Le Cabaret w Juventusie. Co najlepszego zrobili De Ligt i Buffon?!

Mistrza Włoch, niezwykle stabilną i poukładaną drużynę, przed startem obecnego sezonu spotkało sporo zmian. Największą było oczywiście zatrudnienie Maurizio Sarriego, którego filozofia, w porównaniu z tą Allegiego, była jak niebo a ziemia. Mimo nie zawsze dobrej gry i wielu przeciętnych meczów, Juventus robi to, do czego przyzwyczaił – punktuje. W dodatku tak, jak nigdy wcześniej u żadnego trenera debiutanta „Starej Damy”.

Różnice w grze są jednak zauważalne. Poza zawodnikami, którzy na zmianie zdecydowanie zyskali (choćby Dybala), są także tacy, którzy przeżywają trudny okres. Jednym z nich jest bez wątpienia Matthijs de Ligt – 20-letni stoper, o którego latem biły się europejskie potęgi.

Problemem Holendra jest nie tylko to, że trafił do defensywy, która funkcjonuje inaczej niż ta w Ajaksie, której był prawdziwym liderem i przywódcą. Trafił do linii obrony, z której wypadł kontuzjowany Giorgio Chiellini, a która zarazem sama uczy się, jak grać u Sarriego. To często powoduje dość łatwe i niewymuszone błędy, jednak dziś zawodnicy Juventusu przeszli sami siebie.

Widzieliście już, jak podopieczni Sarriego w konfrontacji z Sassuolo stracili bramkę na 1:2? Jeśli nie, wszystko przed wami…

Kompletna klapa w komunikacji, De Ligt wybijający futbolówkę gorzej niż chłopaki w okręgówce po sobotniej imprezie, a na deser „wielki” Buffon, który chyba jednak powinien w końcu zdać sobie sprawę, że kiedyś trzeba powiedzieć „dość”. Naprawdę zastanawiamy się, komu w tej sytuacji należy się większa bura, ale nie widząc koszulek, twarzy i nazwisk, nigdy nie powiedzieliśmy, że bramkę w taki sposób może stracić Juventus. Nigdy.

Jakby tego było mało, od siebie do całego kabaretu postanowili dołożyć też Dybala i Ronaldo. Po wyrównującej bramce Portugalczyka z rzutu karnego, Juventus do końca bił się o zwycięstwo. Być może udałoby się wywalczyć trzy punkty, gdyby nie… świetna obrona i blok, którym po strzale Argentyńczyka popisał się jego starszy kolega. Jak pech, to pech.

Komentarze

komentarzy