„AJEZUSMARIA!”, czyli największe piłkarskie kompromitacje 2019 roku

To już dziś. Dokładnie o północy skończy się nie tylko miesiąc, ale i cały rok. To świetna okazja by postawić przed sobą zupełnie nowe cele, zacząć wszystko od nowa. Mówi się, że nie należy rozpamiętywać tego co złe, a zamiast tego warto skupić się na pozytywach i możliwości poprawy. Złe rzeczy powinniśmy oddzielić grubą kreską i umówmy się – w świecie piłki mamy wiele przykładów klubów, których zawodnicy i kibice daliby wiele, by móc w tę sylwestrową noc postawić między 2019 a 2020 rokiem naprawdę grubą krechę. Z tej okazji przygotowaliśmy naszą „nienawistną ósemkę”, czyli osiem kompromitacji, które poległe strony chciałyby jak najszybciej zapomnieć.

8. Europa FC – Legia Warszawa (0:0)
Zaczynamy dość nietypowo, bo nie od wysokiego wyniku, a meczu, w którym nie padły żadne gole. Polska piłka klubowa przyzwyczaiła nas do tego, że bardzo często jest jedną, wielką kompromitacją i nie inaczej było w tym przypadku. Legia Warszawa, bezsprzecznie jedna z najlepszych drużyn na naszym krajowym podwórku, nawet mimo słabej formy była zobligowana, by spokojnie wygrać ten mecz. W pierwszej rundzie eliminacji do Ligi Europy podopieczni Aleksandara Vukovicia udali się na… Giblartar. Drugi zespół tamtejszej ligi okazał się wystarczająco mocny, by nie dopuścić do straty bramki przeciwko zawodnikom Legii. W rewanżu stołeczny klub wygrał 3:0, jednak niesmak – ocierający się o śmiech przez łzy – pozostał.

7. Watford – Manchester United (2:0)
Mecz sprzed kilku dni, w którym co prawda padły bramki, ale także niewiele. Biorąc pod uwagę opinię, jaką od dobrych kilku lat (a na pewno miesięcy) ma Manchester United, kolejna porażka być może nie wydaje się niczym szczególnym. W tym przypadku mówimy jednak o starciu z absolutną czerwoną latarnią ligi, jaką jest w tym sezonie Watford. A na pewno był, właśnie do meczu z „Czerwonymi Diabłami”. Dziewięć punktów i zaledwie jedna wygrana, z równie słabym Norwich – w takiej sytuacji „Szerszenie” przystępowały do meczu z podopiecznymi Ole Gunnara Solskjaera. Ci z kolei mieli za sobą dobry okres, w którym udało się pokonać Tottenham i Manchester City. Zestawiając te rzeczy, porażka z Watfordem była jedną z najbardziej dołujących rzeczy, jakie fani „Czerwonych Diabłów” przeżyli w kończącym się roku.

6. Eintracht Frankfurt – Bayern Monachium (5:1)
Spotkanie, które zmieniło wszystko – tak można nazwać starcie z początku listopada, którego wynik spowodował odruch przecierania oczu u naprawdę wielu osób. Bayern, dla którego była to dopiero trzecia porażka w sezonie, nie przywykł do takich wyników. Zdały sobie z tego sprawę także władze klubu, które postanowiły zwolnić Niko Kovaca. Jedyne pocieszenie dla fanów bawarskiego klubu? Eintracht po upokorzeniu mistrza Niemiec wpadł w „klątwę Bayernu” i w siedmiu kolejnych meczach ligowych zdobył… zaledwie jeden punkt.

5. Atalanta Bergamo – Milan (5:0)
Kolejny mecz z ostatnich dni, kolejny dotyczący drużyny przechodzącej przez duże kłopoty. Milan po poprzednim sezonie rozstał się z Gennaro Gattuso uważając, że drużyna ma większy potencjał, niż piąte miejsce w lidze, które udało się zająć. Czy było warto? Jedenasta pozycja, na której obecnie znajdują się „Rossoneri”, raczej na to nie wskazuje. Nie wskazuje na to także ostatni mecz, jaki podopieczni Stefano Pioliego rozegrali w 2019 roku. 0:5 z Atalantą to największa porażka w historii występów klubu w Serie A, a zarazem wyrównanie wyniku z 1998 roku (porażka 0:5 z Romą). Nawet biorąc pod uwagę katastrofalną formę zespołu, takie mecze to hańba.

4. Manchester City – Chelsea (6:0)
Nie tylko w tym sezonie Chelsea przeplata mecze świetne z tragicznymi. W poprzedniej kampanii, jeszcze z Maurizio Sarrim na ławce, udało się wygrać Ligę Europy i zająć trzecie miejsce w lidze, ustępując jedynie rozpędzonym Liverpoolowi i Manchesterowi City. Po drodze, w pierwszej połowie lutego, zdarzył się jednak blamaż, po którym nastroje w otoczeniu „The Blues” były naprawdę słabe. Chelsea przegrywała na Etihad Stadium 0:4 już po 25 minutach, a koncert strzelecki (hat-trick) urządził sobie Sergio Aguero. Dla londyńczyków była to największa porażka od kwietnia 1991 roku, kiedy takim samym wynikiem zakończyło się starcie z Nottingham Forest.

3. Tottenham Hotspur – Bayern Monachium (2:7)
Grasz w elitarnej Lidze Mistrzów, na własnym obiekcie, jako finalista zakończonej kilka miesięcy wcześniej edycji. Masz okazję zatrzeć złe wrażenie z początkowych tygodni sezonu i wejść na kolejną zwycięską ścieżkę. Co robisz? Cóż, na pewno nie przegrywasz 2:7, tracąc tyle bramek po raz pierwszy od ponad 20 lat (1:7 z Newcastle pod koniec 1996 roku). Serge Gnabry do spółki z Robertem Lewandowskim upokorzyli rywala, rozpoczynając ostateczny etap wielkiej niespodzianki, jaką mimo wszystko było zwolnienie Mauricio Pochettino.

2. Southampton – Leicester City (0:9)
Dwucyfrówki nie było, ale największa porażka w historii Premier League zasługuje na miejsce w czołówce zestawienia. Drużyna Jana Bednarka przeżywa w obecnym sezonie bardzo trudne chwile, a posada trenera Ralpha Hasenhuttla kilkukrotnie wisiała na włosku. Zresztą – wciąż nie jest pewna. Niecodziennie zdarza się, by dwaj zawodnicy tej samej drużyny zanotowali hat-tricki w jednym meczu, a właśnie takiej sztuki dokonali Jamie Vardy i Ayoze Perez. „Święci” nieprędko mieli okazję by się zrehabilitować. Po tej klęsce terminarz dwukrotnie postawił na ich drodze Manchester City, a także Everton i Arsenal. Od meczu z „Kanonierami” (2:2) coś jednak drgnęło – Southampton w siedmiu meczach zdobył 13 punktów i obecnie zajmuje 15. miejsce w tabeli.

1. Liverpool – Barcelona (4:0)
Naszym zwycięzcą i zdobywcą miana „największej piłkarskiej kompromitacji roku” została FC Barcelona. Tym razem najważniejsze nie są rozmiary porażki, a jej znaczenie i niewiarygodność. „Blaugrana” po zwycięstwie 3:0 na Camp Nou wjechała na autostradę do upragnionego finału Ligi Mistrzów. Wydaje się, że takiej przewagi nie da się roztrwonić, chociaż w stolicy Katalonii już rok wcześniej przekonano się, że „impossible is nothing”. Wtedy Barcelona w rewanżu z Romą wypuściła domowe 4:1. Takie lekcje są brutalne, ale zwykle dają porządną nauczkę i sprawiają, że coś takiego nie zdarza się drugi raz. Tym razem się zdarzyło. Anfield sparaliżowało przyjezdnych, którzy nie byli w stanie zrobić absolutnie nic. Dobitnie pokazały to także nagrania Amazona z przerwy meczu, kiedy Jordi Alba w szatni po prostu płakał. Dokładając do tego fakt, że Liverpool musiał radzić sobie bez Mohameda Salaha, mamy obraz kompromitacji roku. Ciekawe, co przyniesie nam kolejny…

Komentarze

komentarzy