(Nie)spodziewana deklasacja. „The Special One” przestaje być wyjątkowy

Jesień 2019. Wydawało się, że gorzej już w Tottenhamie być nie może. Poświęcono nawet wielbionego Mauricio Pochettino, by próbować ratować pozycję Tottenhamu jako klubu z najwyższej półki. Od zwolnienia Argentyńczyka, któremu „Koguty” zawdzięczają niesamowicie dużo, minęło juz trochę czasu. Efekt? Widzieliśmy go dziś…

W pierwszym meczu jedynym pozytywem dla podopiecznych Portugalczyka była postawa Hugo Llorisa i fakt, iż skończyło się „jedynie” na 0:1. Zadanie przed rewanżem było dla graczy Tottenhamu niezwykle trudne, ale na pewno nie niemożliwe. W Lidze Mistrzów widzieliśmy już przecież odrabianie nie takich strat. Każdy trener, którego cechuje jakaś wyjątkowość, mógłby tego dokonać.

Jose Mourinho miał niezwykle trudne zadanie, przede wszystkim ze względu na kontuzje wielu podstawowych graczy. 57-latek już wcześniej sugerował, że w jego obecnej sytuacji władze klubu powinny zdecydować, czy ważniejsze jest dla nich przyłożenie się do ligowego meczu z Burnley (przypomnijmy – zakończonego remisem 1:1), czy też do rewanżu w Champions League.

Marzenia o tym, by choć ta druga opcja zakończyła się szczęśliwie, prysły już po 21 minutach i dwóch ciosach od Marcela Sabitzera. Podopieczni Juliana Nagelsmanna grając to, do czego przyzwyczaili, zdecydowanie zdominowali gości z Londynu i pozbawili ich złudzeń na korzystny wynik. Tottenham w okrojonym składzie wyglądał na drużynę z drugiej półki, czy wręcz sparingpartnera, którego los jest z góry przesądzony.

Zagraj w BETFAN pierwszy kupon BEZ RYZYKA! Jeśli przegrasz, zwrot do 100 PLN trafi na Twoje KONTO GŁÓWNE z możliwością natychmiastowej wypłaty!

Czasami obserwujemy drużyny, które nawet mimo przeciwności są w stanie sprawić pozytywne wrażenie samym nastawieniem, zaangażowaniem, wolą walki. To cecha zespołów prowadzonych przez wielkich trenerów. Można chyba śmiało stwierdzić, że Inter Jose Mourinho miał jeszcze wspomnianą cechę – element magiczności i nieprzewidywalności. To już jednak przeszłość. Tottenham nawet wiedząc, że na 99% odpadnie, nie potrafił sprawić dobrego wrażenia.

Lipsk miał pod kontrolą niemal cały mecz, a już na pewno dwumecz. Niemiecka drużyna nie musiała bronić się rozpaczliwie przed rywalem walczącym ze wszystkich sił o odrobienie strat. Co więcej, zastępca zmienionego w 87. minucie bohatera spotkania, Sabitzera, sam wpisał się na listę strzelców sekundy po pojawieniu się na placu gry.

32-letni Nagelsmann, debiutujący w fazie pucharowej Champions League, nie dał niemal dwa razy starszemu wyjadaczowi z Portugalii żadnych szans. Czy możemy powoli godzić się z myślą, że „The Special One”, który podbijał Europę z Porto, Anglię z Chelsea oraz ponownie Europę z Interem (oraz Włochy), ostatecznie utracił swoją moc? Wszystko wskazuje na to, że jeszcze długo poczekamy, zanim znów zobaczymy go w Lidze Mistrzów…


RB Lipsk 3-0 Tottenham
(bramki: Sabitzer 10′, 21′, Forsberg 87′)

Komentarze

komentarzy