La fiesta del fútbol: Zaskakujący początek i polski akcent

BLOG

Witajcie po hiszpańskiej stronie futbolu! Druga kolejka za nami, najwyższy więc czas zacząć święto z La Liga. Od teraz będzie ono trwało jeden dzień dłużej. Spotkajmy się po każdej serii gier właśnie w tym miejscu. 

Dwa mecze z beniaminkami, dwa remisy. O kim mowa? Oczywiście o Atletico, które, nie wiedzieć czemu, nie potrafi wygrać z o wiele słabszymi ekipami. Tajemnica może tkwić w nastawieniu, a to w szeregach nowych jak najbardziej pozytywne. Piłkarze cieszą się z gry w gronie najlepszych i niesieni falą entuzjazmu stawiają niesamowicie wielki opór. Ciekawym zjawiskiem jest, że „Rojiblancos” nie potrafili narzucić rywalom swojego stylu gry. Nie stracili przez wakacje największych gwiazd, a sprowadzono kolejną w osobie Kevina Gameiro. Pozostaje nam wierzyć, że Simeone postawi podopiecznych na nogi, bo nikt tak jak Atletico nie zagrozi Realowi i Barcelonie.

Przed sezonem wierzyłem, że do tej walki włączy się Valencia. Dziś już wiem, że będzie o to niesamowicie trudno. „Nietoperze” sprowadzili Naniego, który na Euro pokazał dawny błysk i w jego osobie upatrywali tego, który tchnie nowe siły. Po dwóch porażkach z – wydawać by się mogło – średnimi ekipami zamykają jednak tabelę La Liga. Co gorsza, lada chwila mogą stracić dwóch kluczowych zawodników. O krok od Arsenalu jest Shkordan Mustafi, a jeszcze bliżej do Barcelony ma Paco Alcacer. Co to będzie z tą Valencią? Chyba najszybciej poleci trener Pako Ayestaran.

Rozczarowują też Atheltic Bilbao i Celta. Obie ekipy towarzyszą „Nietoperzom” na dnie stawki. Baskowie nie potrafili postawić się zawodnikom z Gijón i Barcelonie, a „Celtistas” polegli z Leganes i Realem. Tym drugim można wybaczyć o tyle, że stracili Nolito, a w dodatku ostatnio zagrali naprawdę dobry mecz. Real był po prostu klasę wyżej. Jesteśmy jednak niemal pewni, że strefa spadkowa to w przypadku tych ekip jedynie tymczasowy stan.

Pozytywnie zaskoczyło za to Las Palmas. Piłkarze z Wysp Kanaryjskich są w jakiejś fenomenalnej formie i już porównuje się ich do Leicester. W dwóch spotkaniach zdobyli aż dziewięć goli, tracąc tylko trzy, co przy komplecie oczek daje pozycję lidera. Widać, że dobrze w nowym otoczeniu czuje się Kevin-Prince Boateng, który potrafił nieco mniej doświadczonym kolegom narzucić swój styl, a ten wszyscy doskonale znamy. Na duży plus Nabil El Zhar i Marko Livaja, którzy obok Prince’a również mają po dwa trafienia. Pozostaje tylko trzymać kciuki za kontynuację takiej formy, bo może ona nadać tej lidze nowych kolorów i zaprowadzić przed odbiorniki nowych widzów, dla których Hiszpania kojarzyła się do tej pory tylko z dwoma zespołami.

Osobiście jestem też pod wrażeniem beniaminka z Leganes. W przypadku nowego zespołu w stawce ważny jest start, a tutaj wyszło niemal idealnie. Na inaugurację udało się pokonać Celtę, a teraz doszedł remis z Atletico – finalistą Ligi Mistrzów. Można się spodziewać, że w domowych spotkaniach podmadrycki klubik będzie trudnym rywalem. Wśród pochwał, które niewątpliwie należą się podopiecznym Asiera Garitano, warto odnotować też ciekawostkę. Otóż Leganes jest obecnie posiadaczem rekordu związanego z czystym kontem beniaminka w najwyższej klasie rozgrywkowej. Piłkarze z Estadio Municipal de Butarque nie stracili gola przez pierwsze 180 minut. Poprzedni rekord należał do Realu Madryt, który w… 1929 roku wytrwał 160. A ten wynik można jeszcze wyśrubować.

14518454097671

Widzicie na tym zdjęciu coś znajomego? Zawodnik z numerem 11 nosi bardzo swojsko brzmiące nazwisko. To 27-letni Alexander Szymanowski, argentyński skrzydłowy polskiego pochodzenia. W Hiszpanii od 12. roku życia. Na początku testowany przez Real i Atletico, w którym spędził dwa juniorskie lata. Później błąkał się po niższych ligach, aż w 2013 wyjechał do Broendby, skąd rok temu wrócił, by zagrać w Leganes. W ostatnim spotkaniu zaliczył debiut w najwyższej klasie rozgrywkowej. Zawsze to jakiś polski akcent w La Liga.

Takiego startu spodziewał się mało kto. La Liga określana jest przecież jako plac boju dwóch hegemonów, a początek mówi coś zupełnie innego. Całe szczęście i niech taki stan trwa jak najdłużej, bo niespodzianki to piękny element tego sportu. A w Hiszpanii przydadzą się jak nigdzie indziej.