Nowe stroje, problemy te same…

Bez dwóch najlepszych zawodników, za to z synem marnotrawnym od pierwszych minut – tak wyszła na pierwszy poważny mecz w nowym roku reprezentacja Polski. Nowe trykoty przykryły kadrowiczów, ale nie na tyle, by zasłonić ich wszystkie wady. Jak się okazuje – ciągle te same. Utrzymanie przy piłce dłużej niż kilka sekund sprawiało nam tyle kłopotów, ile Balotellemu założenie znacznika treningowego, szczególnie na połowie Szkotów. Jedyne, na co było nas stać to dwa-trzy strzały z dystansu, które nie wynikały nie tyle z wypracowania sobie dogodnej pozycji, co zostawały jedyną opcją rozwiązania akcji.

Wszystko przez to, że nasza gra była szarpana, chaotyczna. Brakowało w środku pola kogoś, kto byłby swoistym tempomatem – wiedział, kiedy grę przyspieszyć, a kiedy zwolnić. Dyrygenta, którym nie okazał się – a to niespodzianka! – Ludovic Obraniak. Na Francuza z polskim paszportem skierowane były oczy wszystkich oglądających zmagania kadry Adama Nawałki z reprezentacją Szkocji, na co niemały wpływ miały absencje Lewandowskiego i Błaszczykowskiego. Jeśli ktoś miał poprowadzić reprezentację do zwycięstwa na Stadionie Narodowym, to – przynajmniej według mediów i większości kibiców – miał nim być pomocnik Werderu. Nie wiadomo tak naprawdę, na jakiej podstawie jego powrót do reprezentowania biało-czerwonych barw miał okazać się dla naszej kadry zbawienny. Zupełnie tak, jakby przed rzuceniem koszulki z Orzełkiem w cholerę Obraniak był kimś, kto w kadrze robi różnicę, a nie człapiącym statystą.

Zupełnie inny temat to pozycja Obraniaka w ustawieniu Adama Nawałki. Dlaczego pomocnik Werderu nie grał tam, gdzie zazwyczaj występuje w klubie, czyli na lewej pomocy? Ustawienie go na tzw. „kierownicy” mijało się z celem i logiką, bo skoro traktowaliśmy ten sparing poważnie, jako jedna z ostatnich szans na testy czy zgrywanie przed eliminacjami do Mistrzostw Europy, to po co Ludo na „dziesiątce”? Czyżby znowu męczono nas, kibiców, duetem Lewandowski-Obraniak? Panie Nawałka, czy Pan był hibernowany przez ostatnie kilka lat, czy może w Zabrzu nie miał Pan możliwości oglądania meczów kadry?

Wracając do meczu – pierwsza połowa beznadziejna, w drugiej progres, bo tylko słaba. Mieliśmy przewagę optyczną, chociaż lepiej może byłoby użyć słowa „złudzenie”. Z ów przewagi nie wynikało bowiem kompletnie nic. Jedna klarowna sytuacja i trzy strzały na 90 minut meczu to bardzo słaby wynik. Z tym większym zdziwieniem przyjąłem słowa Marcina Żewłakowa po bramce Browna o tym, że „meczu układał się po naszej myśli i nagle tracimy bramkę na 0:1”. Dla mnie bezbramkowy remis na własnym stadionie ze Szkocją nie był wymarzonym przebiegiem spotkania, ale może byłego napastnika taki wynik satysfakcjonował – nie mam pojęcia. Prawda jest taka, że strzał pomocnika Celticu powinien być golem honorowym, a nie ustalającym wynik spotkania.

Jedyny plus tego spotkania jest taki, że powoli i mozolnie cementujemy obronę. Jedna sytuacja nie powinna wywoływać pochopnych ruchów. Dobrze byłoby, gdyby nic przy tym zestawieniu defensywy już nic Adam Nawałka nie majstrował. Szczęsny w bramce i obrona w składzie Piszczek – Szukała – Glik – Brzyski to maksimum naszych możliwości, prochu już nie wymyślimy. Musimy postawić na zgranie, które w tej formacji odgrywa niebanalną rolę. Skoro nie mamy mówiącego w naszym języku odpowiednika Pique, Hummelsa czy Thiago Silvy, to niech chociaż nasza Gliki-taka tworzy rozumiejący się i znający na pamięć monolit.

To byłoby na tyle pozytywnych rzeczy wyniesionych z kolejnego przegranego przez reprezentację Polski meczu, który nie byłby meczem kadry, gdyby w końcówce nie wzniósł poziomu irytacji do granic możliwości. Najczęściej za pomocą decyzji selekcjonera, rzecz jasna nie inaczej było tym razem. Po pierwsze – chciałbym pogratulować trenerowi Nawałce odwagi. Gra trójką napastników, kiedy się przegrywa i zostało kilka minut sparingowego meczu przed własną publicznością? Nie ma co, teraz były szkoleniowiec Górnika może stanąć przed lustrem i powiedzieć z podniesionym czołem: „Jestem hardkorem!”.

Szkoda mi Marcina Robaka, któremu selekcjoner dał zaledwie kwadrans. Bardzo dobra forma snajpera Pogoni i nieporadność Milika pozwalały sądzić, że Robak pogra na Narodowym trochę dłużej. Długo natomiast pograli sobie Jodłowiec z Komorowskim. Zmierzamy tym samym do punktu kulminacyjnego mojej irytacji – ktoś mnie może oświeci, na jaką cholerę Nawałka wprowadzał defensywnego pomocnika i lewego obrońcę w doliczonym czasie gry? Jeden sensowny argument? Nie, jeden mecz więcej w kadrze dla nich takowym nie jest. Co chciał osiągnąć Nawałka tymi zmianami? Na jakie pytania ich występ miał dać mu odpowiedź? A może grał na czas? O, albo sabotował grę reprezentacji, wybijając swoich zawodników z rytmu?

Rzecz w tym, że dzisiaj ani sabotować nie miał czego, ani nie widać było rytmu, z którego mógłby Nawałka reprezentantów wybić.

Polska – Szkocja 0:1
0:1 – Scott Brown (78.)

OCENY (w skali 1-10):
Szczęsny 6 – Piszczek 7, Glik 6, Szukała 5, Brzyski 4 – Krychowiak 5, Klich 4 – Sobota 3, Obraniak 4, Peszko 4 – Milik 4.

/Bartek Stańdo/

Komentarze

komentarzy