Jaranie się eliminacjami pokazuje, w jakim miejscu jesteśmy. A jesteśmy w d*pie

Przerwy reprezentacyjne. Tak szczerze – kto je lubi? Kto „jara się” na myśl o spotkaniach towarzyskich, czy nawet eliminacyjnych? Śmiało można zakładać, że dla większości osób jedyne silne emocje związane z drużynami narodowymi to te, kiedy mamy do czynienia z turniejami rangi mistrzowskiej. Reszta to po prostu poboczny dodatek, który trzeba zaakceptować.

Odbierz zakład bez ryzyka z kodem GRAMGRUBO500 w BETCLIC – jest już legalny w Polsce!

Ile osób z niecierpliwością czeka na pojedynek Norwegii z Maltą? Ile odlicza minuty do meczu Finlandii z Grecją? Na dobrą sprawę nawet hit, którym trzeba nazwać starcie Niemiec z Holandią, traktujemy raczej w kategorii ciekawostki. Meczu, który zapowiada się ciekawie, choć pod względem emocji jest niemal jak mecze presezonu pomiędzy wielkimi klubami – fajne, ale bez przesady. Nie ma jakiegokolwiek porównania do częstych hitów najsilniejszych lig w piłce klubowej. Podczas przerw reprezentacyjnych skupiamy się właściwie jedynie na swoich drużynach narodowych. Oceniamy, czy coś się zmienia na plus, czy na minus, przewidujemy czy wygramy, czy dobrze się zaprezentujemy, jaką jedenastką zagramy…

Patrząc na wszystkie spotkania towarzyskie, na Ligę Narodów, a także przede wszystkim na eliminacje do mistrzostw Europy, nie da się nie odnieść wrażenia, że ekscytujemy się naszą kadrą w niesamowicie przesadzony sposób. Nieustanna krytyka, ciągłe wytykanie, mędrkowanie, huraoptymizm po jednym dobrym meczu… Wynosimy powstałe emocje do granic możliwości, zachowując się niemal tak, jak mielibyśmy do czynienia turniejem właściwym i grą o najwyższe cele. Podsumowując – wyolbrzymiamy reakcje i podejście do tych meczów. Dlaczego?

Awans awansowi nierówny

„Kiedyś to były czasy, teraz już nie ma czasów” – tak można podsumować zmiany, które zachodzą od jakiegoś czasu. W turniejach rangi mistrzowskiej startuje coraz więcej zespołów i prawdę mówiąc, coraz większą sztuką zaczyna wydawać się brak awansu, niż jego wywalczenie. Większość osób pewnie o tym wie, innym uświadomimy – reprezentacja Polski na ME wystąpiła po raz pierwszy dopiero w 2008 roku. Zastanawiacie się czemu? Słusznie – przecież kilka dekad temu byliśmy bardzo, ale to bardzo mocni. Biliśmy się jak równy z równym z najlepszymi drużynami globu. Na Euro nigdy nie awansowaliśmy, ponieważ wtedy eliminacje były – najprościej ujmując – cholernie ciężkie. Weryfikowały prawdziwą wartość drużyny. Na turniej właściwy do 1980 roku awansowały jedynie cztery (!) reprezentacje, potem ich liczbę podniesiono do ośmiu. By dostać się do nielicznego grona szczęśliwców, trzeba było już wcześniej rozegrać kilka „finałów”. Meczów o życie z innymi potęgami. Takim czymś można było naprawdę się ekscytować.

Teraz tak nie jest. Od 1980 roku na Euro mieliśmy po osiem drużyn, w 1996 zwiększono ich liczbę do 16 , a w 2016 roku po raz pierwszy wystąpiły aż 24 reprezentacje. W grupach eliminacyjnych najczęściej nie trafia się na potęgi, a w większości są to typowe „ogórasy”. Oczywiście nie ujmując nikomu, bo poziom piłki w wielu krajach szybko idzie do góry – zarówno tej klubowej, jak i narodowej. Większość grup wygląda jednak tak, że jest w nich jedna bardzo mocna drużyna, kilka, które marzą by napsuć jej krwi, plus reszta, czyli chłopcy do bicia.

Obowiązek, z którego robimy Mount Everest

Spójrzmy na rywali, których mamy w grupie: Izrael, Macedonia Północna, Austria, Słowenia, Łotwa. Czy to naprawdę są drużyny, przed którymi powinniśmy aż tak się „podniecać”? Dla naszej kadry wyjście z takiej grupy powinno być obowiązkiem. Powinno być poligonem doświadczalnym, na którym jedynie testuje się różne rozwiązania, przy okazji zgarniając bez większego stresu następne trzy punkty. Wtedy moglibyśmy powiedzieć, że nieźle nam idzie i na samym Euro być może nie będzie wstydu. Po raz kolejny warto podkreślić – ekscytujemy się eliminacjami jak turniejem właściwym, mimo że obecnie wyjątkowo łatwo się do niego dostać. To nie to, co kiedyś.

Powiecie, że jest inaczej. Że meczami kadry zawsze się żyje, zawsze się przeżywa, emocjonuje. Ok – racja. Jednak co innego emocjonować się mając świadomość, że zmierzamy w kierunku czegoś „must have”, a co innego drżeć o wyniki z wcześniej wspomnianymi rywalami. Bo jeśli tak jest, to znaczy, że na Euro nie mamy czego szukać. Dopóki obecna (łatwiejsza) forma eliminacji będzie dla nas mentalnie czymś trudnym, jakimś wielkim wyzwaniem, na późniejszym etapie jesteśmy skazani na pożarcie. Bycie wśród 24 najlepszych zespołów to wciąż prestiż, ale nieporównywalny do wcześniejszych form, w których grało 16 lub osiem krajów. Tym bardziej, jeśli będąc w gronie 24 jest się jedynie statystą.

Eliminacje? Nigdy nie powiedzą ci, jak dobry jesteś

Idealnym przykładem na to, że między eliminacjami a turniejem właściwym istnieje przepaść, są Włochy. Po czwartkowym zwycięstwie (wymęczone 3:1 z Armenią), po raz pierwszy w historii mają oni komplet punktów po pięciu meczach. Co więcej, nie przegrali spotkania eliminacyjnego do mistrzostw Europy już od… 2006 roku. 35 meczów, na które złożyło się 29 zwycięstw i sześć remisów. Imponujący wynik? Na pewno tak. Sugeruje jednak, że Włochy są kosmiczną potęgą, do której nikt nie ma „podjazdu”. Rzeczywistość wygląda jednak nieco inaczej, bo przez ten okres „Azzurri” dwukrotnie odpadali w ćwierćfinałach (z Hiszpanią i Niemcami), a raz, przy odrobinie szczęścia, dotarli do finału, w którym zostali rozgromieni przez Hiszpanów. Wyniki niezłe, ale i tak doskonale pokazują, jak ogromna przepaść istnieje pomiędzy mistrzostwami, na których walczy się „na żyletki” z najlepszymi, a eliminacjami, w których praktycznie nie ma się konkurencji.

Po czterech eliminacyjnych kolejkach wiele osób cieszyło się głupio, że mamy komplet punktów. Koszmarna gra? „Trudno, na razie najważniejsze są punkty, o stylu pomyślimy później” (a’la Kamil Grosicki). Zero pomysłu na grę, mimo że selekcjoner pracuje już rok? „Oj tam, przecież są punkty”. Myślimy w sposób, w jaki szkolimy w Polsce młodzież – kierując się jedynie wynikami, spychając na drugi plan to, że każemy im grać „lagę”. Byle tylko bramki się zgadzały. I wiecie co? Awans na EURO2020 wcale nie jest istotny, bo tam i tak zbierzemy baty. Dużo korzystniejsze byłoby uświadomienie sobie, że nie robimy żadnego postępu, zatrudnienie zagranicznego trenera (nie bez powodu polscy za granicą nie istnieją) i zaczęcie wykorzystywania potencjału ludzkiego, jaki nasza drużyna narodowa posiada.

Jeśli Polska już w trakcie „turniejowego przedsmaku” musi drżeć o wynik każdego meczu, sami sobie odpowiedzcie, w jakim miejscu nas to stawia. Nawet przy ewentualnym awansie. Jednym słowem – spokojnie z tymi eliminacjami. One nigdy nie mówią nic o tym, jak mocni jesteśmy. Mogą pokazać tylko to, jak ogromne mamy problemy…

Odbierz zakład bez ryzyka z kodem GRAMGRUBO500 w BETCLIC – jest już legalny w Polsce!

Komentarze

komentarzy