wielki nieobecny na tej imprezie ma na imię, został zaproszony już dużo wcześniej, a mimo to nie przybył. Tłumaczono go problemami technicznymi. Wróćmy do tego co działo się w kościele. Po niemrawym początku (0-0 z Gijon) przyszedł czas na występy tych najbardziej utalentowanych. Cristiano strzelił 5 bramek w meczu, a Real kroczył od zwycięstwa do zwycięstwa, w międzyczasie remisując z Atletico i Malagą. Całość wyglądała całkiem nieźle, aż do największej możliwej wpadki. Tuż przed odebraniem hostii, Real Madryt potknął się i wylądował twarzą na zimnej, marmurowej posadzce swojej świątyni. Rodzinę naraził na wstyd, a zgromadzonych gości na szyderczy śmiech. Najgłośniej śmiali się ci, którzy przybyli z Barcelony. Z Królewskiej familii nikt nie winił jednak dziecka, które w meczu wystąpiło, ale człowieka, który go do tego wielkiego wydarzenia przygotowywał. Ten gruby, brodaty facet, u wielu budził niechęć od samego początku. Od tej pamiętnej 12. kolejki cierpliwość zaczęli tracić nawet ci, którzy za Benitezem stali murem. Wiadomo, że Perez do ludzi najcierpliwszych na świecie nie należy, więc tym bardziej zadziwiające były jego słowa wsparcia:

„Przeanalizowaliśmy dokładnie sytuację sportową i chcę zakomunikować, że trener Realu Madryt, Rafa Benítez, ma nasze pełne wsparcie i zaufanie.”

Słowa, słowa, słowa… Rzeczywistość była taka, że 4.01 na drzwiach do gabinetu nie było już złotej tabliczki z imieniem i nazwiskiem Hiszpana. Do momentu zmiany na ławce szkoleniowej w Realu komunijne przyjęcie było po prostu smutne. Rodzina była podzielona, w tle słychać było nudną muzykę, a i jedzenie nie poprawiało sytuacji. Najgorsze było spojrzenie na przyjęcie odbywające się za ścianą. Tam goście siedzieli weseli, a trzech wodzirejów skutecznie zabawiało pozostałych. Wszystko w rytmie południowo-amerykańskich hitów. Mniej więcej w połowie imprezy gospodarz zdecydował się na zmianę. Na salę weszła szczupła, wysportowana osoba. Miała dobrze skrojony garnitur, dokładnie ogoloną głowę i pełne nadziei serce. Spóźnił się, bo opiekował się młodszymi dzieciakami. Nie brakowało sceptycznych głosów. Najbardziej marudziły ciocie siedzące z lewej strony stołu: że młody, że nigdy nie prowadził tak ważnej imprezy, że nie ma doświadczenia, a sama dobra wola może nie wystarczyć.

160104164534-zinedine-zidane-1-super-169

Zizou dużo nie mówił i od razu zabrał się do pracy. Zmienił muzykę, a ludzie zaczęli ze sobą rozmawiać. Integracja była widoczna od początku. Na stole ciągle znajdowało się to samo niesmaczne jedzenie. Francuzi na kuchni znają się dobrze i Zinedine tu trochę doprawił, tu podgrzał i dało się zjeść. Co jakiś czas jednak potrawy stygły i wracały koszmary sprzed jego przybycia. Porażka z Atletico ostudziła nieco optymizm, a Ronaldo wrzucił do szatni granat.

„Gdyby wszyscy byli na moim poziomie, bylibyśmy może na pierwszym miejscu.”

Niedługo po publikacji tych słów, Cristiano przesłał oświadczenie, w którym zapewniał, że odnosił się do poziomu fizycznego i nie czuje, by był lepszy od któregokolwiek ze swoich kolegów. Tłumaczenie było równie przekonujące co występ Królewskich w tamtym meczu. Zidane poradził sobie i z tym, najgłośniejszym gagatkiem. Potrafił do Portuglaczyka dotrzeć w mistrzowski sposób. Dziś na kilka dni przed finałem Ronaldo zapewnia, że chce w Madrycie skończyć karierę. Metamorfoza jak się patrzy!

Dziwny to był sezon dla Realu. Przeplatany kontuzjami i wielkimi powrotami Garetha Bale’a czy głównego projektanta – Luki Modricia. Nie brakowało w nim zakrętów i organizacyjnych kompromitacji, jak ta w Pucharze Króla. Powiem szczerze, że myśląc o tym sezonie w wykonaniu Królewskich, nie przypominam sobie wielkiego, wyjątkowego meczu – niezależnie od rozgrywek. Takim mogłoby być spotkanie z Wolfsburgiem, ale do tej dramaturgii doprowadziła wpadka w Niemczech. Może mecz, o którym mówię, rozegra się po pierwszym gwizdku Marka Clattenburga? Chyba nikt ubrany tego dnia w biały t-shirt nie miałby nic przeciwko.

Na koniec dobra wróżba. Ta mówi, że spośród dziesięciu sezonów, które Real kończył jako najlepszy zespół Europy, tylko dwukrotnie drużyna z Madrytu zdobywała mistrzostwo kraju. Może to dobrze, że w lidze Barcelony dogonić się nie udało i wszystko sprowadza się do tego jednego meczu? Doświadczenie w takich ratujących sezon meczach ma właśnie Zizou. To on odmienił sezon 2001/2002, gdy fantastycznym wolejem zdobył dla Realu dziewiąty puchar w historii. Wtedy w Primera Division Los Blancos musieli oglądać plecy Valencii i Deportivo. Alvaro Arbeloa fantastycznie zdefiniował kiedyś Madridismo, jako ciągłą wiarę. W sobotę prawdziwym Madridistą musi być każdy kibic Realu, bo poza wiarą nie pozostaje nic.