Lepszy Martyniuk niż Grabowski, czyli Jagiellonia w wersji disco

 akcent

Ludziom sterującym polskim futbolem od lat zależy na tym, by wreszcie nad Wisłę zawitała szeroko pojęta Europa. Służyć temu mają wybudowane nowoczesne stadiony czy coraz lepsze opakowywanie spotkań przez telewizję. Ale jest jednak w naszym kraju klub, który – jak uważają niektórzy – zamiast iść z duchem czasu i przybierać kolorowe piórka Zachodu, woli wciąż tarzać się w swoim błotku.

Chodzi oczywiście o Jagiellonię i jej coraz bardziej zażyłe relacje z gwiazdą muzyki disco polo, Zenonem Martyniukiem. Do Internetu trafił właśnie filmik, na którym widać, jak lider grupy Akcent nagrywa wespół z kilkoma graczami „Pszczółek” nową wersję swego hitu „Przez twe oczy zielone”. Utwór ten jest doskonale znany polskim kibicom głównie za sprawą Kamila Grosickiego. To właśnie on przemycił go do szatni polskiej reprezentacji, a potem także na stadion, kiedy podopieczni Adama Nawałki świętowali na Narodowym awans na tegoroczne mistrzostwa Europy.

Jednym podoba się tego typu muzyka, drugim nie – jak to w życiu. Wszystkim nie da się dogodzić, ale jeśli komuś ma pomóc słuchanie muzyki autorstwa pana Zenka, nie można jej zakazać. To już nie te czasy, kiedy tylko w domowym zaciszu można było delektować się kawałkami Perfectu, Maanamu czy Lady Pank, a Gombrowicza czytano jedynie z latarką pod kołdrą, by – nie daj Boże! – Wielki Czerwony Brat się o tym nie dowiedział. Tak wyszło, że Jagiellonia ma swoją siedzibę w Białymstoku, a więc zagłębiu muzyki chodnikowej, z czego skrzętnie korzysta.

Utwór stworzony przez Martyniuka ze słowami autorstwa piłkarzy „Jagi” już niedługo będzie rozbrzmiewał na stadionie podlaskiego zespołu po każdym golu zdobytym przez jego zawodników. Wiocha? Nie, dlaczego? Po co wstydzić się muzyki, której każdy – może nie zawsze dobrowolnie, ale jednak – słucha, np. na weselach. Kto z nas w latach 90. nie oglądał w każdą niedzielę na Polsacie programu Disco Relax i nie tupał nogą w rytm przebojów ówczesnych gwiazd, które swoją popularnością przygniatały gigantów rocka, a własne płyty, tfu!, kasety rozprowadzały w mgnieniu oka?

Jak mniemam, disco polo na stadionie Jagiellonii ma służyć wprawianiu jej kibiców w dobry nastrój, a skoro większość z nich słucha tego gatunku muzyki i lubi go, to nie widzę powodu, by się tego wstydzić. Amerykanie słuchają country, a Niemcy paradują w trakcie Oktoberfestu w czapkach z piórkiem, mimo iż akurat te dwa kraje przede wszystkim kojarzą się z Zachodem. Nikt u naszych zachodnich sąsiadów nie żądał od piłkarzy Hoffenheim, którzy kilka lat temu zawitali do Bundesligi, zmiany ich przydomku – „Wieśniaki” – na bardziej światowo brzmiący, np. parający się uprawą ziemi.

Jagiellonię też zatem należy zostawić w spokoju, gdyż, jak to mówią, wolnoć Tomku w swoim domku, a więc jeśli komuś się nie podoba fakt, że teraz na stadionie białostoczan zabrzmi charakterystyczny głos Martyniuka, niech po prostu na niego nie przychodzi. Zamiast debatować nad muzyką, jaką przystoi odgrywać w trakcie spotkań Lotto Ekstraklasy, a jaką należy umieścić na liście piosenek zakazanych, lepiej by było, gdyby ktoś wreszcie zaczął poważnie myśleć nad tym, jak skutecznie utemperować kibiców rzucających race świetlne na boisko albo ich języki. Coś mi się wydaje, że prędzej utwory Akcentu zachęcą, albo przynajmniej nie odstraszą, sympatyków futbolu do odwiedzania stadionów niż bluzgający w kierunku kogo się da kibole.

Gdybym miał dzieci, wolałbym wyprawić je na obiekt, na którym z głośników płyną dźwięki muzyki może dalekiej od miana ambitnej, ale przynajmniej nikogo nie obrażającej. Fakt, że pseudokibice wykazują większą elastyczność w wymyślaniu kolejnych wyzwisk pod adresem sędziego (a przy okazji jego matki, żony i pociech) oraz fanów drużyny przeciwnej, niż muzycy w łączeniu ze sobą nut, nie przemawia do mnie. I myślę też, że ci, którym nie w smak współpraca Jagiellonii z legendą, jak by nie patrzeć, polskiej muzyki, także dojdą kiedyś do wniosku, że lepiej w przerwie spotkania posłuchać prostego disco niż fantazyjnych przekleństw, jak np. te autorstwa postaci granej przez Andrzeja Grabowskiego w filmie „Skrzydlate świnie”, żywiołowo reagującej na decyzję arbitra o odgwizdaniu spalonego.