Kopciuszek na salonach. Niezwykła historia Deportivo Alaves

Alaves2

15 lat temu zagrali w finale Pucharu UEFA, później słuch o tej drużynie zaginął. Teraz powinno się to zmienić, bowiem Deportivo Alaves wraca po długiej nieobecności do Primiera Division. To idealny moment, aby przypomnieć sobie wspaniałą przygodę, którą przeżyli na początku poprzedniej dekady.

Mamy rok 2000, a dokładnie końcówkę maja. Kilka dni wcześniej zakończył się sezon w lidze hiszpańskiej. Sezon, który z pewnością przeszedł do historii futbolu. Wystarczy spojrzeć na tabelę: mistrzem zostało Deportivo La Coruna, Real Madryt zajął dopiero 5 miejsce, a do Segunda Division spadły uznane marki – Atletico oraz obie drużyny z Sevilii. Dzisiaj taki scenariusz byłby nie do pomyślenia. Rewelacją został klub z kraju Basków, Deportivo Alaves, który zaledwie rok wcześniej awansował do La Liga po 42-letniej tułacze po niższych szczeblach. Nikt nie mógł się spodziewać, że kopciuszek będzie w stanie zająć 6 miejsce gwarantujące udział w Pucharze UEFA. Mało kto wierzył, że podopieczni Jose Manuela Esnala będą w stanie ugrać coś w tych prestiżowych rozgrywkach.

Mistrzowie thrillerów

Pomimo tego, że dla wielu byli anonimową drużyną pokazali wówczas, że nie warto ich przedwcześnie skreślać oraz to, że w każdym spotkaniu walczą do samego końca. Potwierdził to mecz  rewanżowy w pierwszej rundzie, kiedy mierzyli się z tureckim Gaziantepsporem. Wygrana po horrorze 4:3 rozpoczęła triumfalny marsz, jak się później okazało, do finału w Dortmundzie. Następnie los skojarzył ich z norweskimi ekipami. Gracze Alaves poradzili sobie zarówno z Lillestromem SK (3:1, 2:2), jak i Rosenborgiem Trondheim (1:1, 3:1). Prawdziwy test czekał Hiszpanów w IV rundzie. Inter Mediolan w składzie z Seedorfem, Zanettim czy Ronaldo był jednym z faworytów do sięgnięcia po to trofeum. 15 lutego 2001 miał miejsce kolejny thriller. Na prowadzenie wyprowadził Deportivo najlepszy strzelec Javi Moreno (notabene wychowanek FC Barcelony). Obok Jordiego Cruyffa (syn Johana) najbardziej rozpoznawalna postać w zespole. Bramka podziałała na tyle mocno, że Włosi w 20 minut wbili 3 gole i wydawało się, że piękny sen powoli dobiega końca. Nic bardziej mylnego. To wtedy cała Europa usłyszała legendę o „niezwyciężonym Alavés” – udało im się doprowadzić do remisu, sprawa w rewanżu zatem wciąż pozostawała otwarta. Choć nikt nie dawał większych szans. Zwłaszcza, że grali na stadionie Giuseppe Meazza. Przez długi okres utrzymywał się wynik 0:0 (premiujący ekipę prowadzoną przez Marco Tardellego), co i tak było ogromną niespodzianką. Nie mówiąc już o dwóch golach strzelonych w ostatnim kwadransie. Sensacja stała się faktem. Kolejny przeciwnik został wyeliminowany przez rewelację z Kraju Basków.

Alavés świętuje gola w meczu z Interem Mediolan.

Świat nie mógł uwierzyć

W ćwierćfinale spotkali się z ligowymi znajomymi – drużyną z Madrytu. Nie chodzi tu jednak o Królewskich, a o Rayo Vallecano. 3:0 w pierwszym spotkaniu dawało ogromne poczucie komfortu przed rewanżem. Nawet porażka 1:2 w tej kwestii nic nie zmieniła. Zwycięski pochód trwał w najlepsze. 1/2 finału to pojedynek z mocnym na tamte czasy niemieckim 1. FC Kaiserslautern. I znowu mieliśmy do czynienia z dwoma niezwykłymi meczami. Deportivo Alaves rozgromiło rywali pakując im aż 9 bramek (5:1, 4:1), nie dając zupełnie szans. Gra była efektowna, ale co najważniejsze efektywna. Piłkarski świat nie mógł się nadziwić. Pozostało ostatnie spotkanie. Liverpool już czekał i ostrzył sobie zęby na trofeum.

Czas na finał

16 maj 2001. Stadion w Dortmundzie. Przez wielu kibiców i ekspertów nazywany najlepszym (i najbardziej dramatycznym!) finałem w historii Pucharu UEFA. Rzeczywiście – przeszedł do historii i jest doskonale pamiętany przez wszystkich fanów piłki nożnej. Wynik 5:4 nie zdarza się przecież zbyt często. Faworytem rzecz jasna byli piłkarze z Anfield, którzy wcześniej odprawili z kwitkiem Barcelonę, Porto, Romę, Olympiakos Pireus, a także Slovan Liberelec i Rapid Bukareszt. Angielski dziennik „The Sun” ostrzegał jednak przed rewelacją rozgrywek: Jeśli liverpoolczycy chcą zdobyć trofeum, nie mogą zlekceważyć rywali. Za zbyt beztroskie podejście do meczów z walecznymi Baskami inni już srogo zapłacili.

Javi Moreno (po prawej) strzela bramkę z rzutu wolnego na 3:3.
Javi Moreno (po prawej) strzela bramkę z rzutu wolnego na 3:3.

Do ostatniej kropli krwi

Początek wskazywał, że kopciuszek nie ma szans z mocniejszym i słynniejszym rywalem. Liverpool szybko objął prowadzenie, po 16 minutach było zresztą już 2:0. Gdy wygrywaliśmy 2:0 wydawało się, że to będzie łatwy i przyjemny mecz. Że strzelimy 3-4 gole. Nagle zaczęło się wszystko komplikować – wspomina Gary McAllister, jeden z bohaterów spotkania, który miał udział przy trzech golach (2 asysty plus trafienie). Alaves strzeliło kontaktową bramkę, jednakże przed przerwą ekipa Gerarda Houlliera podwyższyła na 3:1. Nie pozostało ekipie z Półwyspu Iberyjskiego nic innego, jak pójść na wymianę ciosów. Nie mieli zresztą nic do stracenia, a w przeszłości udowadniali, że łatwo nie dadzą się złamać i będą walczyć do końca. Do ostatniej kropli krwi. Rozpoczęła się więc szaleńca pogoń za marzeniami. Niezawodny Javi Moreno w krótkim odstępie czasowym doprowadził do remisu. Alaves złapało wiatr w żagle, okupując jednak to zdrowiem. Włożyli w to spotkanie mnóstwo sił. Od 73. minuty znowu musieli gonić wynik, rezerwowy Fowler, mogło się wydawać, postawił kropkę nad „i”. To nie był jednak koniec tego dramatycznego spotkania. Sama końcówka, sympatycy Liverpoolu wciąż nie mogą być pewni końcowego triumfu, wiedzą przecież, że Baskowie są nieobliczalni i wszystko może się zdarzyć. Tak też się stało. Młody Cruyff doprowadza swoich kibiców do ekstazy, kiedy w 88. minucie strzela bramkę numer 8 w tym meczu. Czyli jednak dogrywka.

Moment przełomowy finału - Alavés strzela samobójczego gola.
Moment przełomowy finału – Alavés strzela samobójczego gola.

Zabrakło 270 sekund

Z jednej strony gracze Deportivo musieli mieć w głowach, że są o krok od historycznego wyczynu, który przeszedłby do historii, z drugiej – mieli już dość. Słaniali się na nogach, zmęczenie dawało o sobie coraz bardziej znać. Dodatkowe 2 kwadranse (lub mniej, obowiązywała wtedy zasada „złotego gola”) nie szły ku ich myśli. W 99 minucie wyleciał Magno Mocelin, a w 116 – Antonio Karmona. Najgorszym jednak ciosem było samobójcze trafienie Delfiego Geliego, które na 270 sekund przed końcem przekreśliło wielkie marzenia. Sędzia musiał zakończyć spotkanie. Hiszpanie przez wielu minut zakrywali swoje zapłakane twarze. Nie mogli uwierzyć, że w taki sposób polegli. Oczywiście – już samo dojście do finału było dla nich gigantycznym sukcesem. Jednakże puchar był na wyciągnięcie ręki: rozgoryczenie i rozczarowanie musiało zostać spotęgowane. Dortmund był świadkiem wielkiego finału. My jesteśmy najmniejszym zespołem, który ten finał uczynił wielkim. Graliśmy z dumą i klasą, udało nam się doprowadzić do wyniku 4:4 w normalnym czasie. Ale efekt był taki, że w dogrywce byliśmy na wpół martwi – powiedział tuż po porażce trener Alavés, Jose Manuel Esnal.

Załamani graczy Deportivo po końcowym gwizdku w Dortmundzie.

Co wydarzyło się później? Wielki sukces nie przełożył się na osiągnięcia na krajowym podwórku. Już w 2003 Alavés spadło do drugiej ligi. W 2005 powrócili do Primiera Division, ale tylko na chwilę. Opuścili ją po sezonie – historia bywa więc brutalna. Z kolei między 2009, a 2013 występowali w trzeciej lidze. Świat powoli o tej magicznej drużynie zapomniał. Teraz jest szansa, aby Baskowie to zmienili. Wracają do La Liga i kto wie – może znów zaskoczą wszystkich dookoła jak 15 lat temu. Jak mawia klasyk: nigdy nie mów nigdy.

Na koniec przeżyjmy to jeszcze raz: