#2 Mecz o Życie – „Nadzieja”

Postanowiliśmy ruszyć z nowym cyklem z gatunku football fiction. Dość nietypowym, ponieważ czegoś takiego jeszcze nie było w polskich mediach sportowych. „Mecz o Życie”, bo tak nazywa się ta seria jest kryminałem, w którym głównymi bohaterami są osoby ze świata futbolu. By nie było jednak zbyt nudno, występują pod fikcyjnymi nazwiskami. Tym samym będziecie mieli dodatkową zabawę, by odgadnąć kim jest detektyw Sierniak, Janusz myśliwy, czy wiele innych postaci. Kolejne odcinki będziemy publikować, co jakiś czas. Intensywność zależy od tego, jak wam się spodoba ten pomysł… Zapraszamy do lektury drugiego odcinka.

– Jeśli nie czytałeś pierwszego odcinka „Meczu o Życie”, nie zaczynaj drugiego, ponieważ niewiele zrozumiesz. Zaległości można nadrobić tutaj [KLIK].

– Na dole znajduje się również ściągawka, w której szybko sprawdzicie imiona i nazwiska głównych bohaterów. 

2 rozdział – Nadzieja

Chciałem podejść do trenera i zapytać osobiście, jakim cudem tutaj się znalazł, ale nie miałem odwagi. Nie dlatego że wiedziałem, iż nie poważa mojego nowego zajęcia, ale z zupełnie innego powodu. W końcu Janusza Okonia znałem doskonale z opowieści kolegów piłkarzy i dziennikarzy. Co prawda nigdy mnie nie trenował, ale o żadnym innym szkoleniowcu nie słyszałem tylu anegdot. A to jednemu załatwił kontrakt w Śląsku u prezesa Cymanka po absurdalnych i komicznych negocjacjach. Innym razem pomylił trening z meczem. Bramkarzy do składu wybierał na podstawie wyliczanek. Mógłbym tak wymieniać jeszcze długo, ale i tak nie zmienia to faktu, że tym razem wyglądał zupełnie inaczej, niż zwykle. Ten człowiek chyba pierwszy raz w życiu był równocześnie przerażony i niesamowicie smutny.

Gdy w oddali zobaczyłem wysokiego mężczyznę, nawet nie musiałem nikogo pytać, czy na miejsce przyjechał Andrzej Kostrzewski. Po prostu to musiał być ten facet. Uroda typowa dla śledczego z amerykańskich filmów. Dobrze zbudowany, lecz nieprzesadnie. Brunet, twarz smukła nie mówiąca zbyt wiele o człowieku. Oczy pokerzysty, z których trudno wyczuć jakiekolwiek emocje. To jedna z tych osób, której ton głosu nie zmienia się, gdy oskarża kogoś o zabójstwo i zabrania córce pójść do koleżanki na noc. A jeszcze żeby amerykańskości było mało w lewej ręce trzymał kubek z gorącą kawą, a w drugiej czerwonego Lucky Strike’a.

Zanim Kostrzewski do mnie podszedł, udał się do policjantów, wszedł do opuszczonej leśniczówki, z której wyszedł już nie z kubkiem kawy, a czarnym notesem. Wszystkie te czynności zajęły mu około kwadransa, co mi odpowiadało. Sam również nie próżnowałem i zauważyłem, że miejsce, w którym się znajdowałem, nie tylko z pozoru było dziwne i niepokojące. Pierwszym, na co zwróciłem uwagę była nowa kłódka zamontowana do drzwi pamiętających kadrę Piechniczka. Drugim, dwie małe butelki po wódce leżące w krzakach, które ostatecznie okazały się własnością trenera Okonia i jego kompana.

– Przepraszam detektywie, że nie podszedłem od razu, ale musiałem sprawdzić, czy technicy mają coś nowego. Tak naprawdę, podobnie jak pan dowiedziałem się o tym wszystkim kilka godzin temu. Od razu zadzwoniłem do pana z informacją, ponieważ wiem jak wiele ta sprawa dla pana znaczy, a następnie ruszyłem do tego przeklętego Więcborka.

– Nic nie szkodzi. Proszę nie tracić czasu i powiedzieć mi, co już wiemy, ponieważ domyślam się, że będę mógł wam pomóc w śledztwie?

– Oczywiście. Nie dzwoniłbym do pana późnym wieczorem, jeśli nie oczekiwałbym pomocy. A mamy tak naprawdę niewiele, poza jedną chyba dobrą informacją. Ciał jak już mówiłem jest pięć, ale tylko trzy z nich należą do pana byłych kolegów po fachu.

Po tych słowach poczułem natychmiastową ulgę i zawodowe podniecenie. Uwielbiam sprawy, w których można odnaleźć żywego człowieka. Oczywiście wiedziałem, że pozostała dwójka również może nie żyć, ale w tym momencie o tym nie myślałem. Ba, nawet zapomniałem zadać pytanie, kto ze słynnej „piątki zaginionych” leży martwy w starej leśniczówce, a kto może jeszcze żyć. Na szczęście Kostrzewski sam zaczął o tym mówić: – Ze stuprocentową pewnością możemy stwierdzić, że znaleźliśmy ciała Adama Cichockiego, Marka Korzucha i Macieja Mostowiaka. W chatce nie ma z kolei Bogdana Zycha i Jacka Kapusty. Nie wiemy kim są pozostałe dwie osoby, ale zginęli w takich samych okolicznościach, co pana koledzy z czasów Śląska Wrocław… Oczywiście zabezpieczyliśmy już materiał DNA od dwóch nieznajomych i sprawdzamy, czy mamy ich w bazie.

– Jak rozumiem nie nastąpił jeszcze rozkład ciał, jeśli jest pan pewny, że Cichy, Korzuch i Mostowiak znajdują się w tej przeklętej chatce?

Kostrzewski nawet nie odpowiedział. Wyjął kolejnego papierosa z paczki i gestem głowy zaprosił mnie do chatki. Nigdy wcześniej nie miałem problemu, by zobaczyć zwłoki. Oczywiście poza ciałami dzieci, ale akurat z tym nie radzi sobie wielu, czy to policjantów, czy detektywów. Tym razem jednak miałem zobaczyć ciała, owszem dorosłych facetów, ale także moich kolegów. Razem trenowaliśmy, rozgrywaliśmy spotkania, chodziliśmy całymi rodzinami na kolacje.

Im bliżej byliśmy drzwi, tym bardziej byłem przerażony. Nie czułem zapachu śmierci, gdyż taki trudno wyczuć, nawet gdy ciała ulegają rozkładowi. Coś takiego jak trumienny zapach nie istnieje. Ludzie tak myślą, ale rzeczywistość jest zupełnie inna.

Gdy Kostrzewski otworzył drzwi, zobaczyłem Adasia. Paradoks taki, że pewnie wyglądałem jak trup, ponieważ blady jestem z natury, ale jeśli coś mnie przerazi, moja skóra robi się jeszcze bardziej biała. Taką reakcję wywołał oczywiście widok mojego byłego kumpla. Kto jak kto, ale Adam Cichocki nigdy nie opuszczał zajęć na siłowni. Dobrze zbudowany, fryzura zwykle na Pazdana, niebieskie oczy, w których płonęło życie. Niestety w tamtym momencie nic już nie zgadzało się z tym opisem. Zamiast muskularnego człowieka widziałem wychudzoną, lekko zarośniętą osobę, w której oczach nie płonęło już nic. Łzy napłynęły mi do oczu, a moja pierwsza myśl była taka, że nigdy już nie będę się śmiał z Cichego, że bał się wyjechać grać w zagranicznym klubie. A miał ku temu predyspozycje, zwłaszcza wtedy, gdy stawiał na niego Leo Beenhakker.

Co w tym wszystkim najdziwniejsze człowiek w tak trudnych momentach, myśli o rzeczach absolutnie absurdalnych. Na przykład o futbolu. Wstyd się przyznać, ale zanim zobaczyłem ciała Marka i Macieja, które znajdowały w samym narożniku pomieszczenia, przypomniałem sobie spotkanie przeciwko Wiśle Kraków sprzed dekady. Zagrała w nim nasza cała czwórka. A teraz? Byłem w leśniczówce, w której moglibyśmy spotkać się na męskim wypadzie. Tymczasem „spotkaliśmy się” w zupełnie innych okolicznościach.

Detektywie, czy wszystko w porządku? – zapytał Kostrzewski, który widział, że zaraz zemdleję. Miał rację, ocknąłem się w karetce po kilku minutach. Miałem nadzieję, że wszystko to mi się przyśniło, ale niestety tak nie było. Adam, Marek i Maciej nie żyli, a ja byłem pewny, że muszę zrobić wszystko, by odnaleźć bydlaka, który odebrał im życie. Siły dodawało mi jednak coś zupełnie innego – nie było z nimi Bogdana Zycha i Jacka Kapusty. Choć razem zaginęli w Sopocie na imprezie już ponad pół roku temu, tutaj ich nie było. Bogdan i Jacek byli inni od pozostałych, mieli więcej szczęścia w karierach. Miałem nadzieję, że i tym razem było podobnie.

Ciąg dalszy nastąpi.

Autor wzorował się na powieściach Tess Gerritsen i Simona Becketta

***

Kto jest kim?

Słynna Piątka Zaginionych 

– Adam Cichocki (pseudonim Cichy)

– Marek Korzuch

– Maciej Mostowiak

– Bogdan Zych

– Jacek Kapusta

Myśliwi, którzy znaleźli ciała w leśniczówce

– Janusz Okoń (trener)

– Jan Kopara

Detektyw

Andrzej Sierniak – Główny bohater. Były piłkarz, który został po zakończeniu kariery detektywem.

Naczelny Inspektor 

Andrzej Kostrzewski – Dowodzi akcją.

Pozostali

Ania – Żona Andrzeja Sierniaka