Żenady ciąg dalszy. Sędziowie zadecydowali o tym, kto zagra w Lidze Mistrzów?

Felix Brych – „bohater” sobotnich wydarzeń

Ile w ostatnim czasie pisało się o dramatycznym sędziowaniu i konieczności wprowadzenia powtórek? Szczerze mówiąc, szkoda tracić czasu na szukanie. Pewne jest natomiast, że było tego bardzo dużo – zdecydowanie ZA dużo. Kiedy już myśleliśmy, że kontrowersje kontrowersjami, ale prawdziwe jaja dzieją się tylko w Hiszpanii, zaskoczyło nas sobotnie popołudnie z Bundesligą.

Każdy, kto choć w minimalnym stopniu interesuje się niemiecką piłką, wiedział, jakie znaczenie miał dzisiejszy pojedynek w Dortmundzie między BVB a „Wieśniakami”. Rewelacyjne pod wodzą Juliana Nagelsmanna Hoffenheim przed 32. kolejką zajmowało trzecią pozycję w lidze, gwarantujące bezpośredni udział w najbardziej prestiżowych europejskich rozgrywkach. Goniąca ich Borussia miała punkt straty, więc w tym bezpośrednim pojedynku gościom bez wątpienia wystarczał remis.

Często zdarzają się mecze, w których sędziowie delikatnie mylą się na niekorzyść głównie jednej drużyny. To samo w sobie budzi poczucie lekkiej stronniczości i niesmaku. Co jednak w sytuacji, gdy poza takimi błędami zdarzają się również te, które decydują bezpośrednio o rezultacie na tablicy wyników? Na nieszczęście dla wizerunku arbitrów oraz całej piłki nożnej, przekonało się o tym Hoffenheim.

Już w 4. minucie tego niezwykle ważnego spotkania bramkę zdobył Marco Reus, jednak znajdował się przy niej na dwumetrowym spalonym. Przekonani o słuszności swoich protestów podopieczni Nagelsmanna od razu ruszyli do sędziego liniowego, jednak bez systemu VAR na nic się to zdało. Internet jak zwykle w takich sytuacjach zrobił swoje, a oberwać musieli sędziowie:

 

Można się podłamać po tak fatalnym błędzie i świadomości tego, że wynik na tak trudnym wyjeździe został wypaczony już na samym początku? Ano można. Tym bardziej jeśli już niecałe dziesięć minut później sędzia dyktuje rzut karny dla rywala, po wcześniejszym wyraźnym przyjęciu piłki ręką w wykonaniu Reusa.

Teoretycznie sprawiedliwości stało się za dość, kiedy Aubameyang zmarnował podyktowaną „jedenastkę”. Mimo to dwie tak skandaliczne decyzje w pierwszym kwadransie mogły znacznie wpłynąć na postawę gości w dzisiejszym meczu. W końcu, co by nie zrobili – sędziowie i tak będą sprzyjać ich rywalom. Kabaret autorstwa Felixa Brycha trwał jednak dalej, a pod koniec pierwszej połowy Hoffenheim znów zostało okradzione. W zapasy we własnym polu karnym z Wagnerem postanowił wdać się Sokratis. Wyraźne szarpanie koszulki nie było dla Niemca jednak wystarczającym powodem do wskazania na jedenasty metr.

Spotkanie zakończyło się zwycięstwem gospodarzy (2:1), a w następstwie wskoczeniem na miejsce premiowane bezpośrednim awansem do kolejnej edycji Champions League. Do końca sezonu pozostały jedynie dwie kolejki, w których obie drużyny zmierzą się z tymi samymi ekipami: Augsburgiem oraz Werderem Brema. W tej sytuacji nie można oczywiście mówić o tym, że jedni mają łatwiejszy terminarz, bo jest on lustrzanym odbiciem.

Zespół z Dortmundu rozegrał dzisiaj lepszy mecz i nie można powiedzieć, że wygrał niezasłużenie. To podopieczni Tuchela atakowali, mieli pomysł na grę i więcej sytuacji. Mimo wszystko można będzie mówić o ogromnym niesmaku, jeśli Hoffenheim skończy sezon za Borussią i nie przejdzie eliminacji Ligi Mistrzów. Niedawno pisaliśmy o pomyłkach sędziowskich i gdybaniu, co by było, gdyby… Wszystko w odniesieniu do powtórek wideo, których domaga się niemal cały świat, a które od przyszłego sezonu będą stosowane m.in. również w Bundeslidze. Mamy nadzieję, że diametralnie wpłynie to na podobne sytuacje i już nie trzeba będzie co chwilę sięgać pamięcią do Sienkiewicza i jego „kończ waść, wstydu oszczędź!”.

Fortuna: Odbierz 110 zł na zakład bez ryzyka + do 400 zł bonusu!