Czwartek z kontry: Sensacja ponad wszystko, problem Barcelony

Wróciła upragniona i długo wyczekiwana Liga Mistrzów. Echa po wtorkowych i środkowych szlagierach słychać będzie pewnie do samego weekendu, co dziwić nie może – w końcu mierzyli się ze sobą potentaci najlepszych lig w Europie: Manchester City, Arsenal, Bayern i Barcelona. Dziwi natomiast to, że w mediach po tych klasykach dużo miejsca poświęca się nie samym spotkaniom, a związanym z nimi kontrowersjami. Bayern zmiażdżył Arsenal? Demichelis zachował się jak idiota, pozbawiając szans „The Citizens” na awans? O tym przeczytać można było raz, może dwa, chwilę po meczu. Priorytetem jest natomiast wałkowane dzień i noc tematu pokroju gestu Szczęsnego czy celebracji bramki Neymara.

 

Jak nie wiadomo, co co chodzi, to chodzi o pieniądze. Klikalność większa i tak dalej – rozumiem wszystko, pościg za sensacją to chleb powszedni mediów. Ale już nachalne karanie i doszukiwanie się wszędzie sensacji trochę męczy. Jakie znaczenie ma gest Szczęsnego, choć z pewnościa głupi i niepotrzebny, to wykonany w przypływie emocji? Mądrości wylewane w pomeczowych komentarzach ocaniających polskiego bramkarza wychodzą spod rąk ludzi, którym nawet przez myśl nie przeszło stanie między słupkami Arsenalu w starciu z najlepszą drużyną świata. Nigdy w życiu nie widzieli takich pieniędzy, jakie były stawką przejścia do następnej fazy Champions League, a presja ciążaca na bramkarzu w tak wielkim meczu wykracza poza ich wyobraźnie.

 

Jak słyszę, że UEFA chce karać Szczęsnego za machnięcie jedną ręką, to mi opadają obydwie. Do rąk dołącza szczęka, kiedy czytam o celebracji pięknej bramki Neymara, która zdaniem wielu jest… kontrowersyjna. Ciężko mi się doszukać jakiejkolwiek kontrowersji w tym, że sprowadzony za wielkie pieniądze piłkarz wraca po kontuzji do składu, strzela cudowną bramkę i najzwyczajniej w świecie się z niej cieszy. Ów delikwent jest Brazylijczykiem, więc gola celebruje w brazylijskim stylu – tańcząc z rodakiem, Danim Alvesem.

 

Podobno Brazylijczyk nie wziął pod uwagę przewagi, jaką jego zespół miał nad drużyną gości. To wywołało pewien niesmak wśród niektórych zawodników Rayo. Część kibiców tego klubu uznała to za niesportowe zachowanie, a nawet upokorzenie. Stąd moje pytanie: do której bramki można się cieszyć, by nie wywoało to oburzenia? Po drugiej można wykonać wślizg w stronę trybun, po czwartej przybić piątkę, a po szóstej nie wolno się uśmiechnąć?

 

***

 

Nie byłoby „gestu Szczęsnego”, gdyby nie czerwona kartka. Moim zdaniem – niezasłużona. Nieważne, czy to był Szczęsny, Neuer czy ktokolwiek inny. Kiedyś w podobnych sytuacjach karano rzutem karnym i kartką koloru żółtego, co było w pełni wystarczające i nie mam pojęcia, dlaczego ten przepis został zaostrzony. Warto w tej sprawie oddać głos Zbigniewowi Bońkowi. – Po błędzie defensywy są dwa wyjścia: albo pada gol, albo bramkarz fauluje atakującego. W tym drugim przypadku sędzia dyktuje jedenastkę i to już jest bardzo dotkliwa sankcja, więc wystarczy, jeśli bramkarz zobaczy żółtą kartkę. Teraz regulamin jest zbyt restrykcyjny. Jedno zagranie bramkarza w kluczowym meczu i niweczone są strategiczne plany kreślone od miesięcy. Tak właśnie wyglądało to w przypadku tego starcia, którego stawką jest ćwierćfinał Ligi Mistrzów – powiedział „Przeglądowi Sportowemu” prezes PZPN-u.

 

Inna sprawa, że Robben wcale nie znalazł się w lepszej sytuacji po faulu Szczęsnego, niż np. Mesut Ozil kilkanaście minut wcześniej – nie wiem, czy Holender dogoniłby piłkę, zanim ta przekroczyłaby linię końcową boiska. Czerwona kartka byłaby zasadna, gdyby Szczęsny faulował Robbena po tym, jak ten zmierzał do pustej bramki. Ta sytuacja była dużo trudniejsza, więc i kara powinna być adekwatna.

 

***

 

Dzień wcześniej grały ze sobą drużyny Manchesteru City i FC Barcelony. Scenariusz – prawie identyczny, z jednym wyjątkiem – tam do czerwonej kartki dla Demichelisa nikt zastrzeżeń nie miał, kontrowersje wzbudziło natomiast przyznanie, w przeciwieństwie do meczu Arsenalu z Bayernem, podyktowanie rzutu karnego. Po tej sytuacji emocje spadły do minimum. Fantastyczną grę Fernandinho, profesurę Kompany’ego czy geniusz Silvy przyćmił drugą bramką w końcówce Dani Alves, praktycznie kończąc dwumecz już na Etihad Stadium.

 

Prawy obrońca FC Barcelony zabłysnął także wypowiedzą przed meczem. – My wychowujemy piłkarzy, oni ich sprowadzają – powiedział piłkarz klubu, który sprowadził Neymara za 90, Ibrahimovicia za 80, Davida Villę za 50, Fabregasa za 40, a nawet takiego Dymitra Czygryńskiego za 25 milionów euro. Zarzucanie komuś, że tylko kupuje piłkarzy, jednocześnie będąc sprowadzonym na Camp Nou za milionów trzydzieści pięć, jest – delikatnie mówiąc – słabe.

 

***

 

Kontuzjowany jest Kuba Błaszczykowski, więc ktoś musi kapitana reprezentacji Polski zastąpić. Na pierwszy rzut oka następcą Kuby powinien być błyszczący w Ligue1 Kamil Grosicki, który już raz lukę po skrzydłowym Borussi Dortmund wypełnił całkiem nieźle, w meczu z Anglią na Narodowym. Selekcjoner Adam Nawałka wybrał jednak innych kandydatów. Wybór, dodajmy, beznadziejny. Przynajmniej patrząc na liczby.

 

Sławomir Peszko to rezerwowy drugoligowego Koln, na sześć ostatnich meczów tylko raz wychodził od pierwszej minuty. Gol, asysta? Ostatnio na takie rarytasy pozwolił sobie były pomocnik Lecha w… październiku! Sobota w ostatnim meczu wszedł na ostatnią minutę, w tym roku bez gola i asysty. Rybus? Liga rosyjska startuje dopiero za dwa tygodnie, pomocnik Tereka gra więc tylko w sparingach. Czym więc kierował się Nawałka w wysyłaniu powołań dla zastępców Błaszczykowskiego? Pewnie tą samą logiką, która podpowiedziała mu o powołaniu do kadry dla Łukasza Madeja.

 

***

 

Jose Mourinho często gada głupoty, wraz z wiekiem rośnie ich ilość. Szkoda, że odbywa się to przy jednoczesnym spadku wypowiedzi kontrowersyjnych, z soczystą puentą, aż chciałoby się powiedzieć – w stylu Mou. I chociaż Portugalczyk często mówi od rzeczy, to ostatnio miał stuprocentową rację – Manchester City mierzył się z najsłabszą Barceloną od wielu lat. Bynajmniej nie chodzi o wyniki, jakie osiąga klub ze stolicy Katalonii, bo bycie liderem Primera Division i praktycznie ćwierćfinał Champions League to wynik godny podziwu. Parafrazując słynne hasło FC Barcelony mes que un club – Blaugrana to więcej niż wynik. W Dumie Katalonii z rezultatem w parze musi iść także styl gry. Na pierwszy rzut oka pilkarze Taty Martino grają zgodnie z filozofią klubu – wymieniają mnóstwo podań, utrzymują się przy piłce i tak dalej. Nie wydaje mi się jednak, by twórcy tej ideologii zaczęli ją stosować z myślą o liczbach i statystykach, a o kibicach. Piękna, płynna gra – to miało się dobrze oglądać z wysokości trybun, a nie w pomeczowych analizach. Na grę obecnej Barcelony patrzeć się nie da, jest nudna jak flaki z olejem i do bólu przewidywalna, więc siłą rzeczy także niezgodna z jej filozofią. Brakuje przede wszystkim podań prostopadłych, które charakteryzowały grę piłkarzy w bordowo-granatowych strojach i były znakiem firmowym FCB, a także tego momentu zrywu, przyspieszenia, od którego defensywa rywali trzęsła nogami, jak świadkowie Jehowy za klamkę. Bestronnym kibicom brakuje widowiskowej gry, a gdyby nie głupota Demichelisa, mogłoby także zabraknąć Barcelony w ćwierćfinale Ligi Mistrzów.
/Bartek Stańdo/