Dokąd lecą „Nietoperze”?

Najpierw chaos, a tuż po tym kadrowa rewolucja – ostatnie miesiące dla Valencii to okres dość burzliwy. Z jednej strony solidne wzmocnienia, z drugiej – wyprzedaż kluczowych graczy. Do tego falstart w lidze hiszpańskiej. Co się więc w takim razie dzieje z Nietoperzami?

Valencia przed meczem ligowym z Eibarem (sezon 2015/2016).

Kibice klubu z Walencji przyzwyczaili się do bycia na salonach. Do wysokich miejsc w Primera Division, do awansu do najważniejszych europejskich rozgrywek, czyli Ligi Mistrzów. Nic dziwnego – w ostatnich 10 sezonach sześciokrotnie zajmowali miejsce w czołowej „piątce”, pod wodzą Unaia Emery’ego trzy razy stawali na najniższym stopniu podium. Nie było to w żadnym wypadku ujmą, ulec Barcelonie oraz Realowi Madryt to żaden wstyd, to realia współczesnej piłki. Gorzej, że w ostatnim sezonie Valencia spadła z wysokiego konia. Sezon 2014/2015 zakończyli na wysokim czwartym miejscu (tuż za obecną wielką hiszpańską „trójcą”), w ostatnim ich nazwy trzeba było szukać w środku tabeli. Dwunasta pozycja słusznie uznawana była jako porażka. Trzeba napisać więcej: to najgorszy wynik od… 1995 roku. Kryzys zapukał do drzwi Nietoperzy.

Kiedy można datować jego początek? Punktem kulminacyjnym z pewnością było zwolnienie Nuno Espirito Santo pod koniec listopada zeszłego roku po porażce z Sevillą. Jeszcze 12 miesięcy wcześniej był dosłownie niesiony na rękach – Valencia grała atrakcyjny dla oka futbol, ich gra mogła się podobać. Zachwycali ponadto przygotowaniem fizycznym. Klub zdobył w rozgrywkach 2014/15 77 punktów, zawodnicy byli nad wyraz skuteczni – 70 goli robi wrażenie. Co się stało później? Zaczęła o sobie dawać znać chęć posiadania władzy absolutnej w klubie przez Santo. To nie spodobało się włodarzom Valencii, ponadto nie broniły go wyniki (5 zwycięstw w 13 spotkaniach). Potem jednak i tak było gorzej.

neville
Związek Valencii z Garym Nevillem nie mógł się udać.

W Mikołajki popełniono jednak największy błąd, to mało powiedziane, mowa tutaj o typowym „kardynale”: drużynę powierzono kompletnie niedoświadczonemu Gary’emu Neville’owi. Legendarny obrońca Manchesteru United nie podołał odpowiedzialnemu zadaniu z kilku powodów. Po pierwsze: nie znał realiów hiszpańskiego futbolu, co wydaje się być warunkiem koniecznym, aby móc z powodzeniem prowadzić klub w Primera Division. Po drugie: brak „kontaktu” z piłkarzami przed objęciem sterów w Valencii. Nie da się ukryć, że jest ogromna różnica pomiędzy analizowaniem spotkań w studiu Sky Sports, a codzienną pracą z grupą piłkarzy na treningu. Aż dziw bierze, że na tym stanowisku Neville utrzymał się ponad 4 miesiące, zwłaszcza ze wewnątrz nie działo się zbyt dobrze. Liczne konflikty nie pomagały w uzyskiwaniu dobrych wyników. Pod jego wodzą drużyna notorycznie zawodziła, w lidze udało się jej wygrać tylko z Espanyolem, Granadą oraz Malagą, za każdym razem 2:1. W innych rozgrywkach nie było wcale różowiej. OK, w Pucharze Króla wyeliminowali trzecioligowe Barakaldo oraz – ponownie – Granadę (7:0 w dwumeczu – robi wrażenie, ale akurat to wyjątek od reguły), z Las Palmas męczyli się przez dłuższy okres, ale ich także udało się pokonać. Największa katastrofa przydarzyła się jednak 3 lutego 2016 – na Camp Nou Valencia dostała srogie lanie od Barcelony (7:0), remis 1:1 na Mestalla w rewanżu nic nie mógł zmienić. Na plus w CV mógłby dorzucić pewne wygrane 6:0 i 4:0 nad Rapidem Wiedeń w Lidze Europy, ale więcej plusów nie zanotowano. Procent zwycięstw 35,71 nie robi na nikim wrażenia. Toksyczny związek trzeba było zakończyć, aby nie pogrążać się coraz bardziej.

Valencia cieszy się z triumfu nad Barceloną na Camp Nou, w zeszłym sezonie zwycięstwa to była rzadkość.
Valencia cieszy się z triumfu nad Barceloną na Camp Nou. W zeszłym sezonie zwycięstwa to była rzadkość.

Następcą angielskiego szkoleniowca został Pako Ayestaran, jego asystent mający za zadanie poprawić atmosferę i ułatwić komunikację między nim a piłkarzami. Człowiek, który przez długi okres stał w cieniu sukcesów klubu z Andaluzji. Był asystentem Rafy Beniteza w najlepszym okresie dla Valencii. Wówczas dwukrotnie wygrywali ligę, a także sięgnęli po Puchar UEFA. Współpracował z nim również podczas pobytu w Liverpoolu. Ayestaran wchodził w skład sztabów szkoleniowych Emery’ego i Quique Sancheza Floresa, był tam trenerem od przygotowania fizycznego. Samodzielnie trenował drużyny z Izraela, a także miał epizod w lidze meksykańskiej. Za późno było jednak na ratowanie sezonu. Zespół był rozbity, choć miał swoje przebłyski. Pod jego wodzą udało się bowiem wygrać w Primiera Division z Sevillą, a także Dumą Katalonii na… Camp Nou, co jest nie lada wyczynem! Ostatecznie zajęli miejsce w drugiej połówce tabeli, zdobywając zaledwie 44 punkty (11 zwycięstw, 11 remisów, 16 porażek). To dało do myślenia, nastał czas na uporządkowanie całego bałaganu, który przez ostatni rok rozrósł się do ogromnych rozmiarów.

Trener Paco Ayesteran.
Trener Paco Ayesteran.

Przede wszystkim stanowisko utrzymał „strażak” Ayestaran znający hiszpańską piłkę od kuchni. Kontynuacja z pewnością dobrze wszystkim zrobi, zwłaszcza piłkarzom, którzy narzekali, że w zeszłym sezonie zmiany były za częste (pomiędzy Santo, a Nevillem, zespół  przez niecały tydzień prowadził jeszcze Salvador Gonzalez). Różne wizje szkoleniowców przynieść owoców nie mogły. Cel prze startem sezonu był jasny jak słońce: powrót do elity, czyli rozgrywek Ligi Mistrzów. Początek jednak nie zwiastuje pozytywów. Valencia po 2 kolejkach znajduje się na dnie tabeli. A przed nimi dopiero zaczną się trudne mecze – w najbliższych tygodniach zmierzą się z Athletikiem Bilbao, Atletico oraz Barceloną. Zadeklaruję, o co możemy walczyć, kiedy będę wiedział, jakich dostanę piłkarzy – mówił przed startem ligi szkoleniowiec Valencii. No właśnie, wypadałoby wziąć na tapetę kwestię wzmocnień.

U Nietoperzy lato pod względem transferów było tak samo gorące, jak w samym mieście. Zwłaszcza ostatnie dni okienka. Zacznijmy od osłabień, z Andaluzji odeszło kilku kluczowych graczy: bramkostrzelny napastnik Paco Alcacer przeniósł się wraz z obiecującym Andre Gomesem do Katalonii, niemiecki obrońca Mustafi wybrał Anglię, a konkretnie londyński Arsenal, podobnie uczynił Sofiane Feghouli, tylko on zdecydował się na West Ham United. Wyprzedaż nikogo nie dziwi, Valencia nie od dziś potrafi z zyskiem sprzedawać swoich graczy (z finansami od kilkunastu lat nie jest najlepiej), teraz wygląda to jednak na ucieczkę z tonącego okrętu. Przykład Alcacera jest podręcznikowy. Niejeden piłkarz chciałby chociaż przez chwilę przywdziać koszulkę Blaugrany, ale w tym okienku wielu odmawiało. Vietto czy Gameiro woleli przejść gdzie indziej z prostego powodu. Interesowała ich tylko regularna gra. Przy obecności zabójczego tria MSN wydaje się to awykonalne. W Andaluzji był postacią szalenie ważną, w Barcelonie będzie musiał przyzwyczaić się do grzania ławy.

Jeden z nowych graczy klubu z Andaluzji, portugalczyk Nani
Jeden z nowych graczy klubu z Andaluzji, Portugalczyk Nani.

Na koniec przyjrzyjmy się transferom do klubu. Włodarze zazwyczaj nie wydawali pieniędzy na nowych graczy. Wyjątkami Nani, Alvaro Medran oraz Ezequeil Garay, którego przejście dopięto wczoraj wieczorem, kwoty jednak nie ujawniono (spekuluje się o 20 milionach euro). Większość więc wypożyczyli lub nie musieli nic płacić  poprzednim pracodawcom. Nazwiska nie grają, ale kilka z nich robi pozytywne wrażenie. Martin Montoya, Mario Suarez, Munir El Haddadi czy Eliaquim Mangala w optymalnej formie powinni dać odpowiednią jakość, dzięki której będą w stanie walczyć  o pierwszą ósemkę. Konkurencja jest ogromna, awans do LM może pozostać w sferze marzeń.

Odpowiadając na pytanie zawarte w tytule artykułu można odpowiedzieć krótko: wciąż nie wiadomo. Początek sezonu przypomina o demonach z poprzedniej kampanii, o transferach trudno cokolwiek powiedzieć – jest po prostu za wcześnie. Kadra na papierze wydaje się solidna. Jeśli tylko Ayestaran wszystko odpowiednio poukłada niebawem powinniśmy spodziewać się pożądanych efektów. Można nie być sympatykiem Valencii, nie ekscytować się ich grą, ale jedno trzeba przyznać: Primera Division bez tego utytułowanego klubu nie byłaby tym samym, czym jest.

Komentarze

komentarzy