Mecz o Życie – Wszystkie Odcinki

 

Postanowiliśmy ruszyć z nowym cyklem z gatunku football fiction. Dość nietypowym, ponieważ czegoś takiego jeszcze nie było w polskich mediach sportowych. „Mecz o Życie”, bo tak nazywa się ta seria jest kryminałem, w którym głównymi bohaterami są osoby ze świata futbolu. By nie było jednak zbyt nudno, występują pod fikcyjnymi nazwiskami. Tym samym będziecie mieli dodatkową zabawę, by odgadnąć kim jest detektyw Sierniak, Janusz myśliwy, czy wiele innych postaci. Kolejne odcinki będziemy publikować, co jakiś czas. Intensywność zależy od tego, jak wam się spodoba ten pomysł.

– Na dole znajduje się ściągawka, w której szybko sprawdzicie imiona i nazwiska głównych bohaterów.

1. rozdział – Wisielcy 

Przy prawidłowo wykonanej egzekucji zgon następuje poprzez przerwanie rdzenia kręgowego w odcinku szyjnym. Im dłuższy sznur, tym lepiej – większa pewność śmierci. Źle dobrany wydłuża koniec żywota nieznacznie.

Na pozór to tylko prosta fizyka – siła bezwładności. Rdzeń kręgowy ulega zerwaniu pod wpływem siły, która wytwarza się w momencie raptownego zatrzymania ciała przez pętle.

Aby poprawnie – bezboleśnie – wykonać karę śmierci poprzez powieszenie kat miał za zadanie zmierzyć i zważyć skazańca. Dopiero wtedy mógł dobrać odpowiednią długość sznura. Śmierć przychodziła wówczas momentalnie. Gdy jednak sznur jest zbyt krótki, nie następuje przerwanie rdzenia kręgowego. Ofiara umiera poprzez uduszenie, ponieważ powietrze nie dopływa do płuc, co powoduje ból skazańca. Dopiero po kilku sekundach następuje utrata przytomności, po kilku minutach zgon – koniec.

***

Charakterystyczny zapach unosił się ze starej leśniczówki na skraju lasu, która sądząc po nienaruszonej trawie wokół drewnianego domku, dawno nie była przez nikogo odwiedzana. Na dachu więcej było mchu niż dachówek, co właściwie było niedookreślenia z oddali. Domek był ukryty między koronami dębowych drzew. Dopiero podchodząc bliżej można było zauważyć defekty opuszczonej przed laty leśniczówki. Dziury w ścianach, częściowo powybijane okna, blacha upozorowana na drzwi. Całość jednoznacznie stwierdzała brak ludzkiego życia w tym rejonie od bardzo długiego czasu. Dopiero po wydzieleniu pierwszej ścieżki, od wielu lat, w trawie osiągającej wzrost karła, można było dostrzec jedyną niepasującą rzecz w tej układance. Drzwi wykonane z zardzewiałej już blachy były zaryglowane nowiutką błyszczącą kłódką.

Tajemniczy, nieprzyjemny zapach ulatujący w promieniu kilkuset metrów od domku, skłonił dwóch zagubionych myśliwych do pójścia jego śladem i sprawdzenia, co jest przyczyną. Początkowo byli pewni, że to padlina.

– Daj spokój Janusz, nie chce mi się przeciskać przez te krzaki, żeby zobaczyć zdechłego dzika.

Janusz był starszym mężczyzna, którego czas nie oszczędził, o czym świadczyły liczne zmarszczki i zapadnięte poliki. Karnacji nie miał już żadnej, gdyż był czerwony, ale nie z natury. Buteleczka wódki schowana w przedniej kieszeni kamizelki na pewno nie była jego pierwszą, dziesiątą, czy setną. Musiał ich wypić znacznie więcej. Co potwierdzał dodatkowo jego zachrypnięty głos, który dodawał mu powagi i idealnie komponował się z resztą facjaty.

– Mówię ci, że to będzie jeleń, duży jeleń z wykurwistym porożem. Nie chcesz iść to zostań, ale nie myśl, że kasą podzielimy się wtedy na pół. Ni chuja misiek!

– Pal cię licho, to po małym i ruszamy w ten pierdolony busz.

W tam samym momencie pociągnęli haust wódki ze swoich butelek, które równocześnie wyrzucili w stronę domku, do którego mieli zamiar dotrzeć lada moment. Janusz radził sobie w chaszczach z dużo większą sprawnością niż Jan, który był od niego znacznie mniejszy, ale dużo lepiej zbudowany. Sylwetka sportowca na emeryturze, który lubi sobie jeszcze pobiegać i machnąć na siłowni żelastwem. Wcześniej brunet, który niebawem zamieni się w szaraczka. Twarz posępna o ciemnej karnacji. Nad okiem duża blizna, która dodawała mu więcej uroku niż szpetności.

Byli już w połowie drogi, a smród był wprost proporcjonalny do brzęczenia much. Z każdym krokiem było głośniej i bardziej cuchnąco. Gdy przebili się przez kilkunastometrowy gąszcz trawy, wyszli przed drzwiami chaty. Smród i cały rój owadów różnej maści oszołomił ich do tego stopnia, że zupełnie nie zwrócili uwagi na brak trawy przed drzwiami. Zupełnie tak jakby ktoś ją wcześniej wyrwał. Podobnie było z kłódką, która na pierwszy rzut oka nie pasowała do tej rudery. Janusz i Jan uznali to jednak za normalny stan rzeczy.

– Dobra, drzwi są zamknięte. Idź z tej strony Janek, a ja pójdę z drugiej. Jak zobaczysz co tam leży to krzycz, bo niespecjalnie chce mi się obchodzić tę budę.

Stary domek posiadał kilka dużych podwójnych okien, które rozmieszczone były symetrycznie. Dojście do nich nie było jednak prostą sprawą, gdyż tym razem nie tylko długa trawa zasłaniała do nich dostęp, ale i krzaki zmieszane z pokrzywami. Ponadto sprawy nie ułatwiały muchy, które wyczuły obecność spoconych intruzów.

– Janusz, ja to pierdolę! Jak tu nie będzie największego poroża w Europie to jesteśmy durniami dekady. Widzisz coś?

Zamiast odpowiedzi po minucie było słychać odgłos wymiotowania.

– Co jest Janusz, połknąłeś muchę?

Znowu to samo, powtórne wymioty.

-Ej stary, co tam się kurwa dzieje?

Odpowiedź nie nadeszła, ale nie musiała, ponieważ i drugi mężczyzna wreszcie dotarł do okna. Brzęczenie much było głośniejsze niż myśli, a odór z chaty stał się nie do zniesienia. Widok był równie przerażający, jak intensywność brzęczenia insektów i tajemniczego smrodu śmierci.

– Matko Boska, uciekajmy stąd, trzeba zadzwonić na policję.

***

Wracałem z Berlina do Gdańska po konsultacji w sprawie zamordowanego polityka i jedyne o czym marzyłem, to wziąć ciepły prysznic we własnej wannie, a później zasnąć jak niemowlak. Ale tylko na chwilę, ponieważ córka od ponad miesiąca próbowała opowiedzieć mi o kolejnym pasie, który zdobyła w karate. Ten fakt cały czas korcił mnie, żeby odmówić wywiadu, na który umawiałem się już od tygodni. Nie chciało mi się znowu odpowiadać na te same pytania o oryginalności mojego zawodu po karierze piłkarskiej. Inni zostają menadżerami albo trenerami, a ty zostałeś detektywem, dlaczego? Nudy, nudy i jeszcze raz nudy. Ile razy można odpowiadać na to samo pytanie. Kompletnie nie miałem pojęcia komu nadal chce się o tym czytać. Ale ten chłopak nalegał od kilku tygodni, a odmawiałem mu już, co najmniej kilka razy. Niestety, ale wiedziałem, że to już czas najwyższy na stracenie tej niezwykle cennej godziny, biorąc pod uwagę fakt, że moja córka i żona będą musiały poczekać nam mnie trochę dłużej.

Telefon zaczął wibrować tuż po wylądowaniu, ale do rozmowy było jeszcze 20 minut. Byłem pewny, że to ten dziennikarz. Zwłaszcza, gdy wyświetlił mi się prywatny numer. Dlatego nim coś powiedział, uprzedziłem go: – Dobry wieczór, jestem już na miejscu, ale potrzebuję kilkunastu minut, by się ogarnąć.

– Detektyw Andrzej Sierniak?

– Tak, ale…

Po tonie głosu od razu wyczułem, że chodzi o kolejne zlecenie. Chciałem powiedzieć, że na pewno nie ma mowy o kolejnych konsultacjach, czy nowej sprawie. Miałem wreszcie spotkać się z córką i gdybym tego nie zrobił, żona by mnie zabiła. Zresztą sam bardzo pragnąłem spotkania z moimi dziewczynami. On był jednak na tyle podniecony i zarówno przerażony, że kompletnie nie zwrócił uwagi na moje tłumaczenia

– Znaleźliśmy ich detektywie.

Po tych słowach od razu wiedziałem o co chodzi i ze wstydem muszę stwierdzić, że kompletnie zapomniałem o rodzinie, a tym bardziej o wywiadzie, którego znowu nie udzieliłem. Zdołałem powiedzieć tylko jedno słowo: – Wszystkich?

Tak, całą piątkę! Byli w starej leśniczówce w malutkiej wsi nieopodal Bydgoszczy. Musi pan to zobaczyć, technicy już tam są i za chwilkę zaczną oględziny… Z tego wszystkiego zapomniałem się jeszcze przedstawić, naczelny inspektor Andrzej Kostrzewski.

– Niech pan mi tylko powie, jak zginęli?

– Wygląda to na masowe samobójstwo, ale od razu widać, że coś tutaj nie gra.

– Proszę mi wysłać adres sms-em. Będę tam, tak szybko, jak tylko się uda.

W głowie miałem tysiąc myśli i kompletnie nie wiedziałem na czym się skupić. Jak dotąd w mojej krótkiej karierze detektywa nigdy nie przyszło mi pracować przy tak dużej sprawie, a do tego dotyczącej ludzi, których znałem. Jednych trochę lepiej, drugich mniej. Ale jednak! W końcu przez wiele lat graliśmy razem w polskiej lidze, a z niektórymi miałem okazję dzielić szatnię w reprezentacji i klubie… Chociaż zaginęli ponad pół roku temu i nie miałem wątpliwości, że to nie przypadek, w człowieku i tak tliła się iskierka nadziei. W przypadku zaginięć, nawet długoletnich zawsze jest nadzieja, póki nie ma ciała. Tutaj właśnie umarła i to pięciokrotnie. Przerażała mnie myśl o tym, co będzie działo się w domach tych chłopaków. Hektolitry łez matek, żon, dzieci. Ludzki dramat.

Do żony Ani zadzwoniłem dopiero, jak byłem już w drodze do Więcborka, ponieważ właśnie tam dokonano tego makabrycznego odkrycia. Kostrzewski podstawił po mnie radiowóz na lotnisku i po trzech minutach byłem już na trasie prowadzącej do Bydgoszczy. Ostatecznie okazało się, że Więcbork nie był małą wsią, tylko małym miasteczkiem. Podróż mimo to mijała mi bardzo długo. Z jednej strony miałem wyrzuty sumienia, gdyż po raz kolejny zawiodłem rodzinę, a na tym etapie nie mogłem Ani powiedzieć dlaczego znowu jadę do pracy zamiast do domu. Nagły wypadek to było jedyne co mogłem wymruczeć pod nosem, a to przecież mówiłem zawsze w takich sytuacjach. Wiedziałem jednak, że gdy niebawem media nagłośnią sprawę, zrozumie. Na razie jednak myślała, że to kolejny zamordowany polityk, czy bogaty przedsiębiorca. Fakt, że nawet nie zapytała, gdzie jadę i na ile dni był najlepszym dowodem na jej rozczarowanie. Z drugiej strony cały czas myślałem o tym, co tam zobaczę.

Policjant, który zawoził mnie na miejsce zbrodni był „niemową”, ale kompletnie mi to nie przeszkadzało, ponieważ i tak nie znał szczegółów sprawy. Właściwie to wiedział mniej ode mnie, a w tamtym momencie nie miałem ochoty na typowo kurtuazyjne rozmowy o pogodzie, czy futbolu.

Dopiero gdy przejeżdżaliśmy przez to malutkie miasteczko, zdałem sobie sprawę, że jest już bardzo późna godzina. Wszystkie sklepy były pozamykane, a na ulicach nie było żadnej żywej duszy. Spojrzałem na zegarek, wskazówki wskazywały 23:25. Pomimo to na miejscu byliśmy dopiero grubo po północy, ponieważ dwa kilometry musieliśmy iść pieszo. Nie było możliwości, by pod leśniczówkę podjechać samochodem.

Dopiero idąc pieszo zaczęliśmy rozmawiać o wszystkim i niczym. To dość powszechna reakcja każdego człowieka, który musi przedzierać się późną nocą przez ciemny las. Co prawda nie boję się ciemności, ale obecność policjanta z bronią za pazuchą dodawała mi otuchy. Z każdym krokiem w oddali paliło się coraz więcej światełek wywodzących się z latarek policjantów. Nieuchronnie zbliżaliśmy się do miejsca, gdzie miałem poznać odpowiedzi na pytania, które nie pozwalały mi spać od miesięcy.

Jakie było moje zdziwienie, gdy w jednym z policyjnych namiotów zobaczyłem Janusza owiniętego w dwa grube koce z kubkiem herbaty w ręku. Po chwili podszedł do mnie jeden z policjantów i powiedział, że zaprowadzi mnie do komendanta kryminalnej, który do przybycia Kostrzewskiego miał dowodzić akcją. Nie wytrzymałem i od razu zapytałem, co tutaj robi Janusz?

– To on ich znalazł z jakimś kumplem.

2. rozdział – Nadzieja

Chciałem podejść do trenera i zapytać osobiście, jakim cudem tutaj się znalazł, ale nie miałem odwagi. Nie dlatego że wiedziałem, iż nie poważa mojego nowego zajęcia, ale z zupełnie innego powodu. W końcu Janusza Okonia znałem doskonale z opowieści kolegów piłkarzy i dziennikarzy. Co prawda nigdy mnie nie trenował, ale o żadnym innym szkoleniowcu nie słyszałem tylu anegdot. A to jednemu załatwił kontrakt w Śląsku u prezesa Cymanka po absurdalnych i komicznych negocjacjach. Innym razem pomylił trening z meczem. Bramkarzy do składu wybierał na podstawie wyliczanek. Mógłbym tak wymieniać jeszcze długo, ale i tak nie zmienia to faktu, że tym razem wyglądał zupełnie inaczej, niż zwykle. Ten człowiek chyba pierwszy raz w życiu był równocześnie przerażony i niesamowicie smutny.

Gdy w oddali zobaczyłem wysokiego mężczyznę, nawet nie musiałem nikogo pytać, czy na miejsce przyjechał Andrzej Kostrzewski. Po prostu to musiał być ten facet. Uroda typowa dla śledczego z amerykańskich filmów. Dobrze zbudowany, lecz nieprzesadnie. Brunet, twarz smukła nie mówiąca zbyt wiele o człowieku. Oczy pokerzysty, z których trudno wyczuć jakiekolwiek emocje. To jedna z tych osób, której ton głosu nie zmienia się, gdy oskarża kogoś o zabójstwo i zabrania córce pójść do koleżanki na noc. A jeszcze żeby amerykańskości było mało w lewej ręce trzymał kubek z gorącą kawą, a w drugiej czerwonego Lucky Strike’a.

Zanim Kostrzewski do mnie podszedł, udał się do policjantów, wszedł do opuszczonej leśniczówki, z której wyszedł już nie z kubkiem kawy, a czarnym notesem. Wszystkie te czynności zajęły mu około kwadransa, co mi odpowiadało. Sam również nie próżnowałem i zauważyłem, że miejsce, w którym się znajdowałem, nie tylko z pozoru było dziwne i niepokojące. Pierwszym, na co zwróciłem uwagę była nowa kłódka zamontowana do drzwi pamiętających kadrę Piechniczka. Drugim, dwie małe butelki po wódce leżące w krzakach, które ostatecznie okazały się własnością trenera Okonia i jego kompana.

– Przepraszam detektywie, że nie podszedłem od razu, ale musiałem sprawdzić, czy technicy mają coś nowego. Tak naprawdę, podobnie jak pan dowiedziałem się o tym wszystkim kilka godzin temu. Od razu zadzwoniłem do pana z informacją, ponieważ wiem jak wiele ta sprawa dla pana znaczy, a następnie ruszyłem do tego przeklętego Więcborka.

– Nic nie szkodzi. Proszę nie tracić czasu i powiedzieć mi, co już wiemy, ponieważ domyślam się, że będę mógł wam pomóc w śledztwie?

– Oczywiście. Nie dzwoniłbym do pana późnym wieczorem, jeśli nie oczekiwałbym pomocy. A mamy tak naprawdę niewiele, poza jedną chyba dobrą informacją. Ciał jak już mówiłem jest pięć, ale tylko trzy z nich należą do pana byłych kolegów po fachu.

Po tych słowach poczułem natychmiastową ulgę i zawodowe podniecenie. Uwielbiam sprawy, w których można odnaleźć żywego człowieka. Oczywiście wiedziałem, że pozostała dwójka również może nie żyć, ale w tym momencie o tym nie myślałem. Ba, nawet zapomniałem zadać pytanie, kto ze słynnej „piątki zaginionych” leży martwy w starej leśniczówce, a kto może jeszcze żyć. Na szczęście Kostrzewski sam zaczął o tym mówić: – Ze stuprocentową pewnością możemy stwierdzić, że znaleźliśmy ciała Adama Cichockiego, Marka Korzucha i Macieja Mostowiaka. W chatce nie ma z kolei Bogdana Zycha i Jacka Kapusty. Nie wiemy kim są pozostałe dwie osoby, ale zginęli w takich samych okolicznościach, co pana koledzy z czasów Śląska Wrocław… Oczywiście zabezpieczyliśmy już materiał DNA od dwóch nieznajomych i sprawdzamy, czy mamy ich w bazie.

– Jak rozumiem nie nastąpił jeszcze rozkład ciał, jeśli jest pan pewny, że Cichy, Korzuch i Mostowiak znajdują się w tej przeklętej chatce?

Kostrzewski nawet nie odpowiedział. Wyjął kolejnego papierosa z paczki i gestem głowy zaprosił mnie do chatki. Nigdy wcześniej nie miałem problemu, by zobaczyć zwłoki. Oczywiście poza ciałami dzieci, ale akurat z tym nie radzi sobie wielu, czy to policjantów, czy detektywów. Tym razem jednak miałem zobaczyć ciała, owszem dorosłych facetów, ale także moich kolegów. Razem trenowaliśmy, rozgrywaliśmy spotkania, chodziliśmy całymi rodzinami na kolacje.

Im bliżej byliśmy drzwi, tym bardziej byłem przerażony. Nie czułem zapachu śmierci, gdyż taki trudno wyczuć, nawet gdy ciała ulegają rozkładowi. Coś takiego jak trumienny zapach nie istnieje. Ludzie tak myślą, ale rzeczywistość jest zupełnie inna.

Gdy Kostrzewski otworzył drzwi, zobaczyłem Adasia. Paradoks taki, że pewnie wyglądałem jak trup, ponieważ blady jestem z natury, ale jeśli coś mnie przerazi, moja skóra robi się jeszcze bardziej biała. Taką reakcję wywołał oczywiście widok mojego byłego kumpla. Kto jak kto, ale Adam Cichocki nigdy nie opuszczał zajęć na siłowni. Dobrze zbudowany, fryzura zwykle na Pazdana, niebieskie oczy, w których płonęło życie. Niestety w tamtym momencie nic już nie zgadzało się z tym opisem. Zamiast muskularnego człowieka widziałem wychudzoną, lekko zarośniętą osobę, w której oczach nie płonęło już nic. Łzy napłynęły mi do oczu, a moja pierwsza myśl była taka, że nigdy już nie będę się śmiał z Cichego, że bał się wyjechać grać w zagranicznym klubie. A miał ku temu predyspozycje, zwłaszcza wtedy, gdy stawiał na niego Leo Beenhakker.

Co w tym wszystkim najdziwniejsze człowiek w tak trudnych momentach, myśli o rzeczach absolutnie absurdalnych. Na przykład o futbolu. Wstyd się przyznać, ale zanim zobaczyłem ciała Marka i Macieja, które znajdowały w samym narożniku pomieszczenia, przypomniałem sobie spotkanie przeciwko Wiśle Kraków sprzed dekady. Zagrała w nim nasza cała czwórka. A teraz? Byłem w leśniczówce, w której moglibyśmy spotkać się na męskim wypadzie. Tymczasem „spotkaliśmy się” w zupełnie innych okolicznościach.

Detektywie, czy wszystko w porządku? – zapytał Kostrzewski, który widział, że zaraz zemdleję. Miał rację, ocknąłem się w karetce po kilku minutach. Miałem nadzieję, że wszystko to mi się przyśniło, ale niestety tak nie było. Adam, Marek i Maciej nie żyli, a ja byłem pewny, że muszę zrobić wszystko, by odnaleźć bydlaka, który odebrał im życie. Siły dodawało mi jednak coś zupełnie innego – nie było z nimi Bogdana Zycha i Jacka Kapusty. Choć razem zaginęli w Sopocie na imprezie już ponad pół roku temu, tutaj ich nie było. Bogdan i Jacek byli inni od pozostałych, mieli więcej szczęścia w karierach. Miałem nadzieję, że i tym razem było podobnie.

3. rozdział – Złotówa  

Zarówno ratownicy z karetki, jak i Kostrzewski nalegali bym udał się do szpitala na badania, by wykluczyć wstrząs mózgu, ponieważ w trakcie upadku uderzyłem głową o posadzkę. Protestowałem, jednak na nic się to zdało, ponieważ inspektor zakomunikował, że jeśli tego nie zrobię, zostanę wykluczony ze sprawy. Nie miałem wyboru. Na szczęście okazało się, że w tej małej mieścinie był szpital. Same badania trwały dość długo, ponieważ TK (Tomografia Komputerowa) nie wystarczyła. Lekarz zalecił jeszcze rezonans, który mógł być przeprowadzony dopiero rano. Zostałem więc w szpitalu na noc, co poniekąd nie było takim złym rozwiązaniem. Nie musiałem szukać hotelu, jeśli w ogóle jakikolwiek znajdował się w Więcborku. Zapewne skończyłoby się na nocy w miejscowym posterunku. A tak o dziwo zostałem położony na sali, w której nie było innych pacjentów. Miałem spokój i czas, by przemyśleć niektóre sprawy.

Cały czas w głowie miałem widok ciała Adama. Co prawda jego zobaczyłem pierwszego, ale mimo wszystko dziwiło mnie, że nie myślę o Marku i Macieju. Przecież ich ciała również były w złym stanie. Marek był o dwa lata młodszy od Adama. Kilka centymetrów wyższy, ale grali na tej samej pozycji. Zawsze jak grasz z kimś na jednej pozycji, lepiej się rozumiesz. Tym bardziej jeśli mowa o stoperach, którzy muszą być jednością na boisku.

Teraz ich już nie było. Podobnie, jak Maćka Mostowiaka, który był najstarszy z całej piątki zaginionych. Gdy po raz kolejny zacząłem wracać pamięcią do meczów, które z Adamem, Markiem i Maciejem mieliśmy okazję razem rozegrać… Nagle mnie oświeciło. Przypomniałem sobie, że Adam leżał w zupełnie innym miejscu chatki, niż pozostała czwórka. Nadal nie wiedziałem, kim była dwójka niezidentyfikowanych osób, ale czemu akurat „Cichy” nie był obok nich? Znajdował się najbliżej drzwi, jego ciało było zupełnie inaczej ułożone, niż całej reszty. Od razu wysnułem teorię, że coś tam musiało się wydarzyć. Takie szczegóły raczej nie są przypadkiem. Miałem kilka hipotez w głowie i chciałem się z nimi podzielić z Kostrzewskim, ale gdy złapałem za telefon i zobaczyłem, że jest 05:40, odpuściłem. W pierwszej chwili pomyślałem, że śpi po ciężkim dniu, a po chwili dotarło do mnie również, że już zapewne dawno na to wpadł. Tylko bym się ośmieszył, że wolno dedukuję, a to akurat było mi najmniej potrzebne na początku współpracy.

Nawet nie wiem, o której godzinie zasnąłem. Obudził mnie szpitalny hałas, który dochodził zza drzwi. Najprawdopodobniej ktoś dowiedział się, że jego termin operacji został wyznaczony na kwiecień 2022 roku, gdyż nikt bez powodu o 08:00 rano nie krzyczy na korytarzu szpitala: – „Chcecie mnie zabić„. Zanim jednak zacząłem rozmyślać o polityce NFZ, zobaczyłem, że na szafce wibruje telefon. Dzwonił Kostrzewski: – Wiem, że jeszcze jest pan w szpitalu. Wszystko w porządku, już po badaniach?

Jak najbardziej, zaraz się zbieram i jadę na posterunek – skłamałem, bo przecież dopiero za dwie godziny miałem mieć rezonans.

– Super. Zaraz podstawię po pana radiowóz. Wiemy już kim była pozostała dwójka, a poza tym opowiem panu na miejscu o kilku nowych faktach w sprawie. 

Jasne, dzięki – odpowiedziałem lakonicznie i po raz kolejny zacząłem się zastanawiać nad absurdalną kwestią, biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności. Zwykle przy dużych sprawach od razu przechodzę na ty z policjantem prowadzącym śledztwo. Tutaj jednak tak się nie stało i zastanawiałem się, czy to w ogóle wydarzy się kiedykolwiek, ponieważ Kostrzewski wyglądał na osobę, która nie lubi skracać dystansu. Miałem wrażenie, że pewnie nawet teściowa zwraca się do niego per pan.

Zerwałem się szybko z łóżka i poczułem mocny ból głowy. Uznałem, że rezonans jest niepotrzebny, ponieważ na sto procent coś mi dolega. Pewnie nawet to wstrząśnienie mózgu, ale nie chciałem już tracić czasu, by powiedział mi o tym lekarz. Wziąłem szybki prysznic w miejscu, które bardziej przypominało opuszczoną piwnicę, niż łazienkę, ale to był najmniejszy problem. Gdy wróciłem wpadła na mnie pielęgniarka, która krzyczała, że przed badaniem miałem nie ruszać się z łóżka. Szybko wypaliłem, że rezygnuję z rezonansu i chcę wypisać się na własne żądanie. Niewzruszana odwróciła się na stopie i po chwili w sali był już lekarz, który oznajmił mi, że popełniam błąd, ale dodał przy tym, że nie będzie mnie namawiał, jeśli faktycznie tego chcę. A tego właśnie chciałem, ubrałem się w ciuchy, które miałem na sobie wczoraj – oczywiście bez bielizny – a następnie zjechałem windą na parter. Tam czekał już na mnie policjant, który zabrał mnie do radiowozu. Po drodze na posterunek zatrzymaliśmy się jeszcze w sklepie, w którym kupiłem kilka par skarpetek i majtek, ponieważ wiedziałem, że zbyt szybko stąd nie wyjadę. Wówczas zupełnie zapomniałem, że przyjechałem do Więcborka prosto z lotniska, a więc gdzieś tutaj musiała być moja walizka, w której miałem ciuchy.

Posterunek o dziwo nie wyglądał najgorzej. Najwidoczniej gmina dostała spore dofinansowanie, ponieważ na zewnątrz, a także wewnątrz wszystko wyglądało skromnie, ale bardzo ładnie. Jeden z policjantów wskazał mi pokój, w którym miał znajdować się Kostrzewski. Wszedłem bez pukania, ale nikogo tam nie zastałem. Na stole leżały tylko dwie puste paczki po czerwonych Lucky Strike’ach, a także kilka pustych opakowań po snickersach. Nadal czułem ból głowy, dlatego postanowiłem usiąść i poczekać. Kostrzewski przyszedł po kilku minutach z dwoma kubkami kawy i już w drzwiach wypalił, że powinniśmy przejść na ty. Oczywiście się zgodziłem, ale nie mogłem również powstrzymać śmiechu, gdyż jako detektyw powinienem lepiej oceniać ludzi. Śmiech jednak nie trwał zbyt długo, ponieważ znowu przypomniał o sobie ból głowy.

– Na pewno wszystko w porządku, bo zrobiłeś taką minę, jakby głowa miała ci wybuchnąć?

– Daj spokój Andrzej już z tą głową, po prostu jestem niewyspany. Powiedz lepiej co nowego wiemy i przede wszystkim kim była ta dwójka nieznajomych, co podzieliła los chłopaków?

– Ciekawa sprawa. Byli braćmi, którzy zaginęli 13 lat temu w Krakowie…

– Co kurwa?

– No właśnie, tak samo zareagowałem, jak się dowiedziałem. Co w tym najciekawsze sprawdziliśmy już, że żaden z nich nie potrafił prosto kopnąć piłki. Gdy zaginęli w 2007 roku jeden z nich miał 30 lat, a drugi 32. Obaj byli prawnikami i pracowali w kancelarii swojego ojca. Wówczas była to głośna sprawa, ponieważ Leon Mielcar poruszył niebo i ziemię, by odnaleźć swoich synów. Cały czas upierał się, że porwali ich ludzie „Złotówy”, którego nie chciał bronić. Policja ten trop od razu odrzuciła, ale im dłużej o tym myślę, tym bardziej czuję, że mógł mieć rację. 

– Tego „Złotówy”?

– Dokładnie tego samego, który w latach 1994-1998 ustawił w ekstraklasie kilkadziesiąt spotkań. Tego samego, który na początku XXI wieku został prezesem Śląska Wrocław i pod przykrywką klubu prał brudne pieniądze, przerzucał narkotyki. Czy tego chcemy, czy nie te sprawy łączą się aż za bardzo.

– Musimy pojechać do starego Mielcara i pogadać z nim o jego podejrzeniach. Czy on już w ogóle wie, że znaleźliśmy jego synów?

– Jeszcze nie wie, sam chcę mu powiedzieć, nim dowiedzą się o tym media. Nawet nie chcę myśleć, co będzie się działo, jak pismaki wyniuchają, że sprawa Mielcarów łączy się ze „Słynną Piątką Zaginionych”… Jedziemy o 13:00 więc mamy jeszcze chwilę, by zjeść normalne śniadanie. I tak w ogóle, bo pewnie zapomniałeś, twoja walizka, z którą przyleciałeś z Berlina jest w pokoju obok. Jak zabrała cię karetka nikt nie pomyślał, by ci ją dostarczyć do szpitala. Mam nadzieję, że masz tam jakieś świeże ciuchy, bo te wczorajsze wybacz, ale śmierdzą tą przeklętą leśniczówką. 

4. rozdział – Kraków 

Kancelaria Leona Mielcara mieściła się w Krakowie. Pomimo tego, że na miejsce mieliśmy dotrzeć dopiero wieczorem, chcieliśmy od razu porozmawiać z ojcem zaginionych braci. Pomyślałem nawet, żeby zadzwonić do niego przed wyjazdem z Więcborka, ale Kostrzewski szybko wybił mi to z głowy. Słusznie zresztą, ponieważ gdyby ktokolwiek z nas zadzwonił do niego i poprosił o spotkanie za kilka godzin, ten nie chciałby czekać. Wyjścia były więc dwa. Pierwsze – chyba najgorsze – musielibyśmy powiedzieć mu przez telefon, że znaleźliśmy ciała jego synów, którzy zaginęli 13 lat temu. Drugie – nieco lepsze – poprosilibyśmy go o cierpliwość, co skończyłoby się zapewne tak, że uruchomiłby swoje kontakty i być może sam dowiedział się, że wreszcie może pochować synów.

Ledwie zrobiliśmy 50 kilometrów, a miałem wrażenie, że jedziemy pół dnia. Łącznie musieliśmy pokonać prawie sześćset, więc tym bardziej współczułem Kostrzewskiemu, że będzie prowadził całą drogą. Gdyby nie wstrząśnienie mózgu, które zapewne miałem, mógłbym go zmienić, ale mój stan zdecydowanie na to nie pozwalał. I tak byłem z siebie dumny, że nie musimy stawać co kwadrans, żebym mógł zwymiotować. Dawałem radę, co najprawdopodobniej zawdzięczałem doświadczeniu z dzieciństwa, ponieważ wówczas cierpiałem na chorobę lokomocyjną. Na każdej wycieczce szkolnej, czy wyjeździe na zgrupowanie nikt nie chciał ze mną siedzieć w autokarze, gdyż zawsze wymiotowałem. Aż do czasu, gdy na turnieju „Gothia Cup” poznałem rówieśnika z Belgii, który sprzedał mi ciekawy patent. Otóż okazało się, że nie trzeba napchać się tabletkami Aviomarin, a wystarczy głęboko oddychać, gdy zaczyna robić się niedobrze, a przede wszystkim przez całą drogę należy patrzeć w przednią szybę. Brzmi banalnie, ale można powiedzieć, że ten błahy sposób zmienił moje dzieciństwo. Wreszcie nie czułem się, jak piąte koło u wozu podczas podróży, a kilku kolegów nawet przekonało się do tego, że można ze mną usiąść, gdyż tym razem nie zrzygam się do reklamówki albo co gorsza na ich kolana, co niestety raz mi się zdarzyło.

Kostrzewski słuchał muzyki, która nawet mi odpowiadała. No może poza „Nirvaną”, z której wyrosłem w czasach licealnych. Choć nie powiem, że gdy włączył płytę Soundgarden, przypomniałem sobie, że grunge jest naprawdę przyjemny i rozluźniający, a tego było mi trzeba. Mógłbym nawet zasnąć przy takiej muzyce, gdyby nie fakt, że Andrzej, co 20 minut odpalał papierosa. Co prawda na początku powiedziałem, że nie będzie mi to przeszkadzało, ale wówczas nie byłem świadom, że w drodze do Krakowa zamierza wypalić całą paczkę.

W trakcie drogi rozmawialiśmy trochę o futbolu, rodzinie i pracy. Andrzej był jedną z tych osób, w której towarzystwie milczenie było przyjemne. Okazało się, że podobnie jak ja miał nastoletnią córkę i żonę, która notorycznie wściekała się na niego, że zbyt dużo pracuje. Sprzedał mi nawet kilka trików, jak udobruchać Anię, lecz wiedziałem, że i tak nie podziałają. Poza tym przed wyjazdem do Krakowa zadzwoniłem do żony i powiedziałem prawdę z zastrzeżeniem, że nie może na razie nikomu o tym mówić. Nadal była smutna, ale już nie rozczarowana. Zrozumiała, że tym razem miałem naprawdę ważny powód, by przełożyć powrót do domu.

Gdy przyjechaliśmy nieco ponad połowę dystansu, zatrzymaliśmy się na obiad w przydrożnej knajpie, która reklamowała się tym, iż pół roku temu przeszła „Kuchenne Rewolucje” Magdy Gessler. No cóż, cudów Magda nie zdziałała, ale najgorzej również nie było. Standardowo zamówiłem żurek, a na drugie policzki wołowe z czerwonym winem. Komisarz postawił na krem z brokułów i pirogi z kaczką… W trakcie posiłku padło ważne pytanie z ust Andrzeja: – Jak myślisz, czy Mielcar będzie załamany, czy bardziej wkurwiony i nastawiony na zemstę za śmierć swoich synów?

Nie mam pojęcia. Wiem jednak, że dla nas lepiej będzie, jeśli nie będzie chciał angażować się w śledztwo. A co ważniejsze nie pójdzie z tym do mediów, bo wówczas na bank sprawa stanie się polityczna, a policja zostanie zlinczowana za to, że wcześniej nic nie potrafiła zrobić – odpowiedziałem z dużą pewnością siebie.

– No właśnie, dlatego masz świadomość, że jak sprawa trafi na okładki, będziesz jedyną osobą, która będzie mogła to ugasić i trochę ocieplić nasz wizerunek? Nie jesteś policjantem, ludzie cię lubią… 

Wolałbym tego uniknąć – przerwałem zdecydowanie Kostrzewskiemu. I dodałem nieco oburzony: –  Wiesz, już nie raz przerabiałem takie coś i zawsze żałowałem. Nie chcę być gościem od PR-u, a detektywem. Do moich obowiązków należy znalezienie Bogdana i Jacka oraz ukaranie morderców, którzy pozbawili życia trójki moich kolegów, a także młodych Mielcarów. Na tym chcę się skupić, a nie na tym, co opinia publiczna będzie myślała o działaniach policji trzynaście lat temu, czy teraz. 

– Jasne, rozumiem. Źle się wyraziłem. Po prostu chciałem cię ostrzec, że jak sprawa trafi do mediów, będziesz musiał uważać, gdyż podejrzewam, iż łatwo ci nie odpuszczą.

Po tej wymianie zdań, której nie nazwałbym sprzeczką, ruszyliśmy w dalszą trasę. Po drodze omówiliśmy jeszcze strategię rozmowy ze starym Mielcarem. Uznaliśmy, że lepiej jeśli pozostanę tylko słuchaczem, a całą rozmowę poprowadzi Andrzej, który prowadzi sprawę.

Do Krakowa wjechaliśmy kilka minut po 20:00. Andrzej zadzwonił do Leona Mielcara, który jeszcze nie skończył pracy. Zaprosił nas do kancelarii, w której zjawiliśmy się po trzydziestu minutach. Już na pierwszy rzut oka było widać, że przyjechaliśmy do jednego z najlepszych prawników w kraju. Wystrój wnętrza sugerował, że do czynienia mamy z człowiekiem nie tylko bogatym, ale również z wysublimowanym gustem. Podłogi z marmuru, na ścianach nowoczesne obrazy. I tak było na każdym piętrze, których były trzy. Na najwyższym znajdował się gabinet Leona Mielcara, który mógł mieć około 80 m². Pierwsze na co zwróciłem uwagę po wejściu, to piłki z autografami znanych piłkarzy usytuowane za biurkiem prawnika. I mowa tutaj o naprawdę sławnych postaciach, ponieważ były tam futbolówki z podpisami takich graczy jak Pele, Messi, Maradona, czy Hagi. Zanim jednak nacieszyłem oczy tym widokiem, Leon Mielcar zaskoczył nas do tego stopnia, że Andrzej o mały włos nie zemdlał.

Leon Mielcar: Myślałem, że wybitny komisarz Andrzej Kostrzewski zjawi się dopiero jutro. No cóż, miłe zaskoczenie, ale przejdźmy do rzeczy. Proszę mi powiedzieć, jak zginęli moi synowie?

Andrzej Kostrzewski: Skąd pan o tym wie?

LM: Panie Kostrzewski, rano dostałem trzy telefony w tej sprawie od przyjaciół z policji. Proszę więc odpowiedzieć na moje pytanie.

AK: Jutro będziemy mieli wyniki sekcji zwłok.

LM: Wiem. Pytam, co może mi pan powiedzieć teraz. Zostali powieszeni i co dalej?

Widziałem, że Andrzej jest wyraźnie zdezorientowany, więc postanowiłem się wtrącić: – Ma pan rację, zostali powieszeni, ale nie wiadomo, czy to było przyczyną zgonu. Tego dowiemy się jutro. 

LM: Doceniam pana jako piłkarza, ale prosiłbym jednak, żeby sprawą zabójstwa moich synów zajmowała się policja, a nie z całym szacunkiem… Były zawodnik Śląska Wrocław. Zresztą w sumie, jak policja ma zajmować się tym, tak jak 13 lat temu, to może lepiej niech tego nie robi. Wtedy niepotrzebnie odpuściłem, teraz już tego błędu nie popełnię. Tymczasem proszę mi wybaczyć, ale muszę wykonać kilka telefonów. Do wiedzenia.

5. rozdział – Prywatne śledztwo 

Rozmowa z Leonem Mielcarem dała nam do myślenia. Wiedzieliśmy, że nie będzie to przyjacielska pogawędka, ale mimo wszystko liczyliśmy, że potoczy się trochę inaczej. Nie pozostało nam nic innego, jak pogodzić się z tym, że prawnik będzie szukał morderców na własną rękę. Nie żebyśmy się tym jakoś szczególnie przejmowali, ale mimo wszystko lepiej byłoby mieć go po swojej stronie. Tym bardziej że sprawa właśnie trafiła do mediów. Wszystkie największe portale i telewizje w kraju głosiły podobny przekaz – Policja w starej leśniczówce na terenie Więcborka znalazła pięć ciał. Ofiarami morderstwa nieznanych sprawców są przed laty zaginieni Łukasz i Paweł Mielcarowie, a także byli piłkarze Adam Cichocki, Marek Korzuch oraz Maciej Mostowiak. Czy tym razem służby, które wspiera znany detektyw Andrzej Sierniak zrobią więcej, niż trzynaście lat temu?

Co prawda wyniki sekcji zwłok mieliśmy mieć dopiero rano, ale nie potrzebowaliśmy ich do tego, by stwierdzić, że bracia Mielcarowie nie żyją maksymalnie od kilku tygodni. Ciała nie uległy rozkładowi i wyglądały zupełnie tak samo, jak chłopaków. Oznacza to, że przez ostatnich około 13 lat musieli być gdzieś więzieni lub… Sami się ukrywali z sobie znanych tylko powodów. Zabrzmi to jak banał z tanich kryminałów, ale na tym etapie śledztwa nie mogliśmy wykluczyć żadnego scenariusza. Kostrzewski miał nawet teorię, że Leon Mielcar niekoniecznie 13 lat temu odpuścił poszukiwania synów, gdyż nie miał już siły: – A co jeśli stary Mielcar wiedział coś więcej i dlatego zrezygnował przed laty z poszukiwań? – zapytał mnie w drodze do knajpy, w której mieliśmy zjeść późną kolacją.

Co sugerujesz? – odpowiedziałem z dużym zaciekawieniem.

Stary Mielcar nie wygląda mi na gościa, który odpuszcza w jakiejkolwiek sprawie. Tym bardziej w takiej, gdy chodzi o zaginięcie jego dwóch synów. Trzynaście lat temu jednak w pewnym momencie kompletnie zrezygnował z poszukiwań. A przecież już wtedy miał taką pozycję i znajomości, że gdyby chciał, policja do dziś nie zamknęłaby tego śledztwa. Nie twierdzę, że na pewno tak było, ale wydaje mi się, że mógł wówczas dowiedzieć się czegoś, co skłoniło go do tego, by sprawę wyciszyć. 

Jak sam mówiłeś podejrzewał wtedy Złotówę, ale nie miał żadnych dowodów. Może warto byłoby go odwiedzić w areszcie i zadać mu kilka pytań?

Też o tym pomyślałem, ale wiesz co jest najlepsze? Nie będziemy musieli odwiedzać go w areszcie, ponieważ jutro wychodzi z więzienia. Niezły zbieg okoliczności, co?

Co ty mówisz, przecież przyskrzynili go na 10 lat za handel dragami, czyli zostało mu do odsiadki, jeśli dobrze liczę, jeszcze z trzy lata.

Zostałoby dokładnie tyle, gdyby nie fakt, że kilka tygodni temu sąd zaakceptował jego wniosek o warunkowe zwolnienie z odbywania kary.

Niemożliwe. Przecież w mediach byłoby o tym głośno.

Możliwe. Są w tym kraju osoby, które potrafią wyciszyć bardziej głośne sprawy. Zresztą do tego i tak raczej nie dojdziemy, kto to wyciszył w mediach, ale dowiedziałem się za to, że adwokatem Złotówy, który złożył wniosek do sądu o przedterminowe zwolnienie, był Adam Zielak. Prywatnie kuzyn Leona Mielcara.

W trakcie kolacji byłem w głębokim szoku. Gdy jechaliśmy do Krakowa w życiu bym nie przypuszczał, że sprawy aż tak bardzo się skomplikują. Choć lepiej, że aż tyle się działo, gdyż najgorsze co może być w śledztwie, to utknięcie w martwym punkcie. Oczywiście nie robiłem sobie wielkich nadziei w związku z planowanymi rozmowami ze Złotówą i Zielakiem, ponieważ za pewnik brałem, że i tak niczego nam nie powiedzą. Nawet jeśli wiedzieliby coś więcej o zamordowanych z leśniczówki, z całą pewnością bylibyśmy ostatnimi  osobami, z którymi chcieliby o tym  rozmawiać.

W restauracji „Starka” siedzieliśmy dość długo. Jak śmieje się moja żona – powyżej trzech butelek wina. Głównie rozmawialiśmy o śledztwie, ale w pewnym momencie postanowiliśmy, że tego tematu już nie poruszamy. Chcieliśmy choć na chwilę odciąć myśli, żeby nie zwariować. Na szczęście w głowie już mi tak nie szumiało, jak w trakcie podróży do Krakowa. Przynajmniej nie z powodu upadku w chatce, gdyż alkohol zaczął działać.

Noc spędziliśmy w hotelu, który mieścił się niedaleko Kazimierza. Chyba pierwszy raz od kilku dni obudziłem się wyspany, co wcale nie było takie oczywiste, ponieważ spałem jedynie sześć godzin. Gdy schyliłem się po telefon, żeby zobaczyć, która jest godzina usłyszałem pukanie do drzwi. Nawet nie zapytałem kto wpadł mnie odwiedzić, bo byłem przekonany, że to Andrzej. Nie musiałem zresztą długo się nad tym zastanawiać, gdyż zanim otworzyłem drzwi, krzyknął: – Jeśli na zgrupowaniach też tak długo spałeś, to ja się nie dziwię, że nigdy nie zagrałeś na mundialu. No dalej otwieraj drzwi, bo mam wyniki sekcji zwłok.

Sekcja zwłok wykazała, że cała piątka z leśniczówki zginęła w ten sam sposób poprzez uduszenie. Nikt nie miał zerwanego rdzenia kręgowego, a to było jednoznaczne z tym, że nie doszło do masowego samobójstwa, a morderstwa. Wiedzieliśmy od początku, że ktoś na pewno pomógł chłopakom i Mielcarom w przejściu na drugą stronę, ale teraz oficjalnie mieliśmy do czynienia z morderstwem. Oczywiście niewiele to dla nas zmieniało, ale w momencie, gdy czytałem protokół z sekcji zwłok po raz kolejny na całym ciele miałem ciarki. Teraz już wiedziałem również, że chłopaki przez około siedem dni byli brutalnie torturowani. Zginęli natomiast około 30 dni temu.

Zawsze trudno czytać dokumentację z sekcji zwłok, ale gdy wiesz, że to właśnie twoi koledzy przez kilka dni byli przypalani palnikiem na całym ciele, czy mieli łamane palce od rąk i nóg, czujesz się okropnie. Wówczas po raz kolejny dotarło do mnie, że muszę znaleźć sprawców, a także Bogdana i Jacka, gdyż byłem wręcz przekonany, że jeśli żyją, dzieje się im podobna krzywa.

6. rozdział – Wolność

W hotelu zdjęliśmy szybkie śniadanie, podczas którego cały czas debatowaliśmy o sekcji zwłok. Nie szeptaliśmy, dlatego ludzie wokół dość dziwnie się na nas patrzeli. W pierwszej chwili mogli nas wziąć za świrów, ponieważ Andrzej tego dnia wyglądał, jak płatny zabójca, a ja chowałem się za kapturem od bluzy, by przypadkiem nikt mnie nie rozpoznał. Obawy miałem słuszne, ponieważ w hotelu przebywała grupka dzieciaków, która strzelam, że była w Krakowie na wycieczce szkolnej. Jeden z nastolatków nawet mnie rozpoznał i już szedł w naszą stronę ze smartfonem w ręku, ale poprosiłem go gestem ręki, by nie zdradził mojego kamuflażu, co o dziwo poskutkowało. Wiedziałem jednak, że trzeba szybko dopić kawę, wymeldować się i czym prędzej ruszyć do Wrocławia na rozmowę ze Złotówą, ponieważ ostatnią rzeczą jakiej teraz pragnąłem była sesja zdjęciowa.

Samochód prowadził oczywiście Andrzej, który był bardzo dobrym kierowcą. Miałem wrażenie, że w przeciwieństwie do mnie nawigacja mogłaby dla niego nie istnieć. Bardzo szybko wyjechał z Krakowa i wskoczył na A4, która prowadziła do Wrocławia. Na trasie debatowaliśmy przede wszystkim o tym co już wiemy i nadchodzącej rozmowie ze Złotówą, który jeszcze nawet nie wiedział, że będziemy jednymi z pierwszych osób, z którymi spotka się na wolności. Były prezes Śląska Wrocław skazany w ostatnim czasie m.in. za handel narkotykami miał opuścić mury więzienia o 14:00. My na miejscu mieliśmy być około 13:00, więc postanowiliśmy podjechać pod zakład karny trochę wcześniej. Powiem szczerze, że czułem przed tym spotkaniem lekki dreszczyk emocji, ponieważ co prawda Złotówa nigdy nie był moim prezesem, ale wiele o nim słyszałem w szatni Groclinu. Wówczas byłem młody chłopakiem, a do Śląska trafiłem dopiero kilka lat później, ale nawet wtedy w budynkach klubowych jeszcze wiele mówiło się o Witoldzie Biernackim zwanym Złotówą. Ba, mam wrażenie, że do dziś tak jest, ponieważ sprzątaczki, czy portier zawsze wspominali go z dużym sentymentem. I nie ma w tym nic dziwnego, ponieważ Złotówa był człowiekiem brutalnym i bezwzględnym, ale miał też pewnego rodzaju klasę. Budził bowiem sympatię prostych ludzi i strach wśród tych, z którymi załatwiał interesy.

Do Wrocławia przyjechaliśmy zgodnie z planem. Zapas czasu wykorzystaliśmy na wskoczenie na stację benzynową po kawę i papierosy, bez których Kostrzewski nie wyobrażał sobie życia. Co najgorsze cały czas częstował mnie fajkami i po drodze do Wrocławia raz uległem. Teraz miałem ochotę złamać się kolejny raz, dlatego czułem, że lada moment mogę wrócić do nałogu. Tym bardziej że miałem obecnie tyle na głowie, iż niespecjalnie chciałem się przed tym bronić.

Zapaliliśmy przed zakładem karnym, gdzie za kwadrans mieliśmy zobaczyć Złotówę, który ostatnich siedem lat spędził w więzieniu. Byłem ciekawy, czy te lata go zmieniły, czy to nadal będzie ten sam człowiek z zawsze wysoko podniesioną głową, brylujący w mediach i wzbudzający sympatię wrocławskich kibiców, którzy od kilku lat w trakcie meczów ekstraklasy wysyłali mu pozdrowienia do więzienia.

No cóż, Złotówa nie potrzebował dużo czasu, by rozwiać moje wątpliwości, ponieważ już po kilku chwilach wiedziałem, że odsiadka go nie zmieniła. Pod zakładem karnym czekało na niego czarne Audi A8 z nieznajomym kierowcą, ale gdy Złotówa nas zobaczył od razu skierował się w naszą stronę z uśmiechem na twarzy. Do kierowcy machnął tylko ręką, a ten wówczas zgasił silnik.

Wielki Andrzej Sierniak, którego bramkę w starciu z Niemcami oglądałem w więziennej świetlicy. Muszę ci powiedzieć, że cały zakład od morderców po gwałcicieli wspólnie wykrzykiwał twoje nazwisko. Piękna chwila, ale powiedz co cię do mnie sprowadza przyjacielu, bo chyba nie chciałeś zapytać, czy oglądałem zwycięstwo nad Niemcami? – zaczął rozmowę Złotówa.

Powiem szczerze, że Złotówa w pierwszej chwili trochę zbił mnie z tropu. Tym bardziej że Kostrzewski szturchnął mnie łokciem, ponieważ kierowca z czarnego Audi szedł w naszą stronę i był nim nikt inny, jak Adam Zielak. Mogliśmy więc upiec dwie pieczenie na jednym ogniu.

Nie domyśla się pan? – odparłem nieco zdziwiony.

A tak, tak… Słyszałem, że kilka dni temu w starej leśniczówce odnaleziono ciała Cichockiego, Korzucha i Mostowiaka. Smutna sprawa, mam nadzieję, że znajdziesz sprawcę albo sprawców – odparł Złotówa tym razem wyraźnie zatroskany.

I zapewne nie słyszał pan, że w leśniczówce znaleźliśmy jeszcze dwa ciała?

Nim Złotówa zdążył odpowiedzieć, doszedł do nas Zielak, który wszystko już słyszał i wtrącił się w rozmowę: – Trudno żeby Witek nie wiedział o tym, że odnaleziono tam jeszcze ciała Łukasza i Pawła Mielcarów, jeśli policja prowadzi do tego stopnia nieudolne śledztwo, że media o tym huczą od kilku dni. 

Adaś ale po co te złośliwości? Panowie śledczy jako jedni z nielicznych zechcieli mnie przywitać na wolności, a ty wytykasz im błędy, które przecież zdarzają się najlepszym. Prawda panie komisarzu Kostrzewski? – odparł Złotówa.

Andrzej był trochę poirytowany tym, w którą stronę zmierzała ta rozmowa, dlatego zapytał wprost: – Jak rozumiem tracimy tutaj czas, bo niewiele się dowiemy, a pan zamierza bawić się z nami w ciuciubabkę?

Złotówa z tym samym spokojem odparł: – Chętnie spotkam się z wami wieczorem i odpowiem na wszystkie pytania, ale teraz marzę o tym, żeby położyć się na wygodnym łóżku i napić się soku z ananasa, który uwielbiam. A jak się domyślacie w więzieniu zbyt często go nie piłem, a jeśli już, to taki niezbyt smaczny z kartonika. Zapraszam więc wieczorem na kolację do najlepszej knajpy w tym mieście, bo powiem wam szczerze, że stęskniłem się przede wszystkim za dobrym jedzeniem. 

Byliśmy trochę zaskoczeni propozycją Złotówy, ale oczywiście przystaliśmy na nią. Nie robiliśmy sobie wielkich nadziei w związku z tą kolacją, gdyż zdawaliśmy sobie sprawę, że Złotówa na pewno wieczorem odegra drugą część spektaklu. Z drugiej jednak strony Bernacki mógł nas zbyć, a sam zaproponował wieczorne spotkanie. Musieliśmy mieć się jednak na baczności, ponieważ może nie tylko chciał zabawić się naszym kosztem, a próbował sprawdzić ile wiemy lub chciał uśpić naszą czujność?

7. rozdział – Choroba

Po rozmowie ze Złotówą pojechaliśmy do hotelu, który prowadził znajomy Kostrzewskiego z liceum. Wzięliśmy szybki prysznic i zeszliśmy na dół na obiad. Hotel był skromny, ale jedzenie pierwsza klasa. Prawdziwa polska kuchnia, smakowało jak u babci. Gdy zjedliśmy podano nam kawę i ciasto z jagodami. Dosiadł się do nas wówczas właściciel hotelu, znajomy Andrzeja. Rozmawialiśmy głównie o futbolu, trochę o naszej pracy, a także o wędkowaniu. Gdy chłopaki zaczęli wspominać stare czasy licealne, przeprosiłem ich i powiedziałem, że muszę się zdrzemnąć godzinkę przed wieczornym spotkaniem ze Złotówą. Szczerze mówiąc nie byłem aż tak zmęczony, by musieć iść spać, ale wiedziałem, że Andrzejowi przyda się godzinka spokoju. Bardzo się polubiliśmy, ale czasami nawet mąż z żoną potrzebują odpocząć od siebie, a my w ostatnim czasie spędzaliśmy ze sobą niemal każdą chwilę.

Położyłem się na niewielkim łóżku, które dla mnie było idealne, ale gdyby położył się na nim ktoś mierzący około 190 centymetrów, tak kolorowo by już nie było. Myślałem o spotkaniu ze Złotówą, aż zasnąłem jak małe dziecko. Najwidoczniej źle oceniłem chwilę wcześniej mój poziom zmęczenia.

Obudziłem się w okolicach godziny 19:00, zerknąłem na telefon i widziałem dwa nieodebrane połączenia z nieznajomego numeru. Od razu oddzwoniłem i tak jak się domyślałem był to Złotówa. Umówiliśmy się na godzinę 21:00 w Senses na Bielańskiej. Co prawda mieliśmy jeszcze dwie godziny zapasu, ale byłem zdziwiony, że Andrzej nie przyszedł mnie wcześniej obudzić. W jego pokoju również go nie było. Nie żebym był jeszcze zaniepokojony tym faktem, ale gdy zszedłem na dół i zobaczyłem, że nie ma go w hotelowej restauracji, lekko się zmartwiłem.

Na szczęście wszystko szybko się wyjaśniło, Andrzej udał się ze swoim kumplem do jego domu, który mieścił się tuż za hotelem. Ruszyłem w tamtą stronę wolnym krokiem i po drodze zapaliłem papierosa, ponieważ niestety wróciłem do nałogu. Zapukałem do drzwi otworzył mi kolega Kostrzewskiego, Bartek, który był dość mocno wstawiony. Andrzej nie wyglądał lepiej, co nawet mnie rozbawiło. Zawsze punktualny, przejęty drobnostkami, a tutaj na dwie godziny przed ważną rozmową w sprawie siedzi przy dwóch pustych flaszkach wódki. Na dodatek niespecjalnie się tym przejmował. Usiadłem z nimi na chwilę, ale alkoholu odmówiłem. Andrzej wręcz przeciwnie, ale trzeba mu oddać, że w porównaniu z Bartkiem wyglądał na trzeźwego. Gdy jednak powiedział, że celowo się napił, lekko mnie zaskoczył: – Wiesz co, tak naprawdę sytuacja nie wymknęła mi się spod kontroli, napiłem się, ponieważ wiedziałem, że na spotkanie ze Złotówą i tak nie pojadę. Choć faktycznie mogłem cię przypilnować, bo chyba zaspałeś?

Spokojnie, spotkanie mamy na 21:00, przed chwilą rozmawiałem ze Złotówą. Czemu jednak nie jedziesz ze mną? – odparłem z ciekawością.

Jak rozmawialiśmy pod więzieniem dało się wyczuć, że ze mną nie przepada. I nie ma w tym nic dziwnego, ponieważ tak naprawę przeze mnie trafił za kraty. Długi historia, pogadamy o tym innym razem. Na szczęście ciebie darzy sympatią i kto wie… Może akurat powie coś ciekawego. Choć do końca też wiele nie obiecuj sobie po tym spotkaniu. Bądź ostrożny, gdyż całkiem możliwe, że Złotówa może liczyć, że to on od nas wyciągnie jakieś informacje. Komu jak komu, ale jemu sprytu nie można odmówić – powiedział poważnym głosem Kostrzewski.

Przyjąłem to do wiadomości i nawet nie namawiałem go, żeby ze mną jechał, ponieważ po pierwsze był już wstawiony, a po drugie zgadzałem się z nim. Pożegnałem się z chłopakami i ruszyłem w stronę hotelu. Wypiłem  szybką kawę w hotelowej knajpce i zamówiłem taksówkę. W Senses byłem kwadrans przed czasem, ale Złotówa już na mnie czekał. W swoim stylu zwrócił się do kelnera, że teraz już może przynieść karty, ponieważ przyszedł bohater narodowy. Zamówiliśmy prawie wszystkie przystawki z menu oprócz marynowanych boczniaków i na wyraźną prośbę Złotówy najlepsze białe wino.

Nie żebym narzekał Andrzeju, ale czemu nie pojawił się twój imiennik? – rozpoczął spokojnym głosem Złotówa.

Szczerze? Niespecjalnie za panem przepada.

I vice versa. Mam tylko jedną prośbę, Witold jestem, proszę nie panujmy sobie, zgoda?

– Nie ma problemu. Na wstępie chciałbym jednak zaznaczyć, że nie przyjechałem tutaj na przyjacielską pogawędkę o futbolu i anegdotach z szatni.

Niestety mam tego świadomość. Naprawdę żałuję jednak, że nie poznaliśmy się w innych okolicznościach. 

Życie – odparłem bez emocji.

Możesz być jednak nieco rozczarowany, ponieważ niewiele wiem o sprawie związanej z leśniczówką, pewnie znacznie mniej od ciebie.

Sprawdźmy, opowiedz co wiesz…

– Znaleźliście w chatce ciała Cichockiego, Korzucha, Mostowiaka i młodych Mielcarów. Początkowo wyglądało to na masowe samobójstwo, ale z sekcji wyszło, że ktoś im pomógł. Tyle. 

– Jakoś ci nie wierzę. 

– Przykro mi, uwierz, że chciałbym wiedzieć więcej i nawet wam pomóc, by zrobić na koniec życia dobry uczynek. 

– Umierasz? – zapytałem bez przejęcia w głosie.

– Mam nowotwór płuc z przerzutami. Zostało mi pół albo rok życia. 

– Stąd decyzja o zwolnieniu warunkowym? 

Dokładnie. 

– Naprawdę chciałbyś nam pomóc?

– Jeśli tylko byłbym w stanie, to bardzo chętnie. 

– Dlaczego twoim prawnikiem jest kuzyn starego Mielcara?

Leo mi go polecił.

– Co ty mówisz? Przecież jak zaginęli jego synowie, to właśnie ciebie podejrzewał o ich uprowadzenie.

– Stare czasy. Pogodziliśmy się już kilka lat temu, Leon był jedną z dwóch osób, która odwiedzała mnie w więzieniu.

– Myślę, że będziesz mógł nam pomóc, tylko musimy się spotkać w trójkę z Kostrzewskim. Pojechałbyś z nami do Krakowa? 

– Jak tylko spotkam się z córką, mogę jechać z wami nawet do piekła, zawsze to raźniej. 

8. rozdział – Wybaczenie

Trochę mi wstyd, ale muszę przyznać, że dobrze rozmawiało mi się ze Złotówą. W pewnym sensie było mi go trochę żal, ponieważ maksymalnie został mu jeszcze rok życia, a ostatnie lata przecież i tak spędził za kratkami. Mam świadomość, że nie trafił tam za niewinność, ale mimo wszystko nie wydawał mi się złym człowiekiem. Pewnie jestem naiwny, lecz miałem wrażenie, że na spotkaniu ze mną zdjął maskę i pokazał swoją prawdziwą twarz. Smutnego człowieka, który wie, że popełnił wiele błędów, a co za tym idzie stracił najważniejsze rzeczy w życiu. Nie dopytywałem go o sprawę z córką, ale domyślałem się o co może chodzić. W końcu nie było to trudne, ponieważ prawie każdemu nastolatkowi widzącemu aresztowanie swojego ojca przez służby specjalne, świat lęgnąłby w gruzach. Tym bardziej jeśli do tej pory uważałeś go za najukochańszą i najłagodniejszą osobę na świecie.

***

Gdy jednostki specjalne w 2013 roku wpadły do wrocławskiej willi Witolda Biernackiego (pseudonim Złotówa), Laura Biernacka miała wówczas 19 lat. Przygotowywała się do kolokwium z anatomii, ponieważ dostała się na wymarzone studia medyczne. Nie tylko dla niej wymarzone, ale także dla ojca, który poza nią nie miał nikogo. Żona Witolda zmarła tuż po narodzinach Laury. Lekarze uważali za cud, iż zdołała urodzić, ponieważ od wielu lat miała bardzo poważne problemy z sercem. Po śmierci ukochanej żony Witold Biernacki bardzo się zmienił. Właściwie od tamtego momentu zaczął zajmować się znacznie poważniejszymi „biznesami”, a mówiąc inaczej został gangsterem. W świadku przestępczym mówiło się, że jego jedyną słabością jest Laura, na którą po śmierci ukochanej Anny przelał całą miłość. Co prawda po śmierci żony spotykał się z kobietami, ale nigdy żadnej nie pokochał.

Złotówa każdego roku wyjeżdżał z córką na wakacje do innego kraju. Ich pasją było podróżowanie, a każdy wspólny urlop trwał minimum trzy tygodnie i był przez nich niezwykle celebrowany. Tuż przed tym, gdy policja zrobiła nalot na willę, Biernaccy spędzili ostatnie wspólne wakacje w Meksyku. Laura pamięta je doskonale nie tylko dlatego że były ostatnimi… Pierwszy raz w życiu widziała, że ojciec nie potrafi na wakacjach oderwać się od rzeczywistości. Niby było jak zawsze – zwiedzali, zajadali się pysznym jedzeniem i korzystali z uroków pięknego kraju, ale Biernacki był nieobecny. Co więcej proponował córce, by zostali w Meksyku znacznie dłużej niż planowali, lecz ta chciała wracać do domu, ponieważ lada moment miała zacząć wymarzone studia.

Laura domyślała się od dłuższego czasu, że ojciec niekoniecznie prowadzi legalne interesy. Nie drążyła jednak tematu, ponieważ wolała żyć w niewiedzy. Gdy Biernacki został skazany na dziesięć lat więzienia za kierowanie grupą przestępczą, która zajmowała się m.in. ściąganiem haraczy, a także handlem narkotykami i porwaniami dla okupu, nastolatka nie była w stanie mu tego wybaczyć. Co prawda domyślała się, że ojciec nie działa legalnie, ale myślała, że maksymalnie dopuszcza się malwersacji finansowych. W dniu ogłoszenia wyroku na sali sądowej widziała go ostatni raz. Przez siedem lat nie odwiedziła go więzieniu, napisała tylko jeden krótki list:

Mam do ciebie ostatnią prośbę – nie dzwoń i nie pisz do mnie. Mój ojciec umarł 17 lipca 2013 roku, a człowiek którego skazano za te wszystkie straszne rzeczy jest mi obcy. Proszę uszanuj to i przekaż swoim ludziom, żeby przestali mnie śledzić. Z domu, który kupiłeś za pieniądze splamione krwią już się wyprowadziłam. Jedyną rzeczą, której od ciebie chcę to spokój. Żegnaj, Laura.

***

Do hotelu wróciłem późną nocą, gdy Kostrzewski już spał. Nie chciałem go budzić, ponieważ domyśliłem się, że po moim wyjściu nie odstawił kieliszka. Inna sprawa, że sam również nie byłem trzeźwy, ponieważ nie wiem kiedy, a kelner doniósł nam kolejne dwie butelki wina. Wziąłem gorący i szybki prysznic, a następnie położyłem się spać. Zmęczenie z całego dnia dało o sobie znać, ponieważ zasnąłem w mgnieniu oka.

Obudziłem się przed południem w okolicach godziny 11:00. Kwadrans później byłem już w hotelowej restauracji, gdzie czekał na mnie Andrzej. Nie było po nim widać, że ma kaca, czy nieprzespaną noc. Tak naprawdę wyglądał, jak zawsze. Nie zdążyłem zamówić śniadania, a Andrzej już szedł w moją stronę z paczką papierosów w lewej ręce. Przywitaliśmy się uściskiem dłoni i udaliśmy na taras, gdzie przy fajce zdałem mu relację z dnia wczorajszego. Mój partner był nią zarówno zszokowany, jak i podekscytowany. Muszę przyznać, że trochę mnie to zaskoczyło, ponieważ myślałem, że uzna mnie za wariata, iż wciągam w śledztwo Złotówę.

Wieczorem zdzwoniłem się z Biernackim, który powiedział, że musi zostać jeszcze kilka dni we Wrocławiu, ale jak załatwi wszystkie sprawy, przyjedzie tam, gdzie akurat będziemy. Co najważniejsze umówił nas na spotkanie ze swoim przyjacielem Leonem Milcarem, który tym razem podobno ma być dla nas mniej wrogo nastawiony. Kostrzewski uważał, że wszystko to zmierza w złą stronę, ale tak naprawdę Złotówa był naszym jedynym punktem zaczepienia. Poza sekcją zwłok, która niewiele nam powiedziała, mieliśmy niewiele. Utknęliśmy w martwym punkcie…

Spotkanie z Leonem Mielcarem faktycznie przebiegło w innej atmosferze. Znany prawnik może nie był do nas przyjaźniej nastawiony, ale również nie wrogo. Choć wydaje mi się, że Kostrzewski zbyt mocno zaczął rozmowę, co nieco speszyło wrocławskiego adwokata: – Jak to się stało, że Złotówa z głównego podejrzanego, nagle stał się przyjacielem? 

LM: – Każdy człowiek się myli. Na szczęście Witold mi szybko wybaczył. 

AK: – Tak po prostu przejrzał pan na oczy, czy coś się wówczas wydarzyło?

LM: – Mam stuprocentową pewność, że Witek nie brał w tym udziału. 

Widziałem, że obaj panowie są mocno zdenerwowani, co mogło doprowadzić do podobnego efektu, jak za pierwszym razem. Chciałem załagodzić atmosferę i zmieniłem dość mocno temat, ale miałem też w tym ukryty interes: – Teraz jak już pan wie, że synowie nie żyją, ulżyło trochę panu? 

Wy naprawdę kompletnie nic nie wiecie. Czuję smutek i wściekłość, bo w ostatnich latach wiedziałem, co dzieje się z moimi synami. Spędziliśmy razem nawet ostatnie święta Bożego Narodzenia, a teraz już ich nie ma, ponieważ Pawłowi zachciało się znajomości z piłkarzami – odparł wściekły Mielcar.

9. Prawda

Andrzej o mało się nie przewrócił, gdy usłyszał, co powiedział nam Mielcar. Po chwili jednak był już tak wściekły, że pomyślałem, iż zaraz zastrzeli podstarzałego prawnika.

AK: W co ty kurwa z nami grasz Mielcar?

LM: Wybacz komisarzu, gdybym miał możliwość, zrobiłbym to raz jeszcze. Policja w tym kraju z dykty jest fikcją, jak zresztą większość instytucji. Moi synowie 13 lat temu znaleźli się w ogromnym niebezpieczeństwie, dlatego musiałem ich chronić. I udawało się to znakomicie, dopóki dwa lata temu na Bali nie poznali Zycha i Kapusty, którzy akurat tam przebywali na wakacjach…

AK: Przecież to brzmi, jak opowieść z jakiegoś paradokumentu.

LM: Możesz dasz mi dokończyć, a później dokonasz artystycznej oceny?

AK: Mów, ale nie myśl, że unikniesz odpowiedzialności. Policja latami traciła czas i pieniądze, by znaleźć twoich synów, którzy świetnie bawili się na Bali, czy chuj wie gdzie wtedy byli…

LM: Człowieku, przecież do niczego się nie przyznam. Zresztą skoro tak stawiasz sprawę, niespecjalnie mam już ochotę dokończyć tę historię. Tym bardziej takiemu zeru jak ty, brzydzę się wami wszystkimi. 

Tym razem mnie o mało krew nie zalała. Bez zastanowienia wypaliłem do Andrzeja, że ma się zamknąć, ponieważ byłem wręcz przekonany, iż bez pomocy Mielcara i Złotówy nigdy nie dowiemy się kto zabił chłopaków. A była jeszcze przecież szansa, by odnaleźć Zycha i Kapustę, którzy może żyli. W końcu w tej przeklętej leśniczówce nie znaleźliśmy ich ciał.

Poprosiłem Mielcara, by nie patrzył na Kostrzewskiego i dokończył opowieść. Co ciekawe mina Andrzeja sugerowała, że dziękuję mi za interwencję, gdyż sam z całą pewnością nie byłby w stanie poprosić o to samo podstarzałego prawnika, z którym miał na pieńku od wielu lat.

Mielcar kontynuował ze spokojem w głosie: – Tak jak wspomniałem w 2018 roku na Bali chłopaki poznali Zycha i Kapustę. Futbol zawsze był dla nich ważnych, a że byli w tym samym hotelu, bardzo szybko się zaprzyjaźnili.

Moi synowie już od wielu lat mieli całkowicie zmienioną tożsamość. Poza zmianą nazwisk zyskali też nową narodowość – hiszpańską. Nie było z tym problemu, ponieważ już w 2007 roku świetnie mówili po hiszpańsku. W załatwianiu dokumentów dla Łukasza i Pawła pomógł Złotówa, który kilka miesięcy wcześniej ocalił im życie. Bo porwani faktycznie byli.

AK: Przez kogo?

LM: Przez twoich kurwa kolegów po fachu.

AK: Leśniak?

LM: Wyżej.

AK: To niemożliwe, nie byłby w stanie tego zrobić.

LM: Jak widać nie znałeś dobrze swojego wujka Władka, który przed laty nie tylko był komendantem w Głównej, ale także zwykłym ścierwem, który współpracował z elementem z gangu wołomińskiego od wielu lat.

Andrzej nie wytrzymał i rzucił się na Mielcara. Zanim zdążyłem go odciągnąć, zdołał zadać mu kilka ciosów. Na tyle mocnych, że prawnik stracił przytomność. W pierwszej chwili miałem mętlik w głowie, ponieważ nie bardzo wiedziałem co zrobić. Andrzej leżał obok w zakrwawionej koszuli i nie zamierzał się do mnie odzywać. Mielcar nie oddychał, a miał już swoje lata, więc nie bardzo chciałem ryzykować z ocucaniem go na własną rękę.

Na szczęście po chwili sam się ocknął i choć jeden problem miałem z głowy. Posadziłem go na krześle i podałem mu butelkę wody, która była napełniona do połowy. Wziął łyka i poprosił, żeby zamówić mu taksówkę. Nalegałem jednak, że sam go odwiozę, na co ostatecznie przystał. Podparty o mój bark, ciężko przy tym dysząc, dotarł do nieoznakowanego radiowozu, który należał do Kostrzewskiego. I właśnie wtedy uświadomiłem sobie, że nie mam kluczyków do tego auta. Bałem się go zostawiać samego choćby na chwilę, ale głupotą byłoby przebyć z nim tą samą drogę, a na koniec raz jeszcze skonfrontować go z Andrzejem, który z całą pewnością miał kluczyki do auta. Zaryzykowałem i poprosiłem go żeby poczekał chwilę obok samochodu, a sam szybko pobiegłem do kancelarii.

Biegnąć po schodach miałem świadomość, że odwiezienie Mielcara do domu może być dla mnie jedyną szansą, by poznać niesamowicie istotne szczegóły w tej sprawie. Kostrzewskiego w ostatnich dniach bardzo polubiłem, ale jego reakcje były zbyt emocjonalne, by dokończyć rozmowę z prawnikiem, a może nawet, by prowadzić dalej to śledztwo.

10. Każdego można złamać

Niestety z rozmowy z Milcarem były nici, ponieważ przez całą drogę spał. A ja zamiast dowiedzieć się istotnych szczegółów w śledztwie, zastanawiałem się, czy na pewno aby drzemie, czy może udaje albo co najgorsze znowu zemdlał. Koniec końców postanowiłem pojechać z Mielcarem na pogotowie, gdzie został dokładnie przebadany. Lekarz na pogotowiu zapytał, kto mu to zrobił i czy ma wezwać policję… Prawnik odmówił nie tylko składania zawiadomienia na policji, ale także zostania w szpitalu na obserwację, co sugerował medyk. Sam nie protestowałem, że powinien zostać, ponieważ mówiąc szczerze nadal łudziłem się o rozmowę, a druga sprawa, że na jego miejscu postąpiłem identycznie. I to wcale nie tak dawno, bo około dwóch tygodni temu, gdy pierwszy raz wszedłem do przeklętej chatki. W takich momentach człowiek zawsze sobie uświadamia, jak ten czas szybko leci. Ale to akurat nie wyjątek, ponieważ zawsze tak mam w sprawach, które szczególnie mnie angażują.

Odwiozłem Mielcara do domu, który ewidentnie nie miał ochoty na rozmowę w trakcie drogi. Zaproponował jednak, żebym rano go odwiedził, na co oczywiście przystałem. Wróciłem po Andrzeja, który siedział w knajpce nieopodal kancelarii na ogródku w zakrwawionej koszuli. O dziwo został obsłużony, ponieważ sączył piwo, którym popijał pięćdziesiątkę wódki.

AK: Pewnie myślisz, że nie nadaję się do tej roboty i powinienem zostawić to śledztwo. I wiesz co? Masz kurwa rację. 

Odparłem ze spokojem w głosie: Wcale tak nie myślę.

AK: A co myślisz?

AS: Wydaje mi się, że sprawa jest dla ciebie mocno osobista, co się przecież zdarza. Twoja reakcja była zupełnie naturalna, zresztą Mielcar prowokował cię od samego początku. Chciałbym jednak dowiedzieć się kim był Władek, który jest podobno twoim wujkiem?

AK: Bratem mojego ojca i komendantem Głównej w Warszawie w latach 1990-2008. Został zamordowany osiem lat temu na Mazurach, gdzie spędzał większość czasu odkąd udał się na emeryturę. Nie wiadomo kto go zabił, ale wiele wskazuje na Świstaka, który należał do Grupy Wołomińskiej.

AS: Brałeś udział w tym śledztwie?

AK: Chciałem, ale stary mnie odsunął. Władek był dla mnie kimś więcej, niż wujkiem. Był dla mnie jak ojciec, dla którego tak naprawdę nigdy się nie liczyłem. To on nauczył mnie jeździć na rowerze, pływać, grał ze mną w piłkę. Wiesz, robił ze mną wszystkie te pierdoły, które robi ojciec z synem.

AS: Przepraszam, że pytam stary, ale Mielcar wspomniał o Wołominie.

AK: Kurwa, Andrzej… Wiem co wspomniał, cały czas o tym teraz myślę. W trakcie śledztwa na Mazurach trafili na poszlaki, że mógł z nimi działać w latach 90. ale jakoś nie chciałem w to uwierzyć.

AS: Inne czasy były, każdego byli w stanie złamać.

AK: Władek nie był każdym. Naprawdę wierzyłem, że to był policjant nieskazitelny. Wiesz, taki z amerykańskich filmów, bohater! To właśnie dzięki niemu zostałem gliną,

AS: Może właśnie taki był. Mielcar może gra w coś z nami i kłamie. Tak jak mówiłem od początku chciał cię sprowokować. 

AK: A w co on z nami może grać i po co? Jego synowie już nie żyją, wszystko mu jedno. 

Tego jeszcze nie wiedziałem, ale miałem nadzieję, że jutro rano Mielcar rozjaśni mi sytuację. Powiem szczerze, że wiele obiecywałem sobie po tym spotkaniu. Oczywiście nie nastawiałem się na to, że stary prawnik o wszystkim mi jutro powie. Liczyłem jednak na przełom. Tym bardziej że Złotówa zadzwonił, iż również stawi się rano w domu prawnika. Nie wiem czemu, ale widziałem w nim przyjaciela. Osobę, która jest mi przychylna i kibicuje, bym rozwiązał zdecydowanie najważniejszą sprawę w moim życiu. I nie chodziło tutaj o to, że dzięki temu moja kariera nabierze tempa. Po prostu chciałem wiedzieć kto zabił moich przyjaciół. Nadal wierzyłem również w to, że dwóch  nich odnajdę żywych.

Nie dałem się skusić Andrzejowi na wódkę i piwo w knajpie, ponieważ chciałem wrócić samochodem do hotelu, by rano udać się nim do Mielcara na śniadanie. Zaproponowałem w zamian, że odświeżymy się w pokojach – zwłaszcza Andrzejowi było to potrzebne, ponieważ krew nie wyparowała z koszuli – a następnie zejdziemy do hotelowego baru i tam się napijemy. Posiedzieliśmy do 02:00 w nocy i lekko wstawiony po wypiciu 0,7 czystej wódki oraz dwóch piwach udałem się spać.

Obudziłem się przed budzikiem w okolicach 08:00, na spotkanie z Mielcarem i Złotówą byłem umówiony na 10:00, miałem więc jeszcze trochę czasu, by przygotować się do rozmowy. Poszperałem o sprawie mordu na emerytowanym komendancie na Mazurach sprzed ośmiu lat. W sieci było niewiele, ale dostałem sporo materiałów od mojego pracownika z biura, który czynił cuda, jeśli chodzi o wyszukiwanie informacji. Przekaz był jasny – sprawa morderstwa Władysława Zientary była zatuszowana przez samą policję, ponieważ otworzyłaby się szafa z trupami.

11. rozdział – Spisek

Pod domem Mielcara byłem około 20 minut przed czasem. Nie nudziłem się jednak, ponieważ posiadłość prawnika znajdowała się w lesie na obrzeżach miasta. Postanowiłem więc przejść się na spacer, na którym zapaliłem papierosa. Niestety po raz kolejny już w życiu nałóg okazał się silniejszy ode mnie.

Nie minęła chwila, a zobaczyłem, że nie tylko ja się pospieszyłem, ponieważ Złotówa także spacerował po lesie. W odróżnieniu ode mnie jednak miał w buzi źdźbło trawy, a nie śmierdzącego niebieskiego LM-a. Gdy mnie zobaczył, szeroko się uśmiechnął i pokiwał ręką. Może to nieco naiwne z mojej strony, ale wówczas poczułem, że ten gość naprawdę darzy mnie sympatią i chce mi pomóc. I co ciekawe sam także go polubiłem, szczerze mówiąc nawet zapomniałem o jego niezbyt ciekawej przeszłości. Wiecie, w mojej głowie zaszedł podobny proces myślowy do tego, gdy oglądasz film lub czytasz książkę i nie wiedząc czemu kibicujesz czarnemu charakterowi.

Witold Biernacki (Złotówa): – Widzę, że bohater narodowy także postanowił zaczerpnąć świeżego powietrza. Szkoda tylko, że mieszasz to z tym ohydztwem. 

Możecie mi wierzyć lub nie, ale właśnie takiego sztampowego przywitania się spodziewałem. Nie wiem czy to wada, czy zaleta – raczej to pierwsze – ale mam w sobie coś takiego, że zawsze zanim ktoś zagada, staram się przewidzieć jego słowa. W takich przypadkach, po kilkudziesięciu latach studiowania tej metody, niemal zawsze trafiam. Rzadko kto potrafi mnie zaskoczyć.

AS: Pewnie zaraz powiesz, że nigdy papierosa nie miałeś w ustach?

WB: Niestety miałem, paliłem 15 lat i pewnie przyczyniło się to trochę do nowotworu, na który za kilka miesięcy umrę. 

AS: Brzmisz jakbyś pogodził się ze śmiercią?

WB: Pogodziłem się z córką. Także masz rację, mogę spokojnie umrzeć. 

AS: Mi brakuje spokoju, ponieważ męczy mnie jedna sprawa. 

WB: Czasami lepiej nie znać prawdy. 

AS: Teraz już musisz mi powiedzieć, co wiesz.

WB: Szczerze mówiąc miałem ci nie mówić, ale naprawdę polubiłem cię w ostatnich dniach. Widać od razu, że jesteś dobrym człowiekiem. Nie wiem tylko czy nie za dobrym, by poznać prawdę.

AS: Na litość boską, chodzi o moich przyjaciół, czy możesz nie bawić się w Ibisza, który ogłasza werdykt w „Tańcu z Gwiazdami”?

WB: Chodźmy do Leona. 

Dom podstarzałego prawnika był piękny. Już przekraczając próg można było zauważyć, że osoba, która go urządzała, czy projektowała miała niebywały styl i klasę. Z uwagi na fakt, że moja żona trochę w tym siedziała, bez problemu byłem w stanie stwierdzić, że dom jest zrobiony w stylu art deco, który popularny stał się w dwudziestoleciu międzywojennym. Przede wszystkim dominowały piękne antyki, które były tak fantastycznie wplecione w nowoczesne elementy, że trudno przypuszczać, by dom Mielcara urządzał amator. Z całą pewnością moja żona określiłaby go trzema przymiotnikami: elegancki, perfekcyjny i dopracowany.

Leon Mielcar: Widzę, że spodobało się panu mój dom?

Tym razem nie zdążyłem pomyśleć od jakich słów Mielcar zacznie rozmowę, co trochę zbiło mnie z tropu: – Taak, naprawdę jest niesamowicie piękny. Sam pan go urządzał?

LM: Nic z tych rzeczy. To dzieło mojej żony.

AS: Proszę jej pogratulować. 

LM: Sam pan może to zrobić. Dwa kilometry stąd jest cmentarz, na którym leży. 

Nienawidzę takich momentów, ponieważ nigdy nie wiem co powiedzieć. „Nie wiedziałem, przykro mi” jest dla mnie zbyt sztampowe. Na szczęście w pokoju był Złotówa, który bardzo szybko ocieplił atmosferę, mówiąc że Jadwiga Mielcar była niesamowicie piękną i utalentowaną architektką. I że na pewno, by mnie bardzo polubiła, na co prawnik już z uśmiechem odpadł: – Ona lubiła wszystkich blondynów.

W tym momencie poczułem, że muszę przejść do rzeczy i zapytać wprost: – Dowiem się wreszcie, co łączyło Zycha, Kapustę i pana synów?

LM: Moi chłopcy myśleli, że przyjaźń, ale bardzo się pomylili. Na Bali zamiast przyjaciół spotkali bowiem dwóch morderców. 

O mało się nie przewróciłem, gdy to usłyszałem: Że co proszę?

WB: Tak Andrzeju, nie szukasz przyjaciół, a morderców. I spokojnie, wiem że nam nie wierzysz, ale zaraz ci wszystko udowodnimy. Oczywiście pod jednym warunkiem, że nikomu o tym nie powiesz. Zwłaszcza Kostrzewskiemu. 

12. Wiara w Przyjaźń 

Nie zamierzałem składać deklaracji, że nie powiem o całej sprawie Kostrzewskiemu, ponieważ to absurd. W końcu to on prowadził sprawę, a ja byłem tylko jego pomocnikiem. Dzięki niemu miałem dostęp do wszystkich policyjnych informacji, środki i możliwości, o których sam mógłbym tylko pomarzyć. Przemilczałem temat i zdecydowanie oznajmiłem, żeby wreszcie powiedzieli co wiedzą: – Dobra Panowie, już bez owijania w bawełnę, mówcie co wiecie i pokażcie dowody, które to potwierdzą. 

WB: – Za trzy dni lecimy do Wietnamu, ponieważ tam ukrywają się Zych i Kapusta, jeśli masz ochotę możesz jechać z nami, ale z góry ci powiem, że my jedziemy tam w konkretnym celu. 

Zabrzmiało to tak jakby jechali tam wymierzyć wyrok, co jeszcze bardziej wprawiło mnie w zakłopotanie, ale nie chciałem tego pokazywać. Zapytałem ze spokojem w głosie: – Czyli wiecie, gdzie konkretnie się znajdują?

LM: Pewnie, dużo za to zapłaciłem, by wiedzieć, gdzie znajdują się zabójcy moich synów i twoich kolegów. 

AS: Skąd macie pewność, że Zych i Kapusta stoją za tym wszystkim? 

WB: Mamy nagrania ich rozmów z ostatniego półrocza.

Gdy Złotówa to oznajmił, nie zdążyłem zapytać, czy będę mógł je przesłuchać, a już Mielcar wręczył mi zieloną płytkę. Dodał tylko, że tutaj jest wszystko, a po przesłuchaniu nagrań zrozumiem, jak bardzo się myliłem.

Płytę włożyłem do kieszeni marynarki i oznajmiłem, że wieczorem się odezwę. Żaden z nich mnie nie zatrzymywał i już nie przekonywał do swoich racji… Kiwnęli tylko głowami i powiedzieli, że czekają na telefon. Pożegnałem się poprzez podanie ręki każdemu z nich i szybkim krokiem ruszyłem do samochodu. Udałem się do hotelu, gdzie czekał na mnie Kostrzewski.

Wchodzą do hotelu, poprosiłem panią z baru o dwie duże kawy, które sam zabrałem na górę. Niespecjalnie tłumaczyłem Kostrzewskiemu, co podobno jest na płycie. Po prostu włożyłem ją do laptopa i zaczęliśmy włączać po kolei wszystkie pliki. Były tam głównie rozmowy pomiędzy Zychem, a Kapustą, ale także sporo pomiędzy Zychem, a niejakimi Gruchą i Awganem, który mówił po angielsku, ale z akcentu było czuć, że jest Latynosem.

W dużym skrócie ze wszystkich rozmów wynikało, że Zych i Kapusta długo planowali morderstwo Cichockiego, Mostowiaka i Korzucha, którzy całkiem przypadkiem w trakcie wspólnych wakacji dowiedzieli się o malwersacjach i ustawianiu meczów. Kasę na cały biznes dawał Awgan, którego pośrednikiem w Polsce był właśnie Grucha. Niestety ku mojemu ogromnego rozczarowaniu chłopaki przyznali się do morderstwa braci Mielcarów. Nie tylko ja jednak byłem zszokowany i przybity tymi nagraniami, ponieważ z jednej rozmowy wynikało, że wujek Kostrzewskiego, Władysław Zientara przez lata chronił mafię, która nie tylko ustawiała mecze, ale także była odpowiedzialna m.in. za porwanie Mielcarów przed laty, handel bronią, czy ludźmi.

Po wysłuchaniu nagrań przez długi czas nie odzywaliśmy się do siebie z Andrzejem i gdyby ktoś wszedł do pokoju, zapewne pomyślałbym, że jesteśmy braćmi i właśnie dowiedzieliśmy się o śmierci bliskiej nam osoby. I poniekąd tak było, ponieważ dla mnie w pierwszym momencie „umarli” dwaj przyjaciele, a dla Andrzeja wujek, który był dla niego jak ojciec. Gdy jednak upłynęło trochę czasu i wszystko sobie poukładałem w głowie, zacząłem raz jeszcze słuchać nagrań i już do końca nie wiedziałem, czy aby na pewno nikt chłopaków nie przymusił do tego. Druga myśl była taka, że nagrania mogą być sfabrykowane. Wówczas zapytałem Kostrzewskiego z pewną dozą nadziei, czy dajemy płytkę do techników, gdyż ktoś mógł przy tym grzebać. Ten odparł niezbyt entuzjastycznym tonem: – Nie wiem, czy możemy.

Odparłem zdumiony: – Czemu?

AK: Bo jak pokażemy nagrania techniką, to sprawa już pójdzie do góry. I wówczas możemy zapomnieć o wyjeździe z Biernackim i Mielcarem do Wietnamu, a przecież sam powiedziałeś, że wiedzą gdzie ukrywają się Zych i Kapusta.

AS: To co robimy, masz jakiś pomysł?

AK: Zadzwonię do kumpla, który był technikiem policyjnym przez wiele lat, a teraz jest już na emeryturze i jedyne czym się zajmuje to łowienie ryb i zbieranie grzybów. Ale to potrwa, zadzwoń do Mielcara i Złotówy, że jutro im powiesz, czy lecisz z nimi. O mnie nic jeszcze nie mów, bo sam wiesz jaką darzą mnie sympatią. 

Tak zrobiłem, zadzwoniłem do Biernackiego, który jak już wspomniałem, chyba mnie polubił. Zapytał mnie oczywiście, czy przejrzałem już na oczy, ale niespecjalnie chciałem na to pytanie odpowiadać. Odparłem tylko lakonicznie, że muszę to sobie wszystko przemyśleć na spokojnie, przespać się z tym i jeszcze kilka razy przesłuchać nagrań, a wówczas zdecyduję, czy z nimi polecę.

I tak faktycznie było, ponieważ całą noc przesiedziałem z słuchawkami na uszach i notatnikiem w ręku. Podobnie działał Kostrzewski, z którym co jakiś czas wymieniałem się uwagami. Dobra informacja była też taka, że kumpel Andrzeja obiecał, że także zarwie nockę i postara się dać nam odpowiedź do jutra do 16:00. Choć zaznaczył, że lepiej by było, gdyby dostał nagrania na nośniku, a nie przesłane pocztą elektroniczną, ale to akurat było niemożliwe, ponieważ my byliśmy w Krakowie, a on rybki łowił na Mazurach.

Kostrzewski z tego co widziałem zasnął przed 06:00 rano, a ja chwilę później. Obaj wstaliśmy około 11:00, zjedliśmy szybkie śniadanie i wróciliśmy do odsłuchiwania nagrań. Obu nam coś w nich nie pasowało, ponieważ gdy Zych i Kapusta mówili o tym, że zabili Mielcarów, powtarzali to kilka razy. Kto normalny przez telefon mówi o zbrodniach w tak oczywisty sposób. Wyglądało to tak jakby mieli pistolet przy skroni i ktoś ich zmusił do tego, by tak mówili.

Kolega Andrzeja zadzwonił chwilę po 16:00 i potwierdził w zasadzie nasze przypuszczenia. Oznajmił, że od strony technicznej raczej nie ma się do czego przyczepić, ale dodał, że Zych i Kapusta prawdopodobnie byli przez kogoś sterowani. Jego zdaniem nikt nie jest tak głupi, by tyle razy mówić w rozmowach telefonicznych o popełnieniu tylu przestępstw. Do tego tak poważnych.

Postanowiliśmy z Andrzejem, że wieczorem podjedziemy do Mielcara i Biernackiego, by oznajmić im, że lecimy z nimi do Wietnamu. Nie chcieliśmy jednak zdradzać, co wiemy z nagrań. Mieliśmy bowiem pewność, że bez nich nigdy nie odnajdziemy Zycha i Kapusty.

13. Przygotowania 

Zgodnie z planem wieczorem pojawiliśmy się w domu Mielcara, u którego na kolacji był oczywiście Złotówa. Niespecjalnie nas to zdziwiło, tak jak ich nasz wspólny przyjazd. Bez zbędnej kurtuazji dosiedliśmy się do stołu i oznajmiliśmy, że lecimy z nimi do Wietnamu. Andrzej dodał przy tym, że nie ma mowy, by nie leciał. I co mnie nawet zaskoczyło, zaproponował rozejm do czasu rozwiązania sprawy. Niestety stary prawnik, jak zwykle musiał dorzucić swoje trzy grosze: – Czyli przejrzał pan jednak na oczy i już nie jest pewny, że wuja Władysław był tak nieskazitelny? 

Chciałem szybko wtrącić, że to już nie czas na kłótnie, ale uprzedził mnie Złotówa: – Leon przestań, przecież widzisz, że pan komisarz przyszedł tutaj z zupełnie innym nastawieniem, niż dotychczas. Na pewno przesłuchanie taśm nim wstrząsnęło, ponieważ traktował wuja jak ojca. Nie rozdrapujmy już starych ran, a skupmy się na wspólnym celu.

AK: Przecież dobrze pan wie, że w tamtych czasach nic nie było czarne albo białe. Praca w policji czy na prokuratorze nie była tak bezpieczna, jak jest teraz. Oczywiście nie usprawiedliwia to nikogo kto dał się skorumpować, a tym samym odebrał życie wielu niewinnym ludziom. Tego jednak mojemu wujowi nikt jeszcze nie udowodnił, więc prosiłbym o ważenie słów.

LM: Przesłuchałeś taśmy?

AK: Przesłuchałem wielokrotnie. I co z nich niby wynika? Zych i Kapusta w kółko powtarzają przestraszonym głosem, że zaciukali Cichockiego, Mostowiaka i Korzucha. Z drugiej strony Zych gada z Gruchą albo tym meksykaninem o ustawionych meczach, przemytach w latach 90. i na początku XXI wieku. Dwa razy pada nazwisko mojego wujka, że niby tym sterował. Ale kurwa, przecież to przypuszczenia trzech gangsterów. Logicznym jest, że znali jego nazwisko, bo przecież był komendantem Głównej. 

LM: Nadal myślisz, że on jest niewinny? Poza tym mówią też, że zabili moich synów – nie zapominaj o tym!

AK: Wyobraź sobie, że od jego śmierci cały czas myślę, czy był tym za kogo go miałem przez lata. Od kilku dni jeszcze bardziej intensywnie. Nic nie wiem, zawalił mi się świat, a ty chcesz żebym składał ci teraz jakieś deklaracje? 

LM: Chcę tylko żebyś przejrzał na oczy i na głos powiedział prawdę?

AK: Chcesz, żebym powiedział to co chcesz usłyszeć, ale tego nie zrobię dopóki nie będę pewny, że wujek był złym człowiekiem i oszukiwał mnie przez całe życie. 

Złotówa chcąc rozładować atmosferę sprytnie zmienił temat i zapytał z ciekawością, czy Mielcar i Kostrzewski mówią do siebie po imieniu, czy na pan, bo faktycznie raz byli na ty, a innym razem na pan… Nikt na to nie odpowiedział, a ja musiałem siłą powstrzymać uśmiech. Biernacki jak to Biernacki parsknął śmiechem na swój żart i powiedział, by się wreszcie zdecydowali. Następnie zaproponował żebyśmy przyłączyli się do kolacji, by omówić szczegóły wyjazdu, który miał mieć miejsce w czwartek za trzy dni. Początkowo chciałem odmówić ze względu na Andrzeja, ponieważ miałem przeczucie graniczące z pewnością, że jeśli przesadzi z alkoholem, zamiast wyjazdu będzie kilka trupów w tym domu. On sam jednak odparł, że bardzo chętnie zjemy z nimi i ustalimy szczegóły.

Mielcar poszedł po dwa dodatkowe talerze, a Biernacki polecił nam tatar ze śledzia. Powiem szczerze, że jestem fanem wołowego, ale ten był naprawdę smaczny. Oczywiście padły słynne słowa o rybce, która lubi pływać i zaczęliśmy spożywać ciepłą wódkę. Byłem w lekkim szoku, że nie jest przynajmniej z lodówki, ale Mielcar widząc moje skrzywienie bardzo szybko wyjaśnił mi, że naprawdę dobrą wódkę, a ta podobno taka była, spożywa się ciepłą. Była w tym pewna logika, bo przecież wszystkie zmrożone smakują tak samo lub podobnie.

Prawnik powiedział nam, że wylatujemy o 10:00 rano w czwartek, a na miejscu w Hanoi będziemy po dziewięciu godzinach lotu. Na szczęście nie mieliśmy mieć żadnej przesiadki po drodze w Pekinie, czy Dubaju, jak to zwykle bywa w przypadku takich lotów. Nie było to jednak dziwne, ponieważ Złotówa załatwił nam tak jakby prywatny samolot. Co prawda nie mieliśmy lecieć sami, a z jakimiś informatykami, którzy pracują w Samsungu w Berlinie. Podobno nie mieli stanowić żadnego problemu, a załoga samolotu miała wiedzieć, że wniesiemy na jego podkład broń, podsłuchy i inny sprzęt. Na lotnisku w Hanoi też miała być osoba, która odpowiednio poprowadzi nas przez bramki. Wiz jako takich nie musieliśmy mieć, ponieważ takowe na trzydziestodniowy pobyt w Wietnamie można załatwić przez Internet za kilka dolarów.

Przy stole siedzieliśmy do późnych godzin nocnych. Muszę przyznać, że cała czwórka miała mocną głowę do picia, ponieważ opróżniliśmy osiem półlitrowych butelek wódki. Najbardziej pijany z nas wszystkich byłem chyba ja, ale co najważniejsze obyło się bez żadnych ekscesów. Potrafiliśmy normalnie rozmawiać, przez moment pogadaliśmy nawet o piłce, co przerwał Złotówa, który zakomunikował, żeby wrócić do sprawy, gdyż zaraz się zaprzyjaźnimy. Nie powiem, byłem zdziwiony takim obrotem spraw, ale to dobrze. W końcu za kilka dni mieliśmy polecieć do Wietnamu, w którym planowaliśmy spędzić razem około miesiąca.

Byłem podekscytowany sprawą, że wreszcie nabrała rozpędu, ale Ania zaczynała tracić cierpliwość. W końcu w domu nie było mnie już od ponad miesiąca. Dlatego nazajutrz rano postanowiłem przed wylotem pojechać do domu chociaż na dwa dni. Wiedziałem, że gdybym powiedział żonie o wylocie do Wietnamu przez telefon, mogłaby mi tego nigdy nie wybaczyć.

14. rozdział – Nowe okoliczności

W poniedziałek około 12:00 przyjechałem do domu. Droga z Krakowa do Gdańska była wyjątkowo spokojna, więc nawet za bardzo się nie zmęczyłem. Dziewczynom nic nie mówiłem, że przyjeżdżam, ponieważ chciałem im zrobić niespodziankę. I to był błąd, ponieważ nie zastałem ich w domu. Niewielki jednak, gdyż zadzwoniłem do Ani i okazało się, że są z moją Zuzią w Gdyni na rowerach. Nie zdradziłem się, iż jestem w Gdańsku i ruszyłem w drogę na naszą ulubioną trasę. Odnalezienie dziewczyn zajęło mi około 45 minut. Warto było trzymać przyjazd w tajemnicy, ponieważ ich zaskoczenie i radość były tak wielkie, jak chyba nigdy. Niesamowita sprawa. Tyle razy człowiek wracał z długich zgrupowań, delegacji już w związku z nowym fachem, lecz tym razem to nasze spotkanie po nieco ponad miesiącu było wyjątkowe.

Po chwili radość, Zuzia zapytała, czy wróciłem już na stałe, co starałem się zbyć. Wówczas zobaczyłem jednak, że radość na twarzy Ani zamienia się w rozczarowanie. Poprosiłem córkę, żeby przyniosła nam nasze ulubione lody – kokosowy, słony karmel i mascarpone z malinami. Chętnie to uczyniła, ale poprosiła również byśmy się nie kłócili. Uśmiechnąłem się do niej i odparłem, że rodzice nie kłócą się prawie nigdy. Gdy Zuza się oddaliła odpowiedziałem Ani o sprawie tyle co mogłem, w sumie nawet więcej niż powinienem. Wyjaśniłem dlaczego lecimy do Wietnamu i zapewniłem, że po powrocie wszystko już będzie jasne, a nasze życie wróci do normalności. Nie była tym zbyt przesadnie usatysfakcjonowała, ale obiecałem jej również, że to na pewno moja ostatnia sprawa. Inaczej mówiąc zapewniłem ją, że po powrocie z Wietnamu przechodzę na emeryturę.

W domu spędziłem naprawdę fantastyczne chwile. Cieszę się, że mam tak mądrą żonę, ponieważ ustaliliśmy, że nie przez te kilka dni nie będziemy rozmawiać o sprawie i moim wyjeździe do Wietnamu. Trzymaliśmy się tego do środy wieczora, którego pożegnałem się również z córką. Ania natomiast powiedziała mi piękne słowa: – Pamiętaj, żebyś w Wietnamie był skupiony na sprawie, uważaj na siebie i myśl tam tylko o sobie. Moja złość i rozczarowania nie mają dla ciebie wówczas istnieć. Nie mogę się doczekać aż wrócisz, czekamy na ciebie w domu kochany. 

Nie wzruszam się zbyt często, ale zdarza mi się to co jakiś czas. Nawet na filmach potrafię uronić łzę, i tak było także tym razem. Jednak to nie film, a życie, które tylko wygląda jak amerykański kryminał.

Do Warszawy, bo stamtąd mieliśmy wylot, wyjechałem przed północą, na miejsce dojechałem około godziny 05:00. Udałem się do apartamentu, który zarezerwował nam Kostrzewski. Andrzej był na nogach, ponieważ przed chwilą wstał, co oceniłem po jego odzieniu i zaspanych oczach. Zapytałem od kiedy tutaj jest, oznajmił, że od poniedziałku. Jakoś niespecjalnie miałem ochotę dopytywać czemu nie wrócił do bliskich na te kilka dni, a on z całą pewnością też nie chciałby odpowiadać na to pytanie. Zaparzyłem kawę, którą wypiliśmy na tarasie, paląc przy tym papierosa i rozmawiając o sprawie.

AK: Jak spędzałeś czas z żoną i córką, czego ci zazdroszczę, siedziałem tutaj i wałkowałem nagrania. Odkryłem jedną rzecz, która moim zdaniem może mieć związek ze sprawą. Wydaje mi się, że możemy znać Gruchę, z którym gadał Zych. Przecież ten gość zaciąga zupełnie tak samo, jak były właściciel i prezes Zawiszy Bydgoszcz. Może to całe jego odcięcie się od futbolu, to była tylko przykrywka?

Zamiast odpowiedzieć na pytanie, poprosiłem Andrzeja, żeby raz jeszcze włączył fragmenty nagrań, w których rzekomo słychać Mariana Karcjucha, byłego prezesa bydgoskiego klubu, a wcześniej także agenta piłkarskiego. Wsłuchałem się mocno, ale miałem pewne wątpliwości. Faktycznie głos i sposób mówienia był podobny, ale nie było charakterystycznego „łeee”. Nie wydawało mi sie również, by Karcjuch zajmował się brudną robotą. Bo umówmy się, nigdy nie był kryminalistą. Miał opinię nie bandziora, a gościa, który nie potrafi opanować emocji i może małego krętacza. Stąd podszedłem do tej nowiny dość sceptycznie: – Andrzej, może jakieś podobieństwo jest, ale przecież gdyby to był on, Złotówa na pewno by go poznał. 

AK: No a jaką masz pewność, że nie poznał, tylko nam o tym nie powiedział?

AS: Jasne, ale nie pasuje tutaj jeszcze kilka kwestii. Głos jest faktycznie podobny, ale nie dałbym ręki, że to on. Druga sprawa, Karcjuch to jednak typ człowieka, który rządzi, a nie jest pośrednikiem latynoskiego gangstera. 

AK: A mi się wydaje, że Karcjuch był cwaniakiem i jakoś nie zdziwiłbym się, gdyby w tej Valencii, czy gdzie on tam podobno siedzi, zabrał się za taką robotę. 

AS: Okej, przyjmijmy, że to faktycznie Karcjuch, jak to sprawdzimy i co to nam pomoże w sprawie?

AK: Wielu opcji nie mamy, ale nie zaszkodzi w samolocie zapytać o to Złotówę. Najlepiej nie wprost, a podejść go jakoś. Wymyśl coś, w końcu to ciebie traktuje jak niemal przyjaciela.

Andrzej oczywiście musiał zakończyć rozmowę w swoim stylu z przekąsem, ale mówiąc szczerze lubiłem w nim to coraz bardziej. Gdy przyjechaliśmy na lotnisko, goście z Samsunga byli już po odprawie w samolocie, a my wraz ze Złotówą i Mielcarem wsiedliśmy na końcu. Właściwie bez żadnej odprawy, co mimo wszystko było dla mnie dość dziwne, ale dla całej reszty – sądząc po minach – niekoniecznie.

W samolocie każdy z nas usiadł sam, ponieważ siedzieliśmy w pierwszej klasie, ale byłem dość blisko Złotówy. Gdy chciałem go podejść i zapytać o Karcjucha, wyczuł sprawę i bez owijania w bawełnę oznajmił, że zajęło nam to dużo czasu, by sobie to uświadomić. Grucha, to faktycznie był Marian Karcjuch!

15. rozdział – Podstępny Marian

Trochę czasu zajęło mi przetrawienie, że Grucha z nagrań to Marian Karcjuch. Nie chciałem od razu mówić o tym Kostrzewskiemu, ponieważ żywiołowa dyskusja tuż po starcie była nam najmniej potrzebna. Cały czas jednak zastanawiałem się jak do tego doszło, że Karcjuch wszedł w ciemne interesy z jakimiś gośćmi z Meksyku. I to wcale nie na emeryturze, ale dużo, dużo wcześniej, jak jeszcze aktywnie działał w piłce.

Z nagranych rozmów wynikało, że Zych i Kapusta długo planowali morderstwo Cichockiego, Mostowiaka i Korzucha, którzy całkiem przypadkiem w trakcie wspólnych wakacji dowiedzieli się o malwersacjach i ustawianiu meczów. Kasę na cały biznes dawał Awgan, którego pośrednikiem w Polsce był właśnie Grucha. Im dłużej sobie to powtarzałem w głowie, tym bardziej coś mi tutaj nie pasowało. Jeszcze jestem w stanie uwierzyć, że Karcjuch, czyli niejaki Grucha ustawiał mecze, bo w sumie kto tego nie robił w tamtych latach? Ale cholera jasna, czemu sterował tym jakiś mafiozo z Meksyku? Skąd on tutaj się w ogóle wziął? Na te pytania nie znałem odpowiedzi i im dłużej sobie je zadawałem, coś mi w tym wszystkim nie pasowało.

Gdy Kostrzewski dowiedział się ode mnie, że miał rację co do Gruchy, nie ukrywał zadowolenia z siebie. W sumie słusznie, ponieważ sam w życiu bym na to nie wpadł. Inna sprawa, że Andrzej również nie wiedział za bardzo, jak to wszystko połączyć w całość. Wymyślił jednak na „genialny pomysł” i zawołał Złotówę, by ten nam to wszystko wyjaśnił. Co ciekawe okazało się, że mimo wszystko był to nie tylko najprostszy sposób, ale też chyba najłatwiejszy, by rozszyfrować zagadkę.

Witold Biernacki (Złotówa): Ach, domyślam się, że nie możecie dojść do tego, co w tym całym przekręcie robią Awgan i Karcjuch?

AK: Brawo Sherlocku.

WB: I nasz bohater narodowy też jest w ciężkim szoku?

AS: Chcesz powiedzieć przez to, że Karcjuch i jakaś mafia z Meksyku ustawiała mecze w Polsce, a Fryzjer był słupem albo marionetką?

WB: Był takim Lechem Wałęsą.

AS: Poważnie?

WB: Andrzeju kochany, naprawdę wydajesz mi się porządnym człowiekiem, od razu cię polubiłem, ale serio byłeś aż tak naiwny?

AS: Dobrze wiesz, że nigdy nie brałem w tym udziału. W sumie to na szczęście, bo nie wiem co bym zrobił, gdybym znalazł się nieodpowiedniej szatni w wieku 18 lat. Wielu chłopakom łamali kręgosłupy i musieli brać kasę i siedzieć cicho. Przecież dobrze wiesz jak to wyglądało.

WB: Nie mówię przecież, że coś brałeś. Mówię o tym, że siedziałeś w tym środowisku tyle lat i nie dowiedziałeś się nigdy, że Fryzjer był marionetką?

AS: Wiesz co? Naprawdę jestem w szoku i wydaje mi się wręcz, że coś kręcisz.

WB: Tutaj akurat masz rację, ponieważ nie powiedziałem jeszcze wszystkiego. Lata 90 i początek XXI wieku w polskim futbolu był jednym wielkim wałem. Odpowiadało za to trio, które składało się z Karcjucha, Awgana i mnie. Bez naszej wiedzy w polskiej piłce nie działo się dosłownie nic.

AK: Kim jest Awgan?

WB: Był niegdyś moim najlepszym przyjacielem. Awgan tak naprawdę nazywa się Marcus Almando. Urodził się w Poznaniu, jego ojciec był Polakiem, a matka Meksykaną. Bardzo dobrze mówi po polsku i zna ważnych ludzi w Meksyku.

AK: Mieliście coś w rodzaju spółki?

WB: Można tak powiedzieć, ponieważ ekipa z Meksyku ze wszystkich ustawek dostawała 40%, a całą resztą dzieliliśmy na trzech.

AS: Do czasu aż Kracjuch zamarzył, żeby zostać agentem piłkarskim i prezesem klubu?

WB: W sumie mieliśmy takie same marzenia, a Awganowi nie bardzo się to podobało.

Po tej rozmowie miałem mętlik w głowie, ale wszystko zaczęło układać się w logiczną całość. Co prawda brakowało mi jeszcze kilku klocków, ale Złotówa więcej już nie chciał mówić.

Ciąg dalszy nastąpi…

Autor wzorował się na powieściach Tess Gerritsen i Simona Becketta.

***

Kto jest kim?

Słynna Piątka Zaginionych 

– Adam Cichocki (pseudonim Cichy)

– Marek Korzuch

– Maciej Mostowiak

– Bogdan Zych

– Jacek Kapusta

Myśliwi, którzy znaleźli ciała w leśniczówce

– Janusz Okoń (trener)

– Jan Kopara

Detektyw

Andrzej Sierniak – Główny bohater. Były piłkarz, który został po zakończeniu kariery detektywem.

Naczelny Inspektor 

Andrzej Kostrzewski – Dowodzi akcją.

Pozostali

Ania – Żona Andrzeja Sierniaka.

Zuzanna – Córka Andrzeja Sierniaka

Leon Mielcar – Prawnik. Ojciec braci, których ciała znaleziono w leśniczówce.

Jadwiga Mielcar – Żona Leona Mielcara.

Łukasz i Paweł Mielcarowie – Zaginieni bracia, których ciała znaleziono w leśniczówce.

Witold Biernacki (Złotówa) –  Były prezes Śląska Wrocław zamieszany w zaginięcie braci Mielcarów.

Laura Biernacka – Córka Złotówy.

Adam Zielak – Prawnik Złotówy.

Władysław Zientara – Były komendant policji Głównej w latach 1990-2008. Zamordowany na Mazurach w 2012 roku.

Marian Karcjuch (pseudonim Grucha) – Były właściciel Zawiszy Bydgoszcz i agent piłkarski. Pośrednik mafii na terenie Polski.

Marcus Almando (pseudonim Awgan) – Członek mafii o polsko-meksykańskich korzeniach

Komentarze

komentarzy