Mariusz Rumak: Termalica – ani ona nie była gotowa na mnie, ani ja na nią.

Jeśli można powiedzieć o jakimś trenerze, że jest młody i doświadczony, to z pewnością jest nim Mariusz Rumak. Dwa wicemistrzostwa Polski zdobyte z Lechem, a później praca w Zawiszy, Śląsku i Bruk-Bet Termalice. Rozmawialiśmy o pobycie w tych wszystkich klubach, o specyfice pracy trenera, problemach jakie spotkał, sukcesach, a także o tym jak wykorzystuje czas wolny od pracy w klubie. Zapraszamy do lektury.  

Pańskim zdaniem 189 dni to dużo czy mało?

Zależy na co. Jeżeli mówimy o sprawach czy relacjach damsko-męskich, to bardzo mało (śmiech). Natomiast pewnie pyta pan o zawód trenera. Co można zrobić w 189 dni? Z pewnością niewiele.

Nie bez powodu podałem tą liczbę, bowiem dzisiaj dokładnie (wywiad przeprowadzony 27.03.) tyle mija odkąd rozstał się Pan z Bruk-Bet Termalicą. Ciekawe, że średni czas pracy trenera w Ekstraklasie wynosi 169 dni, więc zdążyłby Pan poprowadzić jeszcze jeden zespół.

Wystarczy spojrzeć na Termalicę, którą prowadzi już trzeci trener w tym sezonie.

Ile czasu zatem potrzebuje trener, aby wdrożyć swoją filozofię i żeby mógł powiedzieć, że to już jego autorski projekt?

Praca zaczyna się od samego początku, pytanie po jakim czasie będą widoczne efekty. Natomiast ja zawsze powtarzam, że jak ktoś ma dwa okienka i ma realny wpływ na te okienka oraz dwa okresy przygotowawcze. Tak naprawdę sprawdzenie wariantów następuje podczas gier kontrolnych. Pewnych rzeczy nie zrobisz w lidze, bo jest to po prostu niebezpieczne, żeby eksperymentować. Jeśli chcesz wdrożyć coś innego, to musisz to zrobić w grach kontrolnych, dlatego uważam, że powinny to być przynajmniej dwa takie okresy przygotowawcze. Oczywiście w momencie, jeśli te zmiany są celowe, czyli takie po których spodziewamy się efektów, a zmian personalnych jest niewiele.

Dwa tygodnie temu wróciłem z Włoch. Przebywałem tam dwa tygodnie, rozmawiałem z Marco Giampaolo. Podczas dyskusji dokonał się podział szkoleniowców na dwie grupy. Pierwsza to taka, gdzie dla trenera sukcesem będzie zmiana w funkcjonowaniu zespołu. Ich zdaniem istnieje zasada, która mówi o tym, że na samym początku będziesz miał problemy, natomiast jak się później odbijesz, to wróci z nawiązką. To dotyczy takich trenerów jak właśnie Giampaolo i jego Sampdorii, która rośnie. Również Gasperini z Atalantą i Sarri z Napoli. Wszyscy mieli na początku problemy, ale mieli ten przywilej, że mieli bardzo mądrych szefów, którzy okazywali im wsparcie. Okazało się, że po okresie transformacji te zespoły mocno poszły do przodu. Jeżeli chcesz coś takiego wprowadzić, to musisz się z tym liczyć. Druga grupa trenerów, to ta, która zarządza kryzysem. Czyli wchodzi i szybko osiąga sukcesy.

Czyli bardziej motywatorzy.

Tak, ale te kluby najczęściej dalej są w tym samym miejscu w jakim były. Też nie ma co mieć za złe tym trenerom, że są, bo są to zadaniowcy. Teraz istotne jakim trenerem chcesz być. Jeśli chcesz należeć do grupy zadaniowców, to wystarczy ilość dni, o której pan wspominał na początku. Wówczas można tak zarządzać, żeby szybko zespół podnieść. Takim przykładem jest chociażby moja praca w Śląsku. Objęliśmy zespół na 15 miejscu. Na 11 spotkań, tylko jedno przegraliśmy, ale było to jedynie zarządzanie kryzysem, a nie budowanie tożsamości czy sposobu grania. Było to raczej stosowanie środków doraźnych i udało się wyciągnąć zespół z dolnych rejonów i wywindować na 10. Później zapłaciłem posadą, za to, że chciałem coś zmienić. W okresie przygotowawczym zaczęliśmy zmiany, które miały być systemowymi, w związku z tym skończyło się jak skończyło. Uwierzyłem szefom, że są gotowi na to.

Uwierzył Pan, że dadzą czas na budowę nowego projektu.

Dokładnie, na budowę nowego projektu, a nie życie od meczu do meczu. Jak widać we Wrocławiu nie byli na to gotowi.

Jeśli chodzi o Pana długość pracy, to w Śląsku i tak pod tym względem nie było najgorzej, bo trwało to 10 miesięcy. Inaczej wyglądało to w Termalice. Dano Panu szansę w zaledwie 10 spotkaniach. Można w ogóle oceniać pracę trenera przez pryzmat tylu spotkań? To raptem 3 miesiące.

To jest ocena tych, którzy zatrudniali trenera. Jeśli ktoś bierze trenera, to odpowiada za to, że go zwalnia po 10 meczach, bo tak naprawdę w tym czasie niewiele można zrobić. Oczywiście jest liczba punktów do zdobycia. Spójrzmy na to przez pryzmat dwóch rzeczy, które można zweryfikować. Chciałbym podać przykład Michała Probierza, który miał tylko punkt więcej kiedy odszedłem z Bruk Betu. Teraz jestem wręcz przekonany, że będzie w grupie mistrzowskiej. To jest tylko kwestia zaufania właścicieli i wybranie osoby, której się ufa. Jeżeli się wybiera kogoś, a potem zwalnia po 10 meczach, to coś jest nie tak. Przypadek Termalici jest taki, że kolejny trener zaczął punktować, ale w meczach z tymi samymi przeciwnikami zdobył dokładnie tyle samo punktów co ja. Więc może nie chodzi tu o pracę szkoleniową.

Termalica jest w tak samo trudnej sytuacji, w jakiej była, albo nawet w gorszej.

Mówiąc o zatrudnianiu trenerów tych dwóch na pewno, mówię o sobie i moim następcy nie spełniła założeń jakie były postawione przed tym zespołem przez właściciela. To już jest jednak wewnętrzna sprawa klubu z Niecieczy kogo zatrudnia, czego wymaga i jakie daje narzędzia żeby można było osiągnąć postawione cele. Widać, że ten klub dalej poszukuje swojego miejsca. Zawsze jak ktoś mnie pyta o pracę w Niecieczy, to mówię, że ani Termalica nie była na mnie gotowa, ani ja na Termalicę, więc to był mój duży błąd gdy zdecydowałem się na pracę w tym miejscu.

To znaczy, że ponownie by Pan nie podjął tej pracy? Nie było różnic w oczekiwaniach na początku?

Nie, ja już kilka miesięcy wcześniej miałem ofertę z Bruk-Betu, ale się nie zdecydowałem. Później ofertę przyjąłem, bo chciałem wdrożyć swoje pomysły, ale jak się okazało, to nie było to miejsce. Uznaję, że był to mój błąd, który jednak sporo mnie nauczył, także jestem bogatszy o to doświadczenie.

W takim razie czego się Pan nauczył? Jest coś, co będzie mógł Pan wykorzystać w pracy w kolejnym klubie?

Wniosków jest dużo, bo abstrahując od rzeczy związanych typowo z warsztatem trenerskim, to odbyłem też wiele rozmów z szefami klubu. Termalica to miejsce z dużymi możliwościami, natomiast było zbyt wiele ustępstw z mojej strony. Niedawno zrobiłem sobie podsumowanie pracy w poprzednich klubach i najbardziej twardą osobą byłem na początku w Lechu. Byłem tam sobą, a później próbowałem być za bardzo elastyczny, tłumaczyłem wiele rzeczy zupełnie niepotrzebnie. Mam postanowienie żeby wrócić do korzeni i nie chodzi tutaj o sposób wypowiedzi w mediach czy rozmowy z właścicielami. Jeżeli chodzi o relację w Lechu, to każdemu bym takich życzył, bo były fantastyczne. Chodzi mi bardziej o zgubienie własnej tożsamości i zatracenie ideałów.

Z pewnością w Poznaniu dostał Pan największy kredyt zaufania, ale Lech jest z tego znany. W pierwszym sezonie zajęliście 4 miejsce, a w następnych dwóch sezonach plasowaliście się tuż za Legią. Mam wrażenie, że wówczas te miejsca nie były wystarczająco doceniane. Natomiast jak się okazuje poza mistrzostwem Macieja Skorży było chociażby 7 miejsce. W tym roku podejrzewam, że Lech przyjąłby 2 miejsce w ciemno, choć zapewne nikt tego głośno nie powie.

Jeśli chodzi o ten sezon, to uważam, że Lech nigdy nie miał tak mocnej kadry. Za kadencji obecnych właścicieli nie przypominam sobie równie szerokiej i mocnej. My chcieliśmy budować zespół z tożsamością, w oparciu o wychowanków z Poznania i z całej Wielkopolski. W ciągu trzech lat zespół miał urosnąć i zdobyć mistrzostwo. I jak wiemy zdobył, z kimś innym, ale zdobył. Chyba tylko Sadajew doszedł z tych kluczowych graczy, reszta zawodników grała również wcześniej. Były to dwa różne okresy w Poznaniu. Sposób budowania zespołu różnił się bardzo mocno. Tamta drużyna w lidze była stabilniejsza. Zdobyliśmy ponad 60 punktów w 30 meczach, co dzisiaj dało by pozycję lidera.

Zgadza się, obecnie żaden zespół nie osiąga średniej powyżej 2 punktów na mecz.

Udało nam się osiągnąć stabilizację na krajowym podwórku i pewną powtarzalność. Mieliśmy swój styl, zresztą ja sobie nie wyobrażam, żeby grając przy tak fantastycznych kibicach można było czekać na kogoś zamiast grać ofensywnie. Może nie byłem pragmatyczny, ale dla mnie w Poznaniu stadion ma duszę i trzeba czasem wyjść do wysokiego pressingu. Niejednokrotnie za to zapłaciliśmy nadziewając się na kontrę. Tamtej drużynie brakowało doświadczenia.

Mówi Pan o meczach w europejskich pucharach?

Tak, zarówno my czyli sztab szkoleniowy jak i kadra zawodników nie miała doświadczenia na takim poziomie co trzeba sobie jasno powiedzieć.

Z pewnością Bartosz Ślusarski to nie był Dawid Kownacki, Marcin Robak czy Christian Gytkjaer.

Też pamiętajmy kogo ściągaliśmy do klubu. Np. Barry Douglas, o którym rozmawiałem ostatnio ze Sky Sports. Ten chłopak robi fantastyczną karierę, dostał powołanie do kadry Szkocji i pewnie dostanie szansę gry przeciwko Węgrom (Szkocja wygrała 1:0, a Barry Douglas wszedł na boisko w 67 minucie – przyp.red.). Przyszedł do nas z Dundee United, które grało gdzieś w środku tabeli i nie było mowy o żadnym powołaniu. Podobnie było z Lovrencicsem i Hamalainenem. Na każdego z nich mieliśmy pomysł. Kasper co prawda był powoływany do kadry Finlandii, ale doświadczenie pucharowe zbierał u nas. Nie wspominając o młodych chłopcach z akademii, którzy debiutowali dopiero w piłce dorosłych, a teraz część z nich dzisiaj jest powoływanych do Reprezentacji Narodowej.

Z pracy w Lechu najbardziej żałuje Pan pucharów?

Zdecydowanie, bo uważam, że można było zrobić więcej w przypadku awansu do grupy Ligi Europy. Przede wszystkim mielibyśmy czas na pomyłki. Popełnialiśmy je w meczach, w których nie mieliśmy prawa się pomylić. Jakby Pan jednak przeanalizował momenty, w których Lech trafiał do fazy grupowej, to najpierw przegrywał walkę o Ligę Mistrzów. Tylko zespół Franciszka Smudy nie przegrał po drodze, gdy wyeliminował Austrię Wiedeń. Słynne mecze z Juventusem i Manchesterem City odbywały się po w dwumeczu ze Spartą Praga. Za trenera Skorży Lech odpadł z FC Basel, oczywiście mieli możliwość pomyłki dzięki mistrzostwu, my tak nie mieliśmy. Dlatego mogę żałować braku fazy grupowej, ale praca w Lechu bardzo mocno mnie rozwinęła, bo to są doświadczenia których się nigdzie nie zdobędzie. Dostrzega się je dopiero po czasie.

W czerwcu skończy Pan 41 lat. W Lechu zarządzał Pan szatnią, w której byli faceci młodsi od Pana zaledwie o kilka lat. Nie było problemów z szacunkiem, czy wchodzeniem na głowę?

Niektórzy byli nawet starsi. O szacunek trzeba spytać piłkarzy, bo to tylko oni mogą powiedzieć, czy ten szacunek mieli czy nie.

Ale jednak Pan go czuł lub nie.

To zależy zawsze od okoliczności w jakich się rozstawaliśmy. Jak się ma kilkudziesięciu zawodników, to się każdemu nie dogodzi. Nawet jak są sami dobrzy, to ktoś musi usiąść na ławkę. W żadnym jednak momencie nie miałem problemów z szatnią. Są jasne zasady, jeśli piłkarze czują, że one do czegoś zmierzają, to czemu miałyby być jakiekolwiek problemy? Bardzo miło wspominam współpracę z tymi bardziej doświadczonymi zawodnikami, bo oprócz pomocy, to akceptowali hierarchię jaka była. Swoją największą porażkę odniosłem nie na boisku, a poza nim. Chodzi mi o zamieszanie z Rafałem i Bartkiem (Murawskim i Ślusarskim – przyp.aut.). Musieli wtedy odejść z zespołu i uważam, że było to niedobre, ale nie w kontekście decyzji jaką podjąłem. Teraz podjąłbym pewnie podobną, ale wydaje mi się, że przede wszystkim nie dopuściłbym do takiej sytuacji. Wtedy zabrakło doświadczenia, ale tak jak pan powiedział mimo młodego wieku jak na trenera mam dobre CV. Młody, a jednocześnie doświadczony i z ambicjami (śmiech).

Piotr Reiss w tym samym wieku zdobywał jeszcze bramkę w lidze przeciwko Zagłębiu, także pewnie jeszcze wiele przed Panem.

Z dużym sentymentem wspominam moment, gdy Piotr i Ivan Djurdjević kończyli karierę. Dałem im zagrać od początku, Ivan strzelił bramkę. Wiedzieli, że zejdą w okolicach 60-70 minuty i dostali owację od kibiców. Swoją postawą z pewnością zasłużyli na taki koniec kariery. Dla takich momentów warto było pracować w tym klubie.

Po Lechu przeniósł się Pan do Bydgoszczy. Powiem szczerze, że sytuacja Zawiszy przed wiosną, podobnie jak gra była fatalna, ale seria zwycięstw sprawiła, że dopingowali Wam kibice z całej Polski.

Rzeczywiście z wielu stron dochodziły pozytywne głosy. Natomiast jest to przykład jak ważna jest współpraca pomiędzy właścicielem, klubem, a trenerem. Jesienią było bardzo ciężko, sportowo trudno było się podnieść i zdobywać punkty, a jednak mnie nie zwolniono, chociaż pewnie na 10 sytuacji w 9 trener stracił by pracę. My jednak doszliśmy do wniosku, a właściwie to właściciel doszedł do wniosku, że to co się dzieje nie jest tylko winą trenera. Zaczęliśmy rozmawiać co zrobić, żeby to zmienić, ale bez wielkiego budżetu. Udało się ściągnąć ciekawych piłkarzy, którzy nieźle funkcjonują w piłce. Ivan Mayewski grał przecież w Lidze Mistrzów, o czym przekonała się na własnej skórze Legia. Niewiele zabrakło, aby ten projekt zakończył się sukcesem sportowym. Chociaż takim było zbudowanie kilku piłkarzy.

Bardzo dużo zyskał chociażby Kamil Drygas.

Tak, ale nie tylko on. Mało kto pamięta jak prezentował się obecny reprezentant Kuba Świerczok, który grał w Niemczech. Był w zespole rezerw, właściciel podał mu rękę. Pamiętam, że już wtedy był ambitny i chciał dużo grać, ale my go budowaliśmy powoli, tak aby stopniowo się rozwijał. Oprócz Świerczoka był Barisić, Mica, Luka Marić, który przychodził zapuszczony, a później grał w Lidze Europy. Rozwinął się Kamil Drygas, Kuba Wójcicki zaczął być prawym obrońcą. Szkoda, że nie udało się nam utrzymać, bo w kolejnym sezonie byłaby to ciekawa i groźna drużyna. To jest dowód na to, że nie zawsze dobrym rozwiązaniem jest zwalnianie trenerów. Dawanie szansy sprawia, że kluby się rozwijają.

Dlaczego w sumie przyjął Pan ofertę Zawiszy? Niejeden trener po dwukrotnym zdobyciu vice mistrzostwa i pracy w topowym klubie, z całym szacunkiem dla Zawiszy traktowałby to jako krok w tył.

Właśnie dlatego, bo nie odbieram się przez pryzmat wielkiego ego. Ja do tego zawodu podchodzę jak do wyzwania i mam swoje marzenia, cele, a żeby je osiągnąć, to muszę spróbować chleba z niejednego pieca. Praca w mniejszym klubie miała być wyzwaniem, chciałem wykorzystać swoje pomysły, dlatego wybrałem Zawiszę.

Gdy pracował Pan w Lechu część środowiska zarzucała Panu, że wicemistrzostwo z Lechem zdobyłby każdy, jak się okazuje nie jest to prawdą. Podjęcie pracy w Zawiszy nie było próbą udowodnienia innym swoich racji?

Nie chciałem nic pokazywać środowisku, bo ja nie będę nikomu nic udowadniał. Chciałem popracować w innych warunkach od razu mówię, że wcale nie gorszych i była to decyzja podjęta z premedytacją. Chciałem popracować z innymi zawodnikami, dać im wsparcie i ich zbudować, bo w jakim klubie bym nie był staram się rozwijać piłkarzy. Patrzę na klub całościowo, m.in. na akademię. Kuba Łukowski, który teraz jest w Płocku debiutował wówczas w Zawiszy jako jego wychowanek. Zawsze jest to miłe jak zaistnieje piłkarz z regionu, także to również była dla mnie spora nauka.

Na czym polegał problem Śląska? Na tym, że postawiono zbyt wysokie cele nie adekwatne do możliwości zespołu?

Nie, problemem Śląska było to, że tych celów nie było. Uważałem, że był to klub i miejsce z dużymi możliwościami, takimi które w perspektywie kilku lat pozwolą walczyć z najlepszymi drużynami.

W końcu nie tak dawno Śląsk zdobywał 1,2 i 3 miejsce w lidze grając w pucharach.

To znaczy, były to zupełnie inne możliwości finansowe, wielu piłkarzy z tamtych czasów odeszło. W pierwszym okresie przejmowałem zespół, który był na 15 miejscu. Cel wówczas był jasny, czyli utrzymanie. Wyszło tak, że z 11 spotkań, przegraliśmy tylko jedno w ostatnich minutach z Górnikiem Zabrze. Dostaliśmy bramkę na 1:2 w doliczonym czasie. Gdyby ten zespół został, tzn. odeszło by 2-3 piłkarzy, a w ich miejsce przyszliby nowi, to była szansa powalczyć chociażby o grupę mistrzowską. Wystarczyło solidnie przepracować okres przygotowawczy. Okazało się jednak, że klubu nie stać na zatrzymanie wielu piłkarzy i trzeba było budować nowy zespół. Jednocześnie dowiedziałem się, że na nowy zespół pieniędzy nie ma. W związku z czym na pierwszym zgrupowaniu nie mieliśmy do dyspozycji żadnego środkowego pomocnika. Niektórych może to śmieszyć, ale jedynym zawodnikiem mogącym pełnić tę rolę był Peter Grajciar. Ciężko zatem przećwiczyć jakikolwiek wariant taktyczny.

Dariusz Sztylka się śmiał, że jest najlepiej przygotowanym piłkarzem, bo z konieczności brał udział we wszystkich ćwiczeniach. Był II trenerem, ale musiał trenować, żeby można było cokolwiek zrobić. Taki był Śląsk Wrocław. Ja zapłaciłem posadą za brak stabilności, bo początek był niezły, remisy z mocniejszymi, wygrana w Szczecinie z Pogonią. Później mieliśmy gorszy okres, bo musieliśmy przećwiczyć warianty ofensywne, które miały funkcjonować przez lata. Następnie w czterech meczach zdobyliśmy 10 punktów. Brakowało nam stabilności, moim zdaniem przez okres przygotowawczy. Wielu zawodników podpisało kontrakt w ostatni dzień okienka, czyli na koniec sierpnia. Można znowu spojrzeć, ile przez ten czas zmieniło się prezesów i trenerów we Wrocławiu, a klub nadal nie może się odbić. W momencie, gdy odchodziłem Śląsk był na 11 miejscu i miał za sobą mecze z najmocniejszym, bo dwa mecze z Lechem i Legią. Można było popracować zimą i wiosną walczyć o wyższe miejsce, ale ktoś nie wytrzymał. Kończąc wątek Śląska zawsze będę powtarzał, że czuje żal do ówczesnych władz tego klubu.

Tego Pan nigdy nie ukrywał, że nie rozumiał decyzji prezesa.

Nie spodziewałem się takiej decyzji i spytałem o powód. Rozmawialiśmy w tygodniu poprzedzającym następny mecz o tym, jakie trzeba zrobić ruchy transferowe. Nagle się okazuje, że po ostatnim meczu jest zmiana, a później doszły do mnie głosy, że niektórzy wiedzieli już przed meczem. To chociażby pokazuje jak kuriozalna była to sprawa. Powiedzmy, że argumentem były wyniki.

Prezes na konferencji pomeczowej powiedział, że nie było zastrzeżeń co do warsztatu czy zaangażowania w pracę, ale właśnie do wyników. Pytanie jakich wyników oczekiwali szefowie Śląska i na jakich podstawach? Podobne problemy miał niedawno Jan Urban.

Na pewno miał innych piłkarzy.

Adam Matysek również został zwolniony, a miał wprowadzać młodych, zdolnych piłkarzy. A teraz oglądamy kolejne podejście Tadeusza Pawłowskiego w roli strażaka.

Znowu zamiast budowy, jest ratowanie sytuacji. Gdzieś usłyszałem mądre zdanie, że problemem klubów nie jest zwalnianie trenerów, tylko że nie wiedzą po co mają trenerów. Trzeba pamiętać, że trener jest jedną z najważniejszych osób, bo odpowiada za wynik sportowy. A bez tego i rozwoju nie ma marketingu, nie ma sprzedaży biletów, koszulek i nie ma klubu. Uważam, że skoro zmieniamy trenerów co 160 dni, to jest kuriozum, a potem wielkie zdziwienie, że polscy piłkarze się nie rozwijają. Zastanawiam się czy ci ludzie co zwalniają trenerów i nie chodzi w tym wypadku o mnie tak samo postępowaliby z nauczycielami swoich dzieci, np. od matematyki? Jeśli ktoś zaczyna się uczyć w wieku 7 lat i kończy maturą, to miałby 18 nauczycieli od jednego przedmiotu. Czy ktoś wysłałby swoje dziecko do szkoły wiedząc, że będzie uczone przez tylu nauczycieli? Na początku jest diagnoza tego co jest, później zarządzanie kryzysem i…

…zwalnianie.

Tak i następuje zwolnienie po kryzysie, w związku z czym nie ma rozwoju. Zastanawiamy się potem dlaczego polscy piłkarze się nie rozwijają tak jak powinni. Bo nie ma stabilizacji.

Tym bardziej, że wielu trenerów przychodzi ze swoim sztabem, często z nowymi zawodnikami których znają i okazuje się, że zawodnik, który miał być wiodący na swojej pozycji jest odsuwany.

Powiem tak, ci chłopcy z Poznania, którzy debiutowali u mnie i przepracowali kilka okresów przygotowawczych mieli indywidualny plan rozwoju. I teraz przypuśćmy, że jest rozpisany plan na dwa lata, ale w tym czasie zmienia się pięciu trenerów.

Plan byłby niezrealizowany, a przez 2,5 roku pięciu trenerów w naszej lidze, to nic dziwnego.

Jeżeli byłoby pięć różnych planów, to oni by się nie rozwinęli. Abstrahując od tego czy plan był dobry czy nie. Ważne, że był wprowadzany, dzień po dniu, miesiąc po miesiącu.

Wypisałem sobie kilka nazwisk. Kędziora, Kownacki, Linetty, Teodorczyk, Kamiński, Bereszyński. Dzisiaj wieczorem Polska gra z Koreą. Nie zrobiło się Panu ciepło na sercu jak zobaczył Pan znajome nazwiska na liście powołanych?

Nie chcę mówić, że to przewidziałem, ale gdy widziałem to z jaką pasją podchodzą do swoich obowiązków jako dzieciaki, to wiedziałem, że coś osiągną w piłce. Nie miałem pojęcia, że będzie to pierwsza reprezentacja, ale wiedziałem, że będą zarabiali swoją grą na życie. Po prostu mieli talent poparty pracą, natomiast przed meczem z Nigerią dostałem SMS-a od kolegi, że trzech naszych piłkarzy z Lecha wychodzi w pierwszym składzie. Później wszedł Tomek Kędziora. Sam wtedy prowadziłem zajęcia w Szczecinie na kursie UEFA A i nie wiedziałem o tym. W przerwie odczytałem wiadomość i pomyślałem sobie, że warto dla takich chwil poświęcać czas piłkarzom. Oprócz tej grupy z Lecha dobrze wspominam też Kubę Świerczoka, nie mówię, że zbudowałem klasę tego piłkarza, bo to przede wszystkim jego zasługa, ale podaliśmy mu rękę w bardzo trudnej dla niego sytuacji. Należy pamiętać jednak, że do rozwoju tych zawodników przyczyniło się wiele osób, nie tylko ja. Jest jednak powód do dumy, że w jakimś małym nawet stopniu przyczyniłem się do tego kim teraz są.

W jaki sposób spędza Pan wolny czas? Są to staże, szkolenia?

Teraz się martwię tylko tym, żebym nie zardzewiał. Nie lubię być poza pracą, poza treningiem, nawet nie tyle meczem. Dla mnie jest to coś wspaniałego, wyjść na zajęcia i wpływać na rozwój piłkarzy. Wolny czas wykorzystuję najlepiej jak potrafię, uczestniczę w spotkaniach z ludźmi, w dyskusjach, oczywiście zawodowych. Staram się podglądać najlepszych, dlatego tak jak już wspomniałem byłem dwa tygodnie we Włoszech, ale nieprzypadkowo byłem u Marco Giampaolo. Dla mnie jest to jeden z najlepiej przygotowujących trenerów swoje zespoły pod względem taktycznym. Do niego po nauki przyjeżdżał Gatusso czy Sarri. Podczas mojej obecności był jeszcze jeden trener z Serie A, niestety nie pamiętam nazwiska. W ciągu dwóch tygodni można dokładnie zobaczyć jak swoją filozofię wprowadza do treningu. Ten staż był o tyle wartościowy, że miałem dostęp praktycznie do wszystkiego, mogłem porozmawiać z zawodnikami i spojrzeć na treningi z ich perspektywy. Najpierw poznałem idee trenera, a następnie odbiór ich przez piłkarzy, co było fantastyczne.

Tak naprawdę aranżując wyjazd na staż nie korzystałem z pomocy polskich piłkarzy. Raczej wolałem być partnerem dla ludzi których odwiedzam. Drugi trener Fabio Micarelli bardzo mi pomógł, bo początkowo miałem zgodę tylko na 3 dni. Natomiast po tych kilku dniach wymiany doświadczeń, dostałem zgodę na tak długi pobyt jaki będę chciał. Niestety nie widziałem meczu, bo to się zbiegło ze śmiercią Davida Astoriego, a wielu piłkarzy Sampdorii znało go ze wspólnej gry. Ten staż nie wywrócił do góry nogami mojego spojrzenia na piłkę, ale co ciekawe potwierdził wiele pomysłów. Oprócz stażu jestem też zapraszany na kursy UEFA A, biorę udział w różnych warsztatach, a wiadomo, że ucząc kogoś najbardziej rozwijasz siebie, bo nigdy nie wiesz co cię może spotkać. Brałem udział również w warsztatach łączących kwestie biznesowe i sportowe, także te ostatnie miesiące były rozwijające. Tylko, że możesz się szkolić latami, ale musisz przenieść w końcu swoją wiedzę na zielone boisko. Żyję z treningu, a nie z sal dydaktycznych, a niestety w ostatnich miesiącach przeważa to drugie. Mimo tego, że rozmawia się o futbolu.

Odrzucił Pan w ostatnim czasie jakąś ofertę?

Nie. Trzeba pamiętać, że po rozwiązaniu umowy z Termalicą nie mogłem podjąć pracy w innym zespole Ekstraklasy do 1 stycznia. W grę wchodził co najwyżej zespół z I ligi. Później zaczyna się okres przygotowawczy, więc nic się nie dzieje, a teraz jest początek ligi. Tych ofert tak naprawdę nie było i nie ma tu co zaklinać rzeczywistości.

Czyli telefon nie pękał od ilości połączeń, nawet z I ligi?

Nie. Zobaczymy co się wydarzy w przyszłości, ufam, że ktoś będzie chciał skorzystać z wiedzy i doświadczenia. Wiedza jest, doświadczenie myślę, że też, bo to już około 200 spotkań. Na pewno mam sporo do zaoferowania. Mam pomysł na siebie, na zespół, jeśli ktoś będzie chciał rozwijać klub, a nie tylko zarządzać kryzysem tu i teraz, to na pewno w stu procentach się temu poświęcę.

Gdyby ktoś popatrzył jedynie na suche liczby, to może odnieść wrażenie, że jest jakiś powód krótkiego okresu pracy. Natomiast jeśli ktoś spojrzy na Pańskie doświadczenie, czy przygotowanie merytoryczne to powinien wyciągnąć tylko i wyłącznie pozytywne wnioski.

Czeka Pan na klub z Ekstraklasy, czy jeśli pojawi się klub z zaplecza, ale z dużymi aspiracjami, to również Pan rozważy taką ofertę?

Jaki to będzie zespół, to się okaże w momencie, kiedy ktoś będzie chciał z mojej osoby skorzystać. Tak jak Pan słusznie zauważył, to jeśli ktoś spojrzy tylko na suche liczby, to znaczy, że nie jest do końca kompetentny do zatrudniania trenerów. A jeśli ktoś spojrzy głębiej, chce porozmawiać i szuka trenera z pomysłem i z wizją, to chętnie się z kimś takim spotkam. Ufam, że jak ktoś zadzwoni, to będzie chciał też porozmawiać, a nie zatrudniać patrząc jedynie na liczby. Trzeba rozmawiać, ale dopóki nie będzie pełnej zgody na to, w którą stronę ma iść zespół i jak się rozwijać, to będzie ciężko się ze mną dogadać. Zwłaszcza teraz, bo doświadczenie podpowiada mi, że co innego mieć pomysł, a co innego umieć go wprowadzić. Piłka to nie jest biznes, w którym to co się zainwestuje urośnie z procentem. Wiadomo, że są wzloty i upadki, ale jeśli robi się to systematycznie, to w dłuższej perspektywie klub się rozwija.

Totolotek: Zarejestruj się i graj bez podatku! – KLIKNIJ W LINK I ODBIERZ BONUS!

Na co zwraca Pan uwagę podejmując pracę? Czy od tego momentu będą to inne kryteria?

Uczę się od innych, ale są sprawy kluczowe. Dla mnie ważne jest, żeby być sobą. Tak jak wspomniałem, w ostatnim klubie poszedłem na zbyt wiele kompromisów. Jeśli jesteś sobą, to nawet w momencie kiedy coś nie wyjdzie, to wiesz dlaczego. A jak jesteś zbyt elastycznym, w złym tego słowa znaczeniu, bo elastycznym trzeba być, to później zastanawiasz się jaką masz tożsamość. Chcę wrócić do tej, która pozwalała wychowywać wielu piłkarzy, która pozwoliła młodym chłopakom grać w lidze, a dzisiaj w reprezentacji, która wprowadziła powtarzalny styl. Wtedy nie ma problemów z piłkarzami, a wręcz przeciwnie, to oni napędzali tą maszynę. Tak było w Poznaniu, do tego dochodzi wiele wygranych ważnych spotkań, a także przegranych, bo one nieraz więcej uczą.

Natomiast nie zamyka się Pan na oferty z niższych lig?

Nie, to zależy od projektu. Wiadomo, że mam swoje cele i marzenia zawodowe. A żeby je zrealizować muszę pracować na najwyższym poziomie, więc nawet jeśli byłaby to propozycja z I ligi, to tylko w kontekście rozwoju i walki o awans.

Czyli bardziej Miedź, a nie Stomil?

Może być i Stomil, bo tu nie chodzi o miejsce na ziemi, a o to, kto ma jaki pomysł i czy jest gotowy na systematyczną i nie zawsze łatwą pracę.

Śledzi Pan kluby, które wcześniej prowadził, czy raczej zamyka pewien etap i już do niego nie wraca?

Śledzę w kontekście tego, że w każdym klubie spotkałem fantastycznych ludzi. Dlatego zostaje sentyment, ale mam również sentyment do klubów, których nigdy nie prowadziłem. Lubię kluby, które mają swoją duszę i to jest powód, natomiast nie jestem kibicem. Na pewno nie jest tak, że trzymam kciuki za to, żeby komuś się źle wiodło. Na Lecha chodzę, znam środowisko, znam kibiców, może dlatego, że jestem stąd, słucham ludzi na ulicy, wiem jaką grę chcą widzieć. Zawsze będę stał murem za tym klubem, bo uważam, że ten stadion ma duszę i zasługuje na trenerów, którzy są tego świadomi. To jest chyba ważne, żeby każdy trener przychodzący do Lecha wiedział gdzie jest, a nie jako najemnik. Jest niewiele klubów w Polsce, które mają na stadionie swój klimat, a Lech na pewno jest jednym z nich.

Zastanawiam się jak Pan postrzega obcokrajowców na ławce trenerskiej. Nenad Bjelica jest Chorwatem, ale widać, że utożsamia się z zespołem, nauczył się języka, wprowadza swoją filozofię, rozumie oczekiwania klubu, choć wiadomo, że nie zawsze wszystko wychodzi. Co innego można powiedzieć o Romeo Jozaku, który nie prowadził wcześniej drużyny seniorskiej, albo tak jak Adam Owen w Lechii, który jest trenerem przygotowania fizycznego.

Zauważam, że jeśli chodzi o zatrudnianie trenerów w Polsce kierujemy się modą. Jest moda na trenerów zza granicy. Mniej patrzy się na CV, na osiągnięcia, czy jest to pierwszy, czy drugi klub. Ładnie mówi po angielsku i to znaczy, że będzie lepszy od trenerów z Polski. Myślę, że trenerzy zagraniczni nie są ani lepsi, ani gorsi od naszych. Trzeba pamiętać, że to zawsze będą najemnicy. To tak jakbym ja teraz wyjechał pracować nawet w najpiękniejszym miejscu na świecie, to serce zawsze będę miał w Polsce, a nie w tamtym miejscu. Często dzisiaj są, jutro ich nie ma. Lepiej, gdy się zatrudnia kogoś znającego środowisko, a jeszcze lepiej związanego z regionem, jak np. Tadeusz Pawłowski w Śląsku. Przychodząc do klubu powinno się znać jego historię, ważne momenty, ale także znać kibiców. Wiedzieć, że na stadionie są cztery trybuny i na każdej z nich jest inaczej. Odniosę to do Poznania. Jak się siedzi na ławce trenerskiej, to po prawej jest „kocioł”, czyli grupa najzagorzalszych fanów, ci co mają od wielu lat karnety najczęściej siedzą naprzeciwko i po lewej stronie, a nad tobą jest grupa bogatych ludzi, którzy siedzą w Skybox’ach oraz dziennikarze.

Teraz zadaniem trenera jest sprawić, żeby każdy z tych ludzi poczuł odpowiednie emocje, a pewnie w inny sposób je odczuwa i co innego je wywołuje.

Osobiście lubię po zakończeniu sezonu przejść wokół stadionu, lubię rozmawiać z kibicami na ulicach, bo wtedy wiem czego oczekują i jak to oceniają. Odkąd pamiętam kibice, którzy od kilkunastu lat sympatyzują Lechowi mówili, że mogą przegrywać, ale zawsze chcą widzieć walkę. Stąd też nie wyobrażałem sobie, żeby u siebie nie atakować. Chciałbym wygrywać w taki sposób, żeby ludzie o tym mówili, może dlatego była średnia widzów ponad 23 tysiące. W sezonie mistrzowskim chodziło mniej ludzi na stadion niż wcześniej, nie wiem kiedy i dlaczego się to zmieniło. Poza Lechem, są takie kluby jak Widzew czy Górnik i oczywiści kilka innych, gdzie nawet jak są gorsze wyniki to kibiców jest zawsze dużo. Nie są to kibice sukcesu, a mocno utożsamiają się z klubem. Wtedy to Klub z duszą. . A ją poznaje się wtedy, kiedy nie idzie, jest zimno a na stadionie nadal są rzesze fanów.

Niepokojące jest, gdy przychodzi zagraniczny trener i mówi, że potrzebuje czasu i swoich transferów zanim będzie go można rozliczyć. Gdy przychodzi Polak, to jest mniej czasu na aklimatyzację, a jeśli chodzi o transfery, to albo weźmiesz co ci damy, albo ich nie będzie. Chyba Michał Probierz zwracał uwagę na to, że topowy trener z zachodu by sobie nie poradził w Polsce, bo nie dostałby odpowiednich środków i narzędzi.

W Niemczech trenują Niemcy, w Czechach Czesi, a my równamy do Cypru, bo tam też lubią zagranicznych trenerów. Tak naprawdę poza Premier League, to w topowych ligach zespoły prowadzą rodacy. W Czechach średnia długość pracy trenera wynosi dobrze ponad rok, dlatego te kluby się rozwijają. Słyszymy pytania dlaczego Victoria Pilzno może, a my nie możemy. No właśnie dlatego, że trener jest tam kilka lat i nie zwalniano go po pierwszym lepszym kryzysie. U nas w niewielu klubach jest wsparcie dla trenera. Jagiellonia się ciekawie rozwija, w Lechu też wytrzymali ciśnienie i po dwóch wygranych spotkaniach znowu można chwalić zespół. Cracovia w tym sezonie też jest tego przykładem. Muszę pochwalić zarząd Pogoni, bo swoją postawą dali sporo wsparcia trenerowi Skorży. Myślę, że większość trenerów potrafi ocenić kiedy dochodzi do ściany, wówczas nawet sami odejdą, jak się wyczerpią pomysły.

To tak jakby jedną zupę przygotowywało pięciu różnych kucharzy. Po pierwsze by nie wyszła, a po drugie nie wiadomo kto jest za nią odpowiedzialny. W takim razie jakie są najważniejsze cechy trenera, które pozwolą osiągnąć sukces?

Ciągle kręcimy się wokół czasu, więc on jest moim zdaniem niezbędny. Oprócz tego istotne są wyniki, pytanie teraz co jest wynikiem? Dla jednego będzie to mistrzostwo, dla drugiego utrzymanie, a dla jeszcze innego gra w europejskich pucharach. Celem może być także rozwój piłkarzy i sprzedaż do mocniejszych klubów. Na cele krótkoterminowe też jest określona grupa trenerów, tylko trzeba pamiętać, że jest mniejsza szansa na rozwój. Trzeba dać trenerom wychodzić z kryzysów, bo to będzie ich wzmacniać. O niektórych szkoleniowcach mówi się, że nie potrafi wyjść z kryzysu. Ale jak miał to zrobić, skoro nie otrzymał nigdy takiej szansy? Ja swoje kryzysy przechodziłem w Poznaniu i w Bydgoszczy, myślę, że udało się z nich wyjść. Z sukcesem zarządzałem też sytuacją kryzysową w Śląsku.

A co jest najważniejsze w tym, żeby z sukcesem pracować z piłkarzami o większych umiejętnościach i większym ego, oraz w klubie ze stadionem pełnym kibiców?

Myślę, że uczciwość i sprawiedliwość. To znaczy należy sprawiedliwie traktować wszystkich, uczciwie pamiętając, że istnieje hierarchia. Ważne jest żeby każdego zawodnika traktować indywidualnie, bo każdy jest inny, każdy ma swój potencjał i historię. Istotna jest ocena, ale nie za historię, a za konkretne działania. Później ważnym elementem jest warsztat, zarówno jeśli chodzi o umiejętności miękkie jak i twarde.

Pracując na pewnym poziomie warsztat trenera wciąż ewoluuje, czy większą wagę przywiązuje się później do taktyki, chociażby poprzez staże?

Myślę, że tak, w momencie kiedy nie ewoluuje, to zaczynasz się cofać. Każdy podejrzewam, że szuka czegoś innego. Jeżdżąc po Europie szukam inspiratorów. Pamiętam, że kiedyś nie było możliwości podpatrzeć pracy Sir Alexa Fergussona, więc mieliśmy taki pomysł, żeby pojechać do Twente. Tam był Steve McClaren, który opowiadał o specyfice i metodach pracy Sir Alexa. Szukając inspiracji taktycznych świadomie pojechałem do Marco Giampaolo, moim zdaniem najlepszego taktyka. Mogłem pojechać do Maurizzio Sarriego i patrzeć jak świetni piłkarze grają krótkimi podaniami, ale chyba trudniej byłoby to przenieść do Polski. Dwa lata temu byłem w Porto, żeby zobaczyć ich metody dotyczące planowania, a wiadomo, że Portugalczycy odnoszą sukcesy. Wcześniej miałem okazję podpatrywać Thomasa Schaafa. Od każdego można wiele się nauczyć. Ważne jest żeby wiedzieć co brać od kogo. W momencie, gdy chce się wszystko przenieść, to pojedzie się na wycieczkę, porozmawia ze wszystkimi, a na końcu trudno będzie wyciągnąć odpowiednie wnioski. Na staże jeżdżę w celu sprawdzenia detali, mniej w celu całościowej inspiracji.

Skoro miał Pan okazję podpatrywać na co dzień trójkę Polaków w Sampdorii, to jak oceni Pan ich pozycję w klubie? Mocną?

Nie mocną, tylko bardzo mocną. Do tego stopnia, że w jednej z rozmów wyszło, że chętnie wzięliby jeszcze jednego albo dwóch, bo tak ich cenią. Rozmawiałem również z szefem przygotowania fizycznego Stephanem Rapettim, który pracował chociażby w Interze z Rafaelem Benitezem czy Jose Mourinho. Powiedział, że ci Polacy, którzy tam graja są przykładem dla Włochów, pod względem przygotowania, gotowości, czy zaangażowania. Oni nie marudzą, tylko stale chcą się rozwijać, oczekują feedbacku od trenerów. W akademii Lecha dużą wagę przykłada się do przygotowania dydaktycznego. Dlatego ci piłkarze mają pootwierane umysły, dzięki czemu szybko się adoptują do panujących warunków, co potwierdził również trener Giampaolo. Tej trójce pomaga fakt, że nie zamykają się na swoją grupę, ale chętnie spędzają czas z resztą, w dodatku są niezłymi piłkarzami. Na jednym z treningów najwięcej bramek zdobywał Karol i Dawid (Linetty i Kownacki – przyp.aut.). Potem Marco Giampaolo żartował, że się wzięli do roboty, bo trener z Polski przyjechał. To jest przykład chłopaków, którzy wybrali klub dla siebie, do postawienia kolejnego kroku w karierze. Nieprzypadkowo są teraz w reprezentacji Polski.

Rozmawiał Jakub Treć