Boski pomocnik – wywiad z ojcem Pawłem Gużyńskim, wielkim kibicem Juventusu

 

Ojciec Paweł Gużyński
Ojciec Paweł Gużyński – największy fan włoskiego futbolu wśród duchownych (źródło: Archidiecezja.lodz.pl)

Ojciec Paweł Gużyński to dominikanin z 14-letnim doświadczeniem piłkarskim i jeszcze dłuższym stażem w zakonie. Jest fanem Juventusu, którego mecze regularnie zapowiada w ogłoszeniach parafialnych. Potrafi dotrzeć do młodych ludzi, natomiast gorzej ze zrozumieniem u pozostałych braci i księży. Pasję i miłość do włoskiego futbolu czuć w każdym wypowiadanym przez Ojca zdaniu. Spojrzenie na futbol ma jedyne w swoim rodzaju.

Przez 14 lat grał Ojciec w Elanie Toruń, przygodę z piłką przerwało – trochę pozostając w futbolowej terminologii – powołanie?

Można by użyć takiego określenia, jak najbardziej. Talent trzecioligowca okazał się mniej ważny od poszukiwań duchowych i egzystencjalnych. Targało mną wewnętrznie pytanie: co powinienem zrobić ze swoim życiem docelowo? Gdyby wówczas wybór padł na piłkę, to pewnie wszystko potoczyłoby się inaczej, ale pochłonęły mnie sprawy duszy i zaangażowanie społeczne. To był okres przebudowy systemu w Polsce, rok 1989, kiedy byłem zaangażowany w działania opozycyjne. Polska ewoluowała niemal z dnia na dzień i to mnie fascynowało. Wiele rzeczy się zmieniło i musiałem się w tym odnaleźć, określić siebie na nowo i tak wybrałem, że po trzech latach pracy zawodowej postanowiłem wstąpić do zakonu.

Czyli nie był to transfer bezpośredni.

Nie, raczej pewna ewolucja, w której pasja do uprawiania sportu nieco wygasała, a pojawiły się inne rzeczy.

W ogłoszeniach parafialnych tydzień w tydzień zapowiada Ojciec mecze Juventusu. Kiedy powstał pomysł, żeby tak robić?

Może nie tydzień w tydzień, ale bardzo często. Czasami okoliczności są takie, że nie warto wtrącać takiego ogłoszenia, bo są inne – ważniejsze, poważniejsze. Byłoby to pewnym nietaktem, więc zawsze staram się to zrobić rozważnie. Tak, żeby niepotrzebnie nie wprowadzać czegoś, co zaburzyłoby rytm modlitwy, Eucharystii. Chociaż są to ogłoszenia parafialne, to trzeba pamiętać o całości. Ale robię to często już od bardzo wielu lat. Takie zaczepki piłkarskie rozpocząłem ładnych paręnaście lat temu, kiedy mieszkałem w klasztorze w Poznaniu.

A właściwie dlaczego Ojciec to robi i jakie są reakcje parafian?

Ludzie zazwyczaj przyjmują to bardzo dobrze – zwłaszcza męska część wiernych. Pozytywna reakcja bierze się z tego, że wówczas ksiądz wydaje im się bardziej ludzki, naturalny. Widzą, że to też jest człowiek, który przeżywa ludzkie przyziemne sprawy – podobnie jak oni. Wiedzą, że zaangażowanie części serca w kibicowanie nie jest czymś zdrożnym lub niskim. To przybliża ludziom księdza, bo wciąż pokutuje obraz kapłana bardzo odległego, oderwanego od codzienności ludzkiego życia. Czasami bywa to prawdą, ale częściej tak nie jest i daję temu wyraz. A że akurat moją pasją jest futbol, to staram się wplatać takie piłkarskie elementy.

Przypomina Ojciec tylko o meczach „Juve”?

Nie, czasami dotyczy to także innych rozgrywek, np. podczas dużych turniejów piłkarskich – mistrzostw świata czy Europy. Kiedyś wywołałem pewne napięcie, które nie było dobrze przyjęte przez innych ojców. Podczas mistrzostw Europy w 2008 roku Polska grała w niedzielę z Niemcami, wyszedłem z jednym z ojców zbierać tacę i on miał na szyi szalik reprezentacji Polski, a ja owinąłem się biało-czerwoną flagą. Ludzie przyjęli to z uśmiechem, natomiast ojcu odprawiającemu mszę nie do końca się to spodobało.

Dla mnie pomysł jest kapitalny, ale czy zdarzają się bardziej konserwatywni wierni, którym to nie odpowiada, bo uważają, że msza to jest sprawa zbyt poważna na coś takiego?

Okazywanie szacunku innym jest zawsze na miejscu. Dlatego poszukuję tutaj stosownej miary, odpowiedniego wyważenia i zdecydowanie częściej spotyka się to z pozytywnym odbiorem. Pozwala to budować lepszą relację z wiernymi.

Pojawiają się jakieś zabawne sytuacje z tym związane? Może ktoś nie do końca przepada za Juventusem?

W ogłoszeniach przed drugim meczem półfinałowym Juventusu z Monaco tylko półgębkiem wspomniałem, że we wtorek o 20:45 wiadomo co będzie się działo, i że nie trzeba nawet przypominać – każdy wie, o co chodzi. Po mszy przychodzi do mnie pewna pani do zakrystii i pyta, co to za wyjątkowe wydarzenie, o którym ona jeszcze nie wie. Nawet nie zdążyłem się odezwać, a pozostali wierni już jej wytłumaczyli, że chodzi o rewanżowy mecz w półfinale Ligi Mistrzów i dodali, że ja tak zawsze. (śmiech)

A zaraził Ojciec kogoś w ten sposób miłością do „Starej Damy”?

Tak, z tym że częściej komunikują się ze mną osoby, które i beze mnie kibicowałyby Juventusowi. Niektórzy faktycznie znajdują w moich zapowiedziach taki impuls dla siebie, który sprawia, że częściej oglądają te mecze. Robię to też dlatego, że włoska piłka nie jest dla polskich kibiców czymś znanym i interesującym. Ciągle pojawiają się stereotypy o defensywnej grze i wyrachowaniu. Futbol włoski jest trochę na boku, ale i tak jest teraz lepiej niż przed laty, bo wreszcie mówi się o nim więcej w mediach dzięki obecności w Serie A Milika, Szczęsnego, Zielińskiego, Linettego, Cionka czy Bereszyńskiego. Jeżeli kogoś zainteresuję włoskim futbolem moimi wstawkami, to takie osoby będą miały szansę odkryć, że ta liga jest naprawdę bardzo ciekawa.

W czym jest lepsza od angielskiej?

W Italii gra się futbol wystudiowany. W Anglii dominuje fizyczność, natomiast inteligentną taktykę znajdziemy przede wszystkim we Włoszech. Spójrzmy na poczynania Antonio Conte – wpada do Premier League i wygrywa ją w pierwszym sezonie swojej pracy, zostawiając z tyłu Guardiolę, Mourinho czy Kloppa. Widać gołym okiem, że Włosi mogą zaproponować coś reszcie Europy. Teraz wielkie kluby zabiegają o Allegriego. To nie jest przypadek! Warto poznać futbol łączący inteligencję z fanatyczną pasją.

Czyli w Serie A najbardziej pociąga Ojca myśl taktyczna?

Pociąga mnie fakt, że to jest myślący futbol. To przekłada się na zdyscyplinowanie taktyczne, dlatego część zawodników sprowadzanych do Włoch ma problem z przystosowaniem się lub potrzebują na to dużo czasu. Nie zawsze osiągają sukces, bo ten futbol trzeba zrozumieć. Tutaj trzeba inaczej poruszać się po boisku, inaczej zarządza się tempem gry, inna jest współpraca między formacjami. Do Juventusu kupiono rok temu Chorwata, Marco Pjacę, który jest ogromnie utalentowany, ale jeszcze nie pojął tej filozofii.

A dlaczego w życiu pojawił się akurat Juventus?

Najprościej mówiąc – zaczęło się od Zbigniewa Bońka. To był pierwszy polski piłkarz, który zrobił taką karierę na Zachodzie. Trafił do Włoch po mundialu w 1982, a ja wtedy byłem młodym chłopakiem, grałem w juniorach i Boniek stał się dla mnie idolem. To przeszło na zainteresowanie Juventusem. Pamiętam wielkie mecze przeciwko Widzewowi… A później zainteresowanie poszło jeszcze o krok dalej i zacząłem kibicować reprezentacji Włoch. Znowu imponowała mi inteligencja, a czasami cwaniactwo boiskowe jako dodatkowa broń. Włosi zwykle mają w zanadrzu jakiś fortel, aby ograć przeciwnika.

Boniek jest dość logicznym wyborem, ale dlaczego dzisiaj ulubionym piłkarzem Ojca jest Claudio Marchisio?

Dlatego że jest wychowankiem Juventusu, a ja wciąż jeszcze wierzę w jakąś tradycję w futbolu, w pewne wartości, które powoli zanikają. Nie do końca lubię piłkarzy najemników, którzy idą za kasą i co chwilę zmieniają kluby. Pewnie, każdy może zmienić pracę na lepiej płatną, ale nie potrafię utożsamiać się z kimś takim . Trzeba pamiętać, że Marchisio to znakomity piłkarz i gra tak, jak lubię. Tak samo podziwiałem Del Piero. W ogóle we Włoszech jeszcze kilku takich zawodników się znajdzie, jak choćby Totti w Romie.

Dla równowagi jest Gonzalo Higuain.

To śladowa historia, jego przypadek faktycznie jest inny. Wolę mówić np. o De Rossim, który też jest takim piłkarzem, czy Insignie w Napoli. Przywiązanie do barw można pokazać na przykładzie Buffona, Nedveda, Del Piero, kiedy Juventus spadł do Serie B, ale oni mimo to nie odeszli. Przecież to byli piłkarze, którzy mogli grać, gdzie tylko chcieli, ale zostali i chwała im za to, wrócili z „Juve” do Serie A i dalej robili wielkie rzeczy.

Jak odebrał Ojciec zmianę herbu na logo?

Na razie jest to dla mnie nie do strawienia. Rozumiem potrzebę ewolucji niektórych rzeczy. Za udane odnowienie uznałem uproszczenie herbu, które nastąpiło jakieś trzy czy cztery lata temu. To było ok – łączymy stare z nowym i znajdujemy odpowiednie rozwiązanie. Czy teraz taki krok okaże się właściwy i kibice go zaakceptują? Zobaczymy. Nie jest to sprawa najważniejsza na świecie, ale należę do tych, którzy nie są przekonani. Mogłoby to funkcjonować równolegle, a nie w ten sposób.

Na pierwszy rzut oka Ojca pasja jest sprawą niecodzienną. Zakonnik, ksiądz… Ale jakby się tak przyjrzeć: papież Franciszek kibicuje i jest honorowym członkiem San Lorenzo, wcześniej Benedykt XVI trzymał kciuki za Bayern, a Jan Paweł II był za Cracovią. Zaraz wyjdzie na to, że pasja Ojca nie jest niczym nadzwyczajnym… W klasztorze ogląda Ojciec mecze w samotności czy rzesza kibiców jest szersza?

Inni bracia także z pasją oglądają mecze, ale z dwóch powodów zwykle oglądam mecze w pojedynkę. Po pierwsze, oglądając mecz via Internet, mogę robić inne rzeczy – prasuję habit, koszule lub wykonuję inne czynności pozwalające połączyć jedno z drugim. Nie zawsze mam czas poświęcić się w wyłącznie transmisji. A po drugie, postaram się to powiedzieć z delikatnością… Nigdy nie lubiłem takiego społecznego oglądania meczów, jeśli w grupie są osoby…

Zbyt ekspresyjne?

Nie! Te wygłaszające ignoranckie komentarze lub takie, które nie dotyczą meczu. To mi burzy komfort i sposób percepcji tego widowiska. Brutalnie mówiąc – z dyletantami nie lubię oglądać meczów. Trochę kojarzy mi się to ze stereotypem męża, który ogląda mecz, i żony, która mu właśnie wtedy przypomina, że powinien zawiesić świeżo uprane firanki, jakby od tego zależały losy świata. Chociaż to oczywiście stereotyp.

Rozumiem, że podczas meczów z AS Monaco czy wcześniej z Barceloną habit nie był prasowany?

Nie, nie, wtedy nie. Wtedy był niemal tylko mecz, ale na szczęście przy innych spotkaniach nie mam problemu z podzielnością uwagi… Zupełnie mi to nie przeszkadza, ale na ważniejsze mecze staram się wygospodarować czas, żeby obejrzeć z większym komfortem.

Wiara w ten klub nie zmalała po aferze Calciopoli?

Ta afera jest jak katastrofa smoleńska w Polsce. Nie do końca wiadomo, kto zawinił, a kto nie. Wydaje mi się, że sami piłkarze mogli nie mieć o niczym pojęcia. Zawsze byłem przekonany, że jeśli były tam popełnione jakieś błędy, a były przez Moggiego chociażby, to filozofia tego klubu zostanie odbudowana na zdrowych zasadach i rodzina Agnellich o to zadba. Czasami przeżywa się takie dołki, myślę, że Moratti z Interu też nie ma w tej sprawie czystego sumienia. Ale to już przeszłość, która na mnie specjalnie nie wpłynęła. Mecze w Serie B też oglądałem, co do jednego.

Leonardo Jardim, trener Monaco, twierdzi, że futbol jest jak religia. Zgadza się Ojciec?

Chociaż podobieństw bywają duże, to jednak to nie to samo. Ludzie zaangażowani w futbol potrafią mecze przeżywać w sposób religijny i może zdarzyć się tak, że na miejscu Pana Boga ląduje jakiś klub czy zawodnik.

Słyszał Ojciec o kościele Maradony?

Słyszałem, ale jest to zjawisko sui generis, nie będące religią par excellence, lecz tylko jakąś formą zachowań parareligijnych.

Ale Ojciec chyba się na to nie zamyka, nie potępia tego? W przypadku Maradony to wszystko jest podszyte pewną ironią. Wyznawcy przechodzą chrzest i muszą zdobyć bramkę ręką na wzór swojego Boga, czas liczą od narodzenia Diego i postępują według dziesięciu przykazań, które wymyślili.

To jest jednak cokolwiek niestosowne. Dobry żart, trafna ironia – jak najbardziej, ale wszystko musi mieć swoje granice. Sacrum to tabu w najpierwotniejszym tego słowa znaczeniu. Są rzeczy, których nie powinno się naruszać. Mówiąc dosadnie – nie przychodzi się na pogrzeb z pękiem baloników w tyłku, bo są granice, które zawsze trzeba uszanować. Staram się analizować i śledzić świat kibiców. Bardzo niebezpiecznym jest, gdy ktoś całą swoją tożsamość buduje na przywiązaniu do barw klubowych. To, kim jest, określa wyłącznie przez pryzmat sympatii piłkarskich. Jest to fatalne dla rozwoju osobowości, jest dla niej bardzo degradujące.

Sami siebie ograniczają…

Z całą pewnością, jeśli dochodzi na tym tle do takich aktów brutalności, że kolega zażartuje z mojego klubu, a ja mu wbijam za to nóż, to coś jest nie tak. Dlatego do wszystkiego trzeba mieć zdrowy dystans, bo jak się go nie ma, to budzą się w nas demony.

A myśli ojciec, że Bóg ingeruje w futbol? Warto modlić się o pozytywny rezultat czy to zawracanie Bogu głowy głupotami?

To takie piłkarskie głupotki. Pan Bóg nie ingeruje w to, jaki klub ma wygrać mecz.

Nie ma ulubionego klubu?

Bardzo często przywołuję powiastkę o Jezusie na meczu piłkarskim. To jest tak: przyjaciele zabierają Jezusa na mecz piłkarski między katolikami a protestantami. Pan Jezus siada na trybunach, ogląda mecz i pierwsi strzelają gola katolicy. Jezus się cieszy, klaszcze, podrzuca kapelusz. Po pewnym czasie bramkę wyrównującą strzelają protestanci i Jezus znowu klaszcze, podskakuje i się cieszy. Wtedy pojawia się komentarz zza jego pleców: pfff, Boże, co za ateista!

Haha, kibic sukcesu, sezonowiec!

To jest bardzo trafna przypowieść, która pokazuje, że nie warto mieszać Pana Boga do tego, co należy do porządku tego świata, co jest autonomiczne. Bóg w najogólniejszym sensie sprawił, że częścią ludzkiego życia, propozycją wypoczynku i zabawy, jest gra w piłkę nożną. To zdrowa forma rywalizacji w odróżnieniu np. od wojen.

Pisał ojciec przy okazji mundialu w 2014, że turniej pozwoli Ojcu zbadać swoje serce. Na jakie pytania o nas samych odpowiedzi może udzielić futbol?

Chodzi o ustalanie granic w samym sobie. Część osób nie rozumie, dlaczego bardziej kibicuję Włochom niż Polakom. To ludzi drażni, bo mają trochę nacjonalistyczne podejście do kibicowania. Badanie granic swojego serca, w moim rozumieniu, to ustalenie próg zdrowego w coś zaangażowania. Każdy kibic przeżywa porażki swojego zespołu – to jest normalne i jest pewną analogią dotyczącą w ogóle naszego życia. To, co możemy przeżyć jako kibic, przeżywamy też w życiu. To, jak reaguję na porażkę klubu, ujawnia w jakiejś części to, jak reaguję na niepowodzenia w życiu. Tak samo jest z sukcesami. Kibicowanie to taki poligon, na którym można się sporo o sobie dowiedzieć.

Piłkarze często demonstrują swoją wiarę – żegnanie się przed wejściem na murawę, tatuaże zawodników o motywach religijnych, wznoszenie dłoni ku niebu po strzeleniu gola… Późniejsze wymuszenia fauli, szczypanie i prowokacje chyba wchodzą z tym w pewną sprzeczność. Irytuje to Ojca?

Nie irytuje w sposób szczególny. Pewnie, że ideałem byłaby taka spójna postawa, że skoro odwołuję się do Boga, to w walce też jestem szlachetny, szanuję pewnego rodzaju zasady. Trzeba mieć jednak trochę dystansu i wiedzy, jak pokrętna może być czasami nasza religijność. Wystarczy przypomnieć sobie przypadek patriarchy Jakuba, który chciał przejąć schedę po ojcu i w tym celu podstępnie wyeliminował starszego brata Ezawa, któremu się ona należała. I Pan Bóg mu pobłogosławił, więc też tak na to patrzę. Izraelici, jak wychodzili z Egiptu, podstępnie okradli Egipcjan ze złotych i srebrnych naczyń. Poszli w długą i tyle ich widzieli, więc patrzę na to z dystansem i uśmiechem. Nie lubię tylko, gdy ktoś z premedytacją oszukuje. Dlatego Maradona czy Henry nigdy nie znajdą się w gronie moich ulubionych piłkarzy, mimo wybitności. Lubię natomiast twardą grę. Sam, kiedy grałem, byłem raczej walczakiem. Nie toleruję ludzi, którzy nie szanują zdrowia przeciwnika. Jasne, na boisku różne rzeczy mogą się zdarzyć, ale premedytacji w takim działaniu nie cierpię.

Na jakiej pozycji Ojciec grał?

Najczęściej jako środkowy obrońca lub pomocnik.

To kto jeszcze poza Marchisio jest w gronie lubianych przez Ojca piłkarzy?

Jest ich dużo…

To jedziemy! Jedenastka Juventusu: Buffon, Bonucci, Chiellini…

Ha! nie tylko. Jak patrzę trochę wstecz, to na pewno Del Piero. Bardzo lubiłem piłkarzy, którzy wygrali mundial w ’82 roku, później także Nestę, Cannavaro – to jest świat piłkarzy, którzy byli dla mnie bardzo ważni. Z racji tego, że byłem raczej piłkarzem o walorach defensywnych, dużo jest tu obrońców.

Bardziej Kante niż Pirlo?

Imponują mi ci od czarnej roboty. Np. Di Livio z drużyny, gdy Juventus po raz ostatni wygrał Ligę Mistrzów. To był taki mały niezwykle waleczny żołnierzyk. Także podziwiałem Antonio Conte. Sporo piłkarzy… ale głównie Włosi.

Kocha Ojciec Włochów, martwi Ojca statystyka, że piłka staje się w Italii popularniejsza niż katolicyzm i praktyki religijne?

Na tego typu statystki i porównania nie można patrzeć zbyt prosto. Mówią nam o pasjach, które ludzi łączą. Jest zupełnie naturalne, że piłka nożna wyprzedza popularnością religię, ponieważ piłka nie wymaga takich deklaracji jak wiara, nie wymaga porównywalnego zaangażowania. Wiara dotyczy losów całego życia, a futbol jest tylko jego częścią. W ogólnie mnie nie dziwi, że więcej jest kibiców piłkarskich niż katolików. Katolicyzm jest trudny, a piłka w porównaniu z życiem według zasad Ewangelii to jest betka. Łatwiej być kibicem niż chrześcijaninem, więc takie zestawienia są trochę złudne. Nie sądzę, żeby w tym aspekcie we Włoszech działo się coś niepokojącego.

To inna statystyka, w Holandii Ruud van Nistelrooy w rankingach popularności wygrywał rzekomo z… Panem Jezusem. Wiadomo, że Holandia jest krajem dość specyficznym, jeśli chodzi o aspekt wiary, ale pokazywano przypadkowym ludziom zdjęcia van Nistelrooya i Jezusa, i częściej rozpoznawany był piłkarz.

Czy specyficznym? Jeszcze do niedawna była bardzo katolickim krajem, miała jedną z najwyższych liczb misjonarzy w świecie. Przeobrażenia, jakie się tam dokonały, wpłynęły na to, że w dużym procencie jest to dzisiaj społeczeństwo postsekularne. Jednak, jak uczy doświadczenie, to się będzie zmieniało. Dziś Kościół katolicki w Holandii wydaje się w dużej defensywie, ale z nadzieją i spokojnie patrzę na takie procesy. Nie pierwszy raz w historii sinusoida opada, aby potem wystrzelić w górę. Bardzo jestem ciekaw, jak religijność w takich krajach jak Holandia, czy innych krajach Beneluksu, będzie się odradzać. Kościół katolicki czekają tam duże wyzwania.

Miałby Ojciec obawy, żeby w Polsce wyjść dziś na rynek miasta czy do galerii handlowej i zrobić podobny eksperyment z Lewandowskim?

Nie, nie sądzę, żeby w Polsce było to możliwe. Podstawowe kojarzenie religijne jest cały czas silne, więc Robert Lewandowski nie zdetronizowałby Jezusa w takim badaniu. Tego zupełnie się nie obawiam.

Sądzi Ojciec, że po części to dzięki futbolowi udało się Ojcu zbudować tak dobry kontakt z młodzieżą?

Moja teza co do pracy z młodzieżą jest taka sama od kilku lat: pracując z młodymi ludźmi, przekazuje się pewne wartości, ale dwie rzeczy są kluczowe. Po pierwsze, ważne, żeby spotykali cię jako człowieka spójnego. Mogą się buntować, nie zgadzać, kwestionować, ale muszą w tobie widzieć człowieka spójnego. Spójnego pod względem tego, co mówisz i co robisz. Jest to ogromnie ważne, analogiczne do wychowywania w obrębie rodziny. Jeżeli dzieci widzą rodzica, który jest niespójny, łatwo się gorszą.

„Nie ćpaj!”, a sami kurzą skręta…

Dokładnie! To jest przeciwskuteczne. Taki rodzic wiele nie osiągnie. Nie powinien też udawać człowieka bez skazy, który nie popełnia błędów. Młodzi ludzie doskonale wychwytują wszelkie przejawy hipokryzji. Spójność, cierpliwa obecność i oparcie, jakie można dać ludziom młodym, jest o wiele ważniejsze niż przekazywanie od razu jakichś wysublimowanych prawd wiary. Przecież właśnie w ten podstawowy sposób także te głębokie intuicje są przekazywane, choć niejako mimochodem. Ważne jest przede wszystkim to, żeby wytworzyć pozytywne skojarzenia emocjonalne z religią.

No właśnie. W Austrii podczas Euro 2008 wpadli na pomysł, by otworzyć salki parafialne, zainstalować tam rzutniki i wspólnie z wiernymi oglądać mecze. Ten pomysł bardzo podzielił społeczeństwo. Uważa Ojciec, że to był dobry ruch?

To niekoniecznie musi się udać. Najpierw trzeba mieć dobre rozeznanie społeczne, żeby coś takiego zaproponować. Dlatego, jak rozpoczynaliśmy naszą rozmowę, mówiłem o tym, że staram się w tym być bardzo ostrożny i jeśli zauważyłbym, że pojawia się tendencja, że wierni nie akceptują moich wstawek, tobym z nich zrezygnował. Niczego nie forsowałbym na siłę. Podobnie trzeba podejść do tego przykładu. Jeżeli jakaś społeczność ma określone wymagania wobec księdza i oczekuje od niego, że skupi się wyłącznie na aspekcie religijnym i duchowym, to nie ma sensu na siłę być ekscentrykiem, bo niczego dobrego to nie przyniesie. A tam, gdzie dystans między księdzem a wiernymi zrobi się zbyt duży i ksiądz będzie odseparowany od codziennych problemów ludzkich, to przybliżanie jest bardzo ważne i sport może być antidotum na taki problem.

W 2008 roku kardynał Bergoglio, dzisiejszy papież, odprawił mszę z okazji 100-lecia swojego ulubionego klubu San Lorenzo. Nie myślał Ojciec, żeby tak przed finałem Ligi Mistrzów odprawić mszę w intencji Juventusu?

O korzystny wynik nie ma sensu się modlić, Pan Bóg się w to nie miesza, ale mszę o błogosławieństwo dla Juventusu i jego kibiców mogę odprawić zawsze! Nie ma najmniejszego problemu, ale nigdy nie będę się modlił o taki czy inny wynik.

Nawet jak w 90. minucie finału będzie 1:0 dla Realu i Juventus dostanie rzut karny, to nie pojawi się taka krótka wzmianka, żeby strzelił?

Jasne, że będę chciał, żeby strzelił, ale nie będę tej prośby kierował do Boga. Będę wierzył w umiejętności zawodnika. (śmiech)

Rozmawiał: Dawid Szymczak

Fortuna: Odbierz 110 zł na zakład bez ryzyka + do 400 zł bonusu!