Zapamiętajcie mnie jako piłkarza

Nie da się ukryć, że w naszych pamięciach najczęściej zostają piłkarze, którzy w trakcie swojej kariery zdobywali piękne bramki lub nie schodzili z pierwszych stron gazet. Niektórzy nie musieli jednak być w centrum uwagi, żeby zapisać się w historii na zawsze. Przed wami historia Harry’ego Gregga, bohatera z Monachium.

Gregg urodził się w Irlandii Północnej 27 października 1932 roku. Swoją przygodę z piłką nożną rozpoczął w zespole Windsor Park Swifts, skąd przeniósł się do lokalnego zespołu Coleraine. Utalentowany bramkarz nie musiał długo czekać na docenienie, bowiem już w wieku 18 lat przeniósł się do Anglii i podpisał kontrakt z Doncaster Rovers. Po pięciu latach w trakcie których zaliczył blisko 100 występów dla Rovers za kwotę 23 tysięcy funtów przeniósł się do Manchesteru United, co czyniło go jednym z najdroższych bramkarzy tamtych czasów.

Dołączył do klubu niedługo przed katastrofą z Monachium. Mimo że był członkiem zespołu bardzo krótko, wkrótce miał odegrać kluczową rolę i wykazać się charakterem, jakiego mógłby pozazdrościć niemal każdy. 6 lutego 1958 roku samolot wracający z Belgradu, z piłkarzami Manchesteru United na pokładzie lądował w Monachium, aby uzupełnić paliwo. Nikt nie spodziewał się, że rutynowa czynność zakończy się jedną z największych tragedii w historii piłki nożnej. Przy pierwszej próbie startu piloci zauważyli problemy z silnikiem, co powtórzyło się także przy drugiej próbie poderwania maszyny. Mimo problemów nie zdecydowano się na odwołanie lotu, Kenneth Raymen i James Thain spróbowali po raz kolejny. Trzecie podejście zakończyło się tragicznie, maszyna nie zdołała oderwać się od pasa startowego, przecięła ogrodzenie, a następnie zatrzymała się na okolicznej zabudowie. Zginęły 23 osoby, w tym ośmiu piłkarzy Czerwonych Diabłów.

munich1

Harry Gregg miał ogromne szczęście, udało mu się wyjść z katastrofy bez większego szwanku i tutaj jego historia mogła się w zasadzie zakończyć. Golkiper nie mógł jednak pozostawić tylu ludzi bez pomocy, a ostrzeżenia przed możliwym wybuchem maszyny tylko jeszcze bardziej zmotywowały go do udzielenia wsparcia. Ludzka solidarność i chęć ratowania życia przezwyciężyła naturalny w tej sytuacji szok i strach o własne zdrowie. Bohater z Monachium ruszył do działania.

Kiedy patrzyłem przez okno, koła zaczęły odbijać się od ziemi, po chwili nastąpił huk. Następnie ze wszystkich stron zaczęły bombardować mnie gruzy. W sekundzie było jasno, a moment później zrobiło się ciemno. Nie było krzyków, żadnych dźwięków oprócz przerażającego cięcia metalu.

Irlandczyk pamiętał, że na pokładzie samolotu było dziecko. Wrócił na pokład, ale nie był w stanie go zlokalizować. W końcu udało mu się wyciągnąć je z gruzowiska. Kolejną uratowaną osobą była Vera Lukić, żona dyplomaty z Jugosławii, która dodatkowo była w ciąży. Na tyłach samolotu Harry odnalazł nieprzytomnych Bobby’ego Charltona i Denisa Violleta. Jak sam przyznał, był przekonany, że nie żyją, ale mimo to wyciągnął ich na bezpieczną odległość od palącego się wraku. Przemierzając okolice katastrofy natknął się na leżącego Matta Busby’ego, którego noga była w opłakanym stanie. Na samym końcu natrafił na Jackiego Blanchflowera z bardzo poważną raną na ramieniu. Opatrzył go opaską uciskową zrobioną z krawata, a następnie w oddali spostrzegł stojących Bobby’ego i Denisa, którym prawdopodobnie uratował życie.

Wydostałem się z samolotu i zobaczyłem pięć biegnących osób. Jeden z nich krzyknął do mnie, żebym uciekał bo za chwilę wszystko wyleci w powietrze. Wtedy usłyszałem płacz dziecka, krzyczałem żeby wrócili, ale zdało się to na nic. Wtedy postanowiłem działać, chociaż byłem przerażony tym, co mogę zobaczyć.

Wszystkich którzy przetrwali i nie odnieśli poważniejszych obrażeń zostali zameldowani w hotelu, ale Gregg przyznał, że tej nocy nie zmrużył oczu nawet na sekundę. A największy cios psychiczny miał dopiero nadejść, bowiem po 15 dniach walki w szpitalu zmarł jeden z jego najlepszych kolegów z drużyny – Duncan Edwards. Wydawało się, że osoba dotknięta takimi wydarzeniami, widząca na własne oczy śmierć najlepszych kolegów, nie będzie mogła się pozbierać. Piłkarz Manchesteru udowodnił jednak ponownie, że jest prawdziwym tytanem i bardzo ciężko będzie go złamać w jakikolwiek sposób.

Manchester United goalkeeper Harry Gregg pushes a shot safely outsie the post, during the FA Cup semi-final match at Villa Park. Result was 2-2 draw, teams will meet again at Highbury.

Już trzynaście dni po tych wydarzeniach dał radę powrócić na boisko i wystąpić w pucharowym meczu przeciwko Sheffield Wednesday. Jako jeden z nielicznych przetrwałych powrócił do gry w piłkę i w tych trudnych czasach stanowił jeden z najważniejszych punktów zespołu, który jeszcze w tym samym roku zdołał awansować do finału Pucharu Anglii, gdzie niestety poległ w meczu przeciwko Boltonowi. Niefortunnie w jego klubowej karierze zabrakło jednego – medalu. Mimo że grał w klubie w okresie dużych sukcesów nigdy nie mógł cieszyć się ze złota. Ze względu na kontuzję ramienia został wyeliminowany z finału Pucharu Anglii w 1963 roku, a w sezonach 64/65 i 66/67 nie rozegrał wystarczającej ilości spotkań, aby otrzymać krążek za wygranie ligi krajowej. W 1966 roku przeniósł się do Stoke City, ale kilka miesięcy później ze względu na liczne kontuzje zdecydował się zakończyć karierę. Był jednym z najlepszych bramkarzy swoich czasów, a na Mistrzostwach Świata w Szwecji w 1958 roku został uznany najlepszym golkiperem turnieju.

Po latach wiele znakomitych osobistości wypowiadało się na jego temat. George Best w swojej autobiografii napisał nawet, że odwaga to jedno, ale to co zrobił Harry było czymś więcej niż odwagą. Padło to z ust człowieka, który na początku swojej przygody z klubem czyścił wielkiemu bramkarzowi buty i jak sam przyznał, był to powód do dumy. Muszę przyznać Bestowi stuprocentową rację. To co zrobił w Monachium zasługuje na wieczną chwałę i pamięć, a charakter jaki pokazał, to coś naprawdę rzadko spotykanego. Najważniejsze, że po tych wszystkich wydarzeniach nadal pozostał normalnym facetem, a nie kimś kto chce czerpać na zgliszczach katastrofy. Dziś żyje spokojnie i w wieku 83 lat ma tylko jedną prośbę i przesłanie.

Zapamiętajcie mnie jako piłkarza, nie bohatera z Monachium.