Jeszcze jedna szansa: Adaptacja? Treningi, gole i pełne kufle

unnamed

W poprzednim rozdziale: „Pierwszego wieczora Piotrek, z którym miałem dzielić pokój, nie odzywał się zbyt wiele. Szybko się położył i intensywnie czytał jakąś książkę, a przynajmniej udawał. Cóż mogłem w takiej sytuacji zrobić? Założyłem słuchawki i zamknąłem oczy. Wciąż nie doszedłem do siebie i czułem się nieswojo, wszystko wokół było mi obce. Jedyne, czego chciałem, to grać. Tylko piłka przy nodzę mogła zapewnić mi wtedy spokój ducha”. Całość tutaj.

ROZDZIAŁ 11

MIESIĄC PÓŹNIEJ, MECZ CENTRALNEJ LIGI JUNIORÓW, LECH POZNAŃ – BAŁTYK KOSZALIN

– No podaj, no! Michał, podaj!

– Wiem, co mam robić, nie pouczaj mnie!

– Jesteś pieprzonym samolubem, a do tego nie potrafisz trafić w bramkę.

– Pie*dol się!

Byłem sam, niekryty, a on zamiast wystawić mi typową „patelnię”, trafił w boczną siatkę. Biegłem z nim od połowy. Klasyczna sytuacja, dwóch na bramkarza, a obrońcy gonią ostatkiem sił.

Gdyby nasz skrzydłowy nie zachował się tak egoistycznie, na 100% objęlibyśmy prowadzenie w meczu z klubem z mojej rodzinnej miejscowości. Ale niestety, na boisku nie jesteś sam i musisz brać pod uwagę zachowania innych. Na przerwę zeszliśmy więc przy stanie 0:0.

– Michał, co to do cholery miało być? – dopytywał poczerwieniały ze złości trener.

– Sory trenerze… nie widziałem.

Nie widział? Co za brednie! Krzyczałem do niego, machałem rękoma, a on nic. Od początku chciał to sam strzelić, bo nie podoba mu się konkurencja z mojej strony. Odkąd przyszedłem do Lecha, nie jest już najskuteczniejszym piłkarzem. Teraz to ja najwięcej strzelam i to do mnie ma docierać najwięcej piłek.

Michał to typowy macho, trochę przemądrzały. Też ma 16 lat, ale już uważa się za boga futbolu. To pewnie dlatego, że jako jeden z nielicznych zaliczył już trening z seniorami, był nawet raz na ławce rezerwowych. Nie lubię takich typków, bo piłkę uważam za grę zespołową. Przyznaję jednocześnie, że i tacy są potrzebni. Co tu dużo mówić, sam lubię podryblować i uderzyć, ale wszystko trzeba wyważyć, realnie oceniając każdą z szans.

Na drugą połowę wyszliśmy odmienieni i szybko rozstrzygnęliśmy mecz, w 10 minut ładując rywalowi trzy gole. Strzeliłem jednego z nich, ale meczu nie zaliczę do udanych.

Jak minął mi pierwszy miesiąc w nowym otoczeniu? Jak to bywa w takich przypadkach, nie było łatwo. Dookoła nowi ludzie, wszędzie czujesz się obco i potrzebujesz czasu na adaptację. Gubisz się nawet w centrum miasta i nie wiesz, jakim tramwajem wrócisz ze szkoły do swojego skromnego pokoju. Wiadomo, po czasie zaczynasz rozpoznawać pewne miejsca i osoby. Na mieście znajdujesz punkty odniesienia – ja zawsze dojeżdżałem do mostu Teatralnego i wtedy już wiedziałem, czym wrócić do internatu.

Choć ten miesiąc minął mi błyskawicznie, zaczynam cieszyć się życiem w tym miejscu. Coraz częściej wychodzę poznawać miasto, zwiedzam nowe miejsca. Ostatnio byliśmy z kilkoma kolegami z drużyny w pubie. Nie mamy jeszcze osiemnastu lat, ale na szczęście jesteśmy posiadaczami zarostu. Wpuszczono nas więc bez żadnych pytań o dowód.

Godziny wieczorne, ale jeszcze sporo przed 22. Siedzimy w tym lokalu, rozmawiamy przy piwie, ale nagle poczułem, że muszę skorzystać z toalety. Lokal w kamienicy, toaleta poziom niżej, a prowadzą do niej wąskie i kręte schodki. Byłem już nieco wstawiony i tak schodząc stopień po stopniu, wpadłem na gościa niosącego kufle wypełnione piwem.

– O matko, sory. Nie chciałem, przepraszam najmocniej.

– Stary, wylałeś na mnie dwa kufle piwa. Zobacz, mam mokrą całą koszulę i spodnie.

– No co mam ci powiedzieć, nie chciałem przecież. Czekaj, wymyślimy coś.

Na szczęście nie okazał się gburem. Odstawiłem mu zmarnowane piwa, a za wypranie ubrań obiecałem zapłacić. Jak się okazało, od dwóch lat studiował tu dziennikarstwo i mocno angażował się w sprawy piłkarskie. Pisał nawet o Lechu, chodząc co jakiś czas na mecze chłopaków w roli dziennikarza. Pogadaliśmy chwilę, dałem mu swój kontakt, żebyśmy mogli załatwić sprawę z pralnią i zalanymi ubraniami.

Cała sytuacja zepsuła mi nieco nastrój i postanowiłem namówić chłopaków na powrót. Całe szczęście, że to zrobiliśmy, bo o 22 zamykano drzwi do budynku, w którym mieliśmy pokoje. Obeszło się też bez specjalnych kontroli, a myślę, że nieco zajeżdżało od nas piwem i papierosami.

Adaptacja przebiegała więc coraz lepiej i, co najważniejsze, szła w parze z dobrą grą w klubie. Nic mnie tak nie motywowało do dalszej pracy jak pochwały trenera i świadomość, że jesteś jednym z najlepszych. Czasem wręcz obawiałem się, że może mi się poprzewracać w głowie od tego wszystkiego.

Zbieżność wszelkich osób i nazwisk jest przypadkowa.