Wtorkowy freestyle: kopać leżącego czy otworzyć oczy?

Jak długo można ciągnąć jałową dyskusję na temat kilku nieodpowiedzialnych słów sfrustrowanego tenisisty po przegranym meczu? Co najmniej trzy dni. Minęła niedziela, minął poniedziałek, ale co tam – dziś wiele poważnych portali informacyjnych wciąż trąbi o Janowiczu, prześcigając się w krytykowaniu jego zachowania na konferencji prasowej, mieszając w całą sprawę wciąż nowe osoby, nowe argumenty, poszukując już nie drugiego, ale i trzeciego lub czwartego dna całej sprawy. Śmieszna sprawa – jak zwykle skupiamy się nie na tym co trzeba. Pytam: ludzie, jaki to właściwie ma sens?

Janowicz jest młodym człowiekiem. Młodym, niedoświadczonym, a do tego obdarzonym (a może raczej naznaczonym?) trudnym, wybuchowym charakterem. Niespełna rok temu zagrał w półfinale Wimbledonu, dostał się do szerokiej światowej czołówki męskiego tenisa, ale na dzień dzisiejszy wciąż jest jedynie kandydatem na lidera rankingowych list. Trochę jak swego czasu Marat Safin, Rosjanin, który świetne mecze przeplatał tymi, podczas których łamał o nawierzchnię cały zapas tenisowych rakiet. Okazuje się jednak, że Janowicz stał się ostatnio osobistością na tyle ważną, by podzielić całe sportowe społeczeństwo na pół. Ba, żeby tylko sportowe! Jego zachowanie, jak zwykle nieudolnie, starają się komentować także ogólnoinformacyjne stacje, z TVN24 na czele.

Echo wypowiedzi Janowicza jest dla mnie trudne do zrozumienia, ale czy zaskakujące? Bynajmniej. W przeszłości o wiele dłużej wyżywano się na Jakubie Błaszczykowskim, który nie do końca wiedząc co mówi, skarżył się po meczu w ramach Euro 2012 na niezgodny z oczekiwaniami przydział biletów dla rodzin zawodników kadry.

Sytuacja identyczna z niedzielną: zawodnicy mają świadomość oczekiwań, jakie stawia przed nimi naród, znajdują się pod sporą presją. Przychodzi moment rywalizacji, coś się nie udaje, przegrywamy. Zawód i złość dopada jednocześnie kibiców (którzy mają prawo krytykować), dziennikarzy (którzy mają prawo pytać dlaczego) i sportowców, którzy zawiedli nie tylko samych siebie, ale i wszystkich dookoła. I mimo, że najczęściej nie wiedzą czego właściwie zabrakło, muszą teraz stanąć przed kamerami, wytłumaczyć się z porażki i jednocześnie nie palnąć nic, co jeszcze bardziej rozjuszy i tak niezadowolony tłum. Zadanie wybitnie trudne – nie każdy jest potrafi sobie z nim poradzić. Błaszczykowskiemu, który jest świetnym piłkarzem, ale kiepsko wypada w kontaktach z mediami, zabrakło podczas Euro nieco inteligencji, Janowiczowi w niedzielę zabrakło pokory i rozwagi.

Tylko tyle i aż tyle wystarczyło, by nadepnąć na odcisk całej rzeszy dziennikarzy sportowych. Trudno oprzeć się wrażeniu, że ci czekali wręcz na podobną sytuację, byle tylko móc wypowiedzieć w końcu spisane wiele lat temu argumenty w dyskusji „dlaczego wolno nam krytykować sportowców, mimo, że sami nimi nie zostaliśmy”.

Panie i panowie, brawo, przygotowaliście się perfekcyjnie! Zmiażdżyliście Janowicza, który dał dowód na to, że jest nie sportowcem z prawdziwego zdarzenia, a nieopierzonym młokosem z mentalnością dziecka. 10-0 dla was. Flavio Paixao przyzna wam nawet pięćset punktów (tym, którzy nie wiedzą o co chodzi, polecam najnowszy odcinek „Turbokozaka”). Ale może warto zejść już na ziemię? Opuścić szabelki i zastanowić się o co ta cała afera? Prawda jest taka, że Janowicz powiedział prawdę, prawdę powiedział także Błaszczykowski. Owszem, zrobili to w złej formie, w złym momencie i ze złą, naburmuszoną miną. Zrobili to używając niegrzecznych słów, nie przemyśleli swojego zachowania, wyszło fatalnie. Ale, do cholery, nie kłamali.

Przenieśmy się na galę wręczenia nagród. Jakich? Nieistotne, niech będzie „Sportowiec roku” Przeglądu Sportowego. Po zdobytych wyróżnieniach podziękowania zbierają wszyscy dookoła: partnerzy, rodzina, trener z całym sztabem szkoleniowym, a jeżeli starczy czasu antenowego także ciocia Zosia, sąsiadka z parteru , pies Pluto i prezes miejscowego LZS-u. To miłe, ale prawda jest taka, że sportowiec najczęściej dziewięćdziesiąt procent sukcesu zawdzięcza sobie. Tylko i wyłącznie sobie. I mimo, że nie powie tego głośno, doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Fakt numer dwa jest taki, że w wielu dyscyplinach sportu wciąż nie mamy żadnych warunków do profesjonalnego treningu, zawodnicy nie dostają żadnego finansowego wsparcia, a oczekiwania (słowo-klucz) są w naszym narodzie nieprzeciętne. Dlaczego? Może dlatego, że nasze polskie kompleksy od zarania dziejów próbujemy leczyć sportem. Sportowiec nie ma prawa nawalić. Mecz Polski z Rosją na Euro nie był meczem o awans do ćwierćfinału. Był meczem: my kontra oni. Oni, czyli podli Ruscy, najeźdźcy i okupanci, potomkowie Lenina, Stalina i dzieci Putina. Zremisowaliśmy ten mecz i choć koniec końców nie dało nam to nic, to na szczęście nie daliśmy się pokonać tym skurczybykom. I to w Warszawie. Uff!

Pragnę tylko zwrócić uwagę, że to w Rosji pieniądze pompowane w piłkę są nieproporcjonalnie większe niż u nas, że to w Rosji Guus Hiddink stworzył swego czasu plan szkoleniowy, który miał zaprowadzić ich reprezentację na szczyty wielkich turniejów i że to rosyjskie kluby regularnie grają w Champions League, podczas gdy Widzew, który grał w niej dwadzieścia lat temu jest obecnie zespołem półamatorskim. I mimo, że nie mamy z Rosjanami żadnych szans, nikt nie brał pod uwagę możliwości nawet minimalnej porażki podczas Euro. A piłkarze wiedzieli o tym najlepiej.

Stąd właśnie bierze się złość. Grasz za granicą, latasz po świecie, jesteś świadomym człowiekiem. Widzisz, że inni mają lepiej, ale i tak  musisz dać radę. Dla siebie i dla innych. I zostajesz bohaterem jak Zbigniew Bródka albo tym złym – jak Janowicz.

W ogóle, podawanie przykładu Bródki i mieszanie go do całej dyskusji jest żenujące. Niektórzy zdają się sugerować, że fakt, iż musiał on trenować za granicą, przez co zaniedbał na przykład swoje życie rodzinne, jest dodatkowym argumentem, by wybudować mu pomnik pochlebnych opinii. Może i tak. Dla mnie jest to dowód na to, że nasz sport jest chory, źle finansowany, a sukces wiąże się z poświęceniem absolutnie najważniejszych wartości w życiu człowieka. Bo zamiast wychowywać dziecko, Bródka musi jeździć na zagraniczne zgrupowania. Wspaniały temat na reportaż, prawda? Płacząca żona na lotnisku, dziecko, które nie pamięta jak wygląda tata, wyznania, kwiaty i bombonierki. Wszyscy cieszymy się z kolejnego medalu, który często jest okupiony zniszczonym życiem rodzinnym, nieludzkimi wyrzeczeniami.

Może to dobry moment, by zapytać: kiedy zamiast zachwycać się medalami zdobywanymi przez ludzi „znikąd”, zaczniemy ich realnie wspierać? Kiedy polski tenis, łyżwiarstwo szybkie czy biegi narciarskie zyskają wreszcie wymierne do sukcesów dofinansowanie od państwa? Kiedy doczekamy się ogólnokrajowych programów szkolenia dla młodych talentów? Ale nie, zaraz, lepiej przespać kolejne lata i czekać na nowego Bródkę.

Może właśnie o to chodziło Janowiczowi? Rozumny człowiek znajdzie w jego wypowiedzi nie tylko gówniarstwo (któremu nie zaprzeczam), ale i ziarenko prawdy: apel o wsparcie dla zawodników pozostawionych samym sobie. I szkoda, że dziennikarze postanowili potraktować całą sprawę wyłącznie ambicjonalnie, organizując masową nagonkę na tenisistę, który de facto pogrążył się sam. Spokojnie, on prędzej czy później dorośnie. To tylko nasz sport zostanie w miejscu. Jak zwykle zresztą.

Ważne, że Wy na moment poczujecie się lepiej.

/Maciek Jarosz/

PS. Osobiście cieszę się, że oprócz poprawnych politycznie maskotek medialnych, mamy wśród naszych najlepszych zawodników ludzi niepokornych, nie dbających o publiczne uznanie i nierzadko dających się ponieść emocjom. Dla mnie oznacza to, że zwyczajnie im zależy, że są sobą i że mogą osiągnąć równie wiele, co ci pokorniejsi. Ale przecież lepiej ich zdeptać, w tym kraju każdy musi być szarobury.

Komentarze

komentarzy