Mecz o Życie – Wszystkie Odcinki

Postanowiliśmy ruszyć z nowym cyklem z gatunku football fiction. Dość nietypowym, ponieważ czegoś takiego jeszcze nie było w polskich mediach sportowych. „Mecz o Życie”, bo tak nazywa się ta seria jest kryminałem, w którym głównymi bohaterami są osoby ze świata futbolu. By nie było jednak zbyt nudno, występują pod fikcyjnymi nazwiskami. Tym samym będziecie mieli dodatkową zabawę, by odgadnąć kim jest detektyw Sierniak, Janusz myśliwy, czy wiele innych postaci. Kolejne odcinki będziemy publikować, co jakiś czas. Intensywność zależy od tego, jak wam się spodoba ten pomysł.

– Na dole znajduje się ściągawka, w której szybko sprawdzicie imiona i nazwiska głównych bohaterów.

1. rozdział – Wisielcy 

Przy prawidłowo wykonanej egzekucji zgon następuje poprzez przerwanie rdzenia kręgowego w odcinku szyjnym. Im dłuższy sznur, tym lepiej – większa pewność śmierci. Źle dobrany wydłuża koniec żywota nieznacznie.

Na pozór to tylko prosta fizyka – siła bezwładności. Rdzeń kręgowy ulega zerwaniu pod wpływem siły, która wytwarza się w momencie raptownego zatrzymania ciała przez pętle.

Aby poprawnie – bezboleśnie – wykonać karę śmierci poprzez powieszenie kat miał za zadanie zmierzyć i zważyć skazańca. Dopiero wtedy mógł dobrać odpowiednią długość sznura. Śmierć przychodziła wówczas momentalnie. Gdy jednak sznur jest zbyt krótki, nie następuje przerwanie rdzenia kręgowego. Ofiara umiera poprzez uduszenie, ponieważ powietrze nie dopływa do płuc, co powoduje ból skazańca. Dopiero po kilku sekundach następuje utrata przytomności, po kilku minutach zgon – koniec.

***

Charakterystyczny zapach unosił się ze starej leśniczówki na skraju lasu, która sądząc po nienaruszonej trawie wokół drewnianego domku, dawno nie była przez nikogo odwiedzana. Na dachu więcej było mchu niż dachówek, co właściwie było niedookreślenia z oddali. Domek był ukryty między koronami dębowych drzew. Dopiero podchodząc bliżej można było zauważyć defekty opuszczonej przed laty leśniczówki. Dziury w ścianach, częściowo powybijane okna, blacha upozorowana na drzwi. Całość jednoznacznie stwierdzała brak ludzkiego życia w tym rejonie od bardzo długiego czasu. Dopiero po wydzieleniu pierwszej ścieżki, od wielu lat, w trawie osiągającej wzrost karła, można było dostrzec jedyną niepasującą rzecz w tej układance. Drzwi wykonane z zardzewiałej już blachy były zaryglowane nowiutką błyszczącą kłódką.

Tajemniczy, nieprzyjemny zapach ulatujący w promieniu kilkuset metrów od domku, skłonił dwóch zagubionych myśliwych do pójścia jego śladem i sprawdzenia, co jest przyczyną. Początkowo byli pewni, że to padlina.

– Daj spokój Janusz, nie chce mi się przeciskać przez te krzaki, żeby zobaczyć zdechłego dzika.

Janusz był starszym mężczyzna, którego czas nie oszczędził, o czym świadczyły liczne zmarszczki i zapadnięte poliki. Karnacji nie miał już żadnej, gdyż był czerwony, ale nie z natury. Buteleczka wódki schowana w przedniej kieszeni kamizelki na pewno nie była jego pierwszą, dziesiątą, czy setną. Musiał ich wypić znacznie więcej. Co potwierdzał dodatkowo jego zachrypnięty głos, który dodawał mu powagi i idealnie komponował się z resztą facjaty.

– Mówię ci, że to będzie jeleń, duży jeleń z wykurwistym porożem. Nie chcesz iść to zostań, ale nie myśl, że kasą podzielimy się wtedy na pół. Ni chuja misiek!

– Pal cię licho, to po małym i ruszamy w ten pierdolony busz.

W tam samym momencie pociągnęli haust wódki ze swoich butelek, które równocześnie wyrzucili w stronę domku, do którego mieli zamiar dotrzeć lada moment. Janusz radził sobie w chaszczach z dużo większą sprawnością niż Jan, który był od niego znacznie mniejszy, ale dużo lepiej zbudowany. Sylwetka sportowca na emeryturze, który lubi sobie jeszcze pobiegać i machnąć na siłowni żelastwem. Wcześniej brunet, który niebawem zamieni się w szaraczka. Twarz posępna o ciemnej karnacji. Nad okiem duża blizna, która dodawała mu więcej uroku niż szpetności.

Byli już w połowie drogi, a smród był wprost proporcjonalny do brzęczenia much. Z każdym krokiem było głośniej i bardziej cuchnąco. Gdy przebili się przez kilkunastometrowy gąszcz trawy, wyszli przed drzwiami chaty. Smród i cały rój owadów różnej maści oszołomił ich do tego stopnia, że zupełnie nie zwrócili uwagi na brak trawy przed drzwiami. Zupełnie tak jakby ktoś ją wcześniej wyrwał. Podobnie było z kłódką, która na pierwszy rzut oka nie pasowała do tej rudery. Janusz i Jan uznali to jednak za normalny stan rzeczy.

– Dobra, drzwi są zamknięte. Idź z tej strony Janek, a ja pójdę z drugiej. Jak zobaczysz co tam leży to krzycz, bo niespecjalnie chce mi się obchodzić tę budę.

Stary domek posiadał kilka dużych podwójnych okien, które rozmieszczone były symetrycznie. Dojście do nich nie było jednak prostą sprawą, gdyż tym razem nie tylko długa trawa zasłaniała do nich dostęp, ale i krzaki zmieszane z pokrzywami. Ponadto sprawy nie ułatwiały muchy, które wyczuły obecność spoconych intruzów.

– Janusz, ja to pierdolę! Jak tu nie będzie największego poroża w Europie to jesteśmy durniami dekady. Widzisz coś?

Zamiast odpowiedzi po minucie było słychać odgłos wymiotowania.

– Co jest Janusz, połknąłeś muchę?

Znowu to samo, powtórne wymioty.

-Ej stary, co tam się kurwa dzieje?

Odpowiedź nie nadeszła, ale nie musiała, ponieważ i drugi mężczyzna wreszcie dotarł do okna. Brzęczenie much było głośniejsze niż myśli, a odór z chaty stał się nie do zniesienia. Widok był równie przerażający, jak intensywność brzęczenia insektów i tajemniczego smrodu śmierci.

– Matko Boska, uciekajmy stąd, trzeba zadzwonić na policję.

***

Wracałem z Berlina do Gdańska po konsultacji w sprawie zamordowanego polityka i jedyne o czym marzyłem, to wziąć ciepły prysznic we własnej wannie, a później zasnąć jak niemowlak. Ale tylko na chwilę, ponieważ córka od ponad miesiąca próbowała opowiedzieć mi o kolejnym pasie, który zdobyła w karate. Ten fakt cały czas korcił mnie, żeby odmówić wywiadu, na który umawiałem się już od tygodni. Nie chciało mi się znowu odpowiadać na te same pytania o oryginalności mojego zawodu po karierze piłkarskiej. Inni zostają menadżerami albo trenerami, a ty zostałeś detektywem, dlaczego? Nudy, nudy i jeszcze raz nudy. Ile razy można odpowiadać na to samo pytanie. Kompletnie nie miałem pojęcia komu nadal chce się o tym czytać. Ale ten chłopak nalegał od kilku tygodni, a odmawiałem mu już, co najmniej kilka razy. Niestety, ale wiedziałem, że to już czas najwyższy na stracenie tej niezwykle cennej godziny, biorąc pod uwagę fakt, że moja córka i żona będą musiały poczekać nam mnie trochę dłużej.

Telefon zaczął wibrować tuż po wylądowaniu, ale do rozmowy było jeszcze 20 minut. Byłem pewny, że to ten dziennikarz. Zwłaszcza, gdy wyświetlił mi się prywatny numer. Dlatego nim coś powiedział, uprzedziłem go: – Dobry wieczór, jestem już na miejscu, ale potrzebuję kilkunastu minut, by się ogarnąć.

– Detektyw Andrzej Sierniak?

– Tak, ale…

Po tonie głosu od razu wyczułem, że chodzi o kolejne zlecenie. Chciałem powiedzieć, że na pewno nie ma mowy o kolejnych konsultacjach, czy nowej sprawie. Miałem wreszcie spotkać się z córką i gdybym tego nie zrobił, żona by mnie zabiła. Zresztą sam bardzo pragnąłem spotkania z moimi dziewczynami. On był jednak na tyle podniecony i zarówno przerażony, że kompletnie nie zwrócił uwagi na moje tłumaczenia

– Znaleźliśmy ich detektywie.

Po tych słowach od razu wiedziałem o co chodzi i ze wstydem muszę stwierdzić, że kompletnie zapomniałem o rodzinie, a tym bardziej o wywiadzie, którego znowu nie udzieliłem. Zdołałem powiedzieć tylko jedno słowo: – Wszystkich?

Tak, całą piątkę! Byli w starej leśniczówce w malutkiej wsi nieopodal Bydgoszczy. Musi pan to zobaczyć, technicy już tam są i za chwilkę zaczną oględziny… Z tego wszystkiego zapomniałem się jeszcze przedstawić, naczelny inspektor Andrzej Kostrzewski.

– Niech pan mi tylko powie, jak zginęli?

– Wygląda to na masowe samobójstwo, ale od razu widać, że coś tutaj nie gra.

– Proszę mi wysłać adres sms-em. Będę tam, tak szybko, jak tylko się uda.

W głowie miałem tysiąc myśli i kompletnie nie wiedziałem na czym się skupić. Jak dotąd w mojej krótkiej karierze detektywa nigdy nie przyszło mi pracować przy tak dużej sprawie, a do tego dotyczącej ludzi, których znałem. Jednych trochę lepiej, drugich mniej. Ale jednak! W końcu przez wiele lat graliśmy razem w polskiej lidze, a z niektórymi miałem okazję dzielić szatnię w reprezentacji i klubie… Chociaż zaginęli ponad pół roku temu i nie miałem wątpliwości, że to nie przypadek, w człowieku i tak tliła się iskierka nadziei. W przypadku zaginięć, nawet długoletnich zawsze jest nadzieja, póki nie ma ciała. Tutaj właśnie umarła i to pięciokrotnie. Przerażała mnie myśl o tym, co będzie działo się w domach tych chłopaków. Hektolitry łez matek, żon, dzieci. Ludzki dramat.

Do żony Ani zadzwoniłem dopiero, jak byłem już w drodze do Więcborka, ponieważ właśnie tam dokonano tego makabrycznego odkrycia. Kostrzewski podstawił po mnie radiowóz na lotnisku i po trzech minutach byłem już na trasie prowadzącej do Bydgoszczy. Ostatecznie okazało się, że Więcbork nie był małą wsią, tylko małym miasteczkiem. Podróż mimo to mijała mi bardzo długo. Z jednej strony miałem wyrzuty sumienia, gdyż po raz kolejny zawiodłem rodzinę, a na tym etapie nie mogłem Ani powiedzieć dlaczego znowu jadę do pracy zamiast do domu. Nagły wypadek to było jedyne co mogłem wymruczeć pod nosem, a to przecież mówiłem zawsze w takich sytuacjach. Wiedziałem jednak, że gdy niebawem media nagłośnią sprawę, zrozumie. Na razie jednak myślała, że to kolejny zamordowany polityk, czy bogaty przedsiębiorca. Fakt, że nawet nie zapytała, gdzie jadę i na ile dni był najlepszym dowodem na jej rozczarowanie. Z drugiej strony cały czas myślałem o tym, co tam zobaczę.

Policjant, który zawoził mnie na miejsce zbrodni był „niemową”, ale kompletnie mi to nie przeszkadzało, ponieważ i tak nie znał szczegółów sprawy. Właściwie to wiedział mniej ode mnie, a w tamtym momencie nie miałem ochoty na typowo kurtuazyjne rozmowy o pogodzie, czy futbolu.

Dopiero gdy przejeżdżaliśmy przez to malutkie miasteczko, zdałem sobie sprawę, że jest już bardzo późna godzina. Wszystkie sklepy były pozamykane, a na ulicach nie było żadnej żywej duszy. Spojrzałem na zegarek, wskazówki wskazywały 23:25. Pomimo to na miejscu byliśmy dopiero grubo po północy, ponieważ dwa kilometry musieliśmy iść pieszo. Nie było możliwości, by pod leśniczówkę podjechać samochodem.

Dopiero idąc pieszo zaczęliśmy rozmawiać o wszystkim i niczym. To dość powszechna reakcja każdego człowieka, który musi przedzierać się późną nocą przez ciemny las. Co prawda nie boję się ciemności, ale obecność policjanta z bronią za pazuchą dodawała mi otuchy. Z każdym krokiem w oddali paliło się coraz więcej światełek wywodzących się z latarek policjantów. Nieuchronnie zbliżaliśmy się do miejsca, gdzie miałem poznać odpowiedzi na pytania, które nie pozwalały mi spać od miesięcy.

Jakie było moje zdziwienie, gdy w jednym z policyjnych namiotów zobaczyłem Janusza owiniętego w dwa grube koce z kubkiem herbaty w ręku. Po chwili podszedł do mnie jeden z policjantów i powiedział, że zaprowadzi mnie do komendanta kryminalnej, który do przybycia Kostrzewskiego miał dowodzić akcją. Nie wytrzymałem i od razu zapytałem, co tutaj robi Janusz?

– To on ich znalazł z jakimś kumplem.

2. rozdział – Nadzieja

Chciałem podejść do trenera i zapytać osobiście, jakim cudem tutaj się znalazł, ale nie miałem odwagi. Nie dlatego że wiedziałem, iż nie poważa mojego nowego zajęcia, ale z zupełnie innego powodu. W końcu Janusza Okonia znałem doskonale z opowieści kolegów piłkarzy i dziennikarzy. Co prawda nigdy mnie nie trenował, ale o żadnym innym szkoleniowcu nie słyszałem tylu anegdot. A to jednemu załatwił kontrakt w Śląsku u prezesa Cymanka po absurdalnych i komicznych negocjacjach. Innym razem pomylił trening z meczem. Bramkarzy do składu wybierał na podstawie wyliczanek. Mógłbym tak wymieniać jeszcze długo, ale i tak nie zmienia to faktu, że tym razem wyglądał zupełnie inaczej, niż zwykle. Ten człowiek chyba pierwszy raz w życiu był równocześnie przerażony i niesamowicie smutny.

Gdy w oddali zobaczyłem wysokiego mężczyznę, nawet nie musiałem nikogo pytać, czy na miejsce przyjechał Andrzej Kostrzewski. Po prostu to musiał być ten facet. Uroda typowa dla śledczego z amerykańskich filmów. Dobrze zbudowany, lecz nieprzesadnie. Brunet, twarz smukła nie mówiąca zbyt wiele o człowieku. Oczy pokerzysty, z których trudno wyczuć jakiekolwiek emocje. To jedna z tych osób, której ton głosu nie zmienia się, gdy oskarża kogoś o zabójstwo i zabrania córce pójść do koleżanki na noc. A jeszcze żeby amerykańskości było mało w lewej ręce trzymał kubek z gorącą kawą, a w drugiej czerwonego Lucky Strike’a.

Zanim Kostrzewski do mnie podszedł, udał się do policjantów, wszedł do opuszczonej leśniczówki, z której wyszedł już nie z kubkiem kawy, a czarnym notesem. Wszystkie te czynności zajęły mu około kwadransa, co mi odpowiadało. Sam również nie próżnowałem i zauważyłem, że miejsce, w którym się znajdowałem, nie tylko z pozoru było dziwne i niepokojące. Pierwszym, na co zwróciłem uwagę była nowa kłódka zamontowana do drzwi pamiętających kadrę Piechniczka. Drugim, dwie małe butelki po wódce leżące w krzakach, które ostatecznie okazały się własnością trenera Okonia i jego kompana.

– Przepraszam detektywie, że nie podszedłem od razu, ale musiałem sprawdzić, czy technicy mają coś nowego. Tak naprawdę, podobnie jak pan dowiedziałem się o tym wszystkim kilka godzin temu. Od razu zadzwoniłem do pana z informacją, ponieważ wiem jak wiele ta sprawa dla pana znaczy, a następnie ruszyłem do tego przeklętego Więcborka.

– Nic nie szkodzi. Proszę nie tracić czasu i powiedzieć mi, co już wiemy, ponieważ domyślam się, że będę mógł wam pomóc w śledztwie?

– Oczywiście. Nie dzwoniłbym do pana późnym wieczorem, jeśli nie oczekiwałbym pomocy. A mamy tak naprawdę niewiele, poza jedną chyba dobrą informacją. Ciał jak już mówiłem jest pięć, ale tylko trzy z nich należą do pana byłych kolegów po fachu.

Po tych słowach poczułem natychmiastową ulgę i zawodowe podniecenie. Uwielbiam sprawy, w których można odnaleźć żywego człowieka. Oczywiście wiedziałem, że pozostała dwójka również może nie żyć, ale w tym momencie o tym nie myślałem. Ba, nawet zapomniałem zadać pytanie, kto ze słynnej „piątki zaginionych” leży martwy w starej leśniczówce, a kto może jeszcze żyć. Na szczęście Kostrzewski sam zaczął o tym mówić: – Ze stuprocentową pewnością możemy stwierdzić, że znaleźliśmy ciała Adama Cichockiego, Marka Korzucha i Macieja Mostowiaka. W chatce nie ma z kolei Bogdana Zycha i Jacka Kapusty. Nie wiemy kim są pozostałe dwie osoby, ale zginęli w takich samych okolicznościach, co pana koledzy z czasów Śląska Wrocław… Oczywiście zabezpieczyliśmy już materiał DNA od dwóch nieznajomych i sprawdzamy, czy mamy ich w bazie.

– Jak rozumiem nie nastąpił jeszcze rozkład ciał, jeśli jest pan pewny, że Cichy, Korzuch i Mostowiak znajdują się w tej przeklętej chatce?

Kostrzewski nawet nie odpowiedział. Wyjął kolejnego papierosa z paczki i gestem głowy zaprosił mnie do chatki. Nigdy wcześniej nie miałem problemu, by zobaczyć zwłoki. Oczywiście poza ciałami dzieci, ale akurat z tym nie radzi sobie wielu, czy to policjantów, czy detektywów. Tym razem jednak miałem zobaczyć ciała, owszem dorosłych facetów, ale także moich kolegów. Razem trenowaliśmy, rozgrywaliśmy spotkania, chodziliśmy całymi rodzinami na kolacje.

Im bliżej byliśmy drzwi, tym bardziej byłem przerażony. Nie czułem zapachu śmierci, gdyż taki trudno wyczuć, nawet gdy ciała ulegają rozkładowi. Coś takiego jak trumienny zapach nie istnieje. Ludzie tak myślą, ale rzeczywistość jest zupełnie inna.

Gdy Kostrzewski otworzył drzwi, zobaczyłem Adasia. Paradoks taki, że pewnie wyglądałem jak trup, ponieważ blady jestem z natury, ale jeśli coś mnie przerazi, moja skóra robi się jeszcze bardziej biała. Taką reakcję wywołał oczywiście widok mojego byłego kumpla. Kto jak kto, ale Adam Cichocki nigdy nie opuszczał zajęć na siłowni. Dobrze zbudowany, fryzura zwykle na Pazdana, niebieskie oczy, w których płonęło życie. Niestety w tamtym momencie nic już nie zgadzało się z tym opisem. Zamiast muskularnego człowieka widziałem wychudzoną, lekko zarośniętą osobę, w której oczach nie płonęło już nic. Łzy napłynęły mi do oczu, a moja pierwsza myśl była taka, że nigdy już nie będę się śmiał z Cichego, że bał się wyjechać grać w zagranicznym klubie. A miał ku temu predyspozycje, zwłaszcza wtedy, gdy stawiał na niego Leo Beenhakker.

Co w tym wszystkim najdziwniejsze człowiek w tak trudnych momentach, myśli o rzeczach absolutnie absurdalnych. Na przykład o futbolu. Wstyd się przyznać, ale zanim zobaczyłem ciała Marka i Macieja, które znajdowały w samym narożniku pomieszczenia, przypomniałem sobie spotkanie przeciwko Wiśle Kraków sprzed dekady. Zagrała w nim nasza cała czwórka. A teraz? Byłem w leśniczówce, w której moglibyśmy spotkać się na męskim wypadzie. Tymczasem „spotkaliśmy się” w zupełnie innych okolicznościach.

Detektywie, czy wszystko w porządku? – zapytał Kostrzewski, który widział, że zaraz zemdleję. Miał rację, ocknąłem się w karetce po kilku minutach. Miałem nadzieję, że wszystko to mi się przyśniło, ale niestety tak nie było. Adam, Marek i Maciej nie żyli, a ja byłem pewny, że muszę zrobić wszystko, by odnaleźć bydlaka, który odebrał im życie. Siły dodawało mi jednak coś zupełnie innego – nie było z nimi Bogdana Zycha i Jacka Kapusty. Choć razem zaginęli w Sopocie na imprezie już ponad pół roku temu, tutaj ich nie było. Bogdan i Jacek byli inni od pozostałych, mieli więcej szczęścia w karierach. Miałem nadzieję, że i tym razem było podobnie.

3. Rozdział – Złotówa  

Zarówno ratownicy z karetki, jak i Kostrzewski nalegali bym udał się do szpitala na badania, by wykluczyć wstrząs mózgu, ponieważ w trakcie upadku uderzyłem głową o posadzkę. Protestowałem, jednak na nic się to zdało, ponieważ inspektor zakomunikował, że jeśli tego nie zrobię, zostanę wykluczony ze sprawy. Nie miałem wyboru. Na szczęście okazało się, że w tej małej mieścinie był szpital. Same badania trwały dość długo, ponieważ TK (Tomografia Komputerowa) nie wystarczyła. Lekarz zalecił jeszcze rezonans, który mógł być przeprowadzony dopiero rano. Zostałem więc w szpitalu na noc, co poniekąd nie było takim złym rozwiązaniem. Nie musiałem szukać hotelu, jeśli w ogóle jakikolwiek znajdował się w Więcborku. Zapewne skończyłoby się na nocy w miejscowym posterunku. A tak o dziwo zostałem położony na sali, w której nie było innych pacjentów. Miałem spokój i czas, by przemyśleć niektóre sprawy.

Cały czas w głowie miałem widok ciała Adama. Co prawda jego zobaczyłem pierwszego, ale mimo wszystko dziwiło mnie, że nie myślę o Marku i Macieju. Przecież ich ciała również były w złym stanie. Marek był o dwa lata młodszy od Adama. Kilka centymetrów wyższy, ale grali na tej samej pozycji. Zawsze jak grasz z kimś na jednej pozycji, lepiej się rozumiesz. Tym bardziej jeśli mowa o stoperach, którzy muszą być jednością na boisku.

Teraz ich już nie było. Podobnie, jak Maćka Mostowiaka, który był najstarszy z całej piątki zaginionych. Gdy po raz kolejny zacząłem wracać pamięcią do meczów, które z Adamem, Markiem i Maciejem mieliśmy okazję razem rozegrać… Nagle mnie oświeciło. Przypomniałem sobie, że Adam leżał w zupełnie innym miejscu chatki, niż pozostała czwórka. Nadal nie wiedziałem, kim była dwójka niezidentyfikowanych osób, ale czemu akurat „Cichy” nie był obok nich? Znajdował się najbliżej drzwi, jego ciało było zupełnie inaczej ułożone, niż całej reszty. Od razu wysnułem teorię, że coś tam musiało się wydarzyć. Takie szczegóły raczej nie są przypadkiem. Miałem kilka hipotez w głowie i chciałem się z nimi podzielić z Kostrzewskim, ale gdy złapałem za telefon i zobaczyłem, że jest 05:40, odpuściłem. W pierwszej chwili pomyślałem, że śpi po ciężkim dniu, a po chwili dotarło do mnie również, że już zapewne dawno na to wpadł. Tylko bym się ośmieszył, że wolno dedukuję, a to akurat było mi najmniej potrzebne na początku współpracy.

Nawet nie wiem, o której godzinie zasnąłem. Obudził mnie szpitalny hałas, który dochodził zza drzwi. Najprawdopodobniej ktoś dowiedział się, że jego termin operacji został wyznaczony na kwiecień 2022 roku, gdyż nikt bez powodu o 08:00 rano nie krzyczy na korytarzu szpitala: – „Chcecie mnie zabić„. Zanim jednak zacząłem rozmyślać o polityce NFZ, zobaczyłem, że na szafce wibruje telefon. Dzwonił Kostrzewski: – Wiem, że jeszcze jest pan w szpitalu. Wszystko w porządku, już po badaniach?

Jak najbardziej, zaraz się zbieram i jadę na posterunek – skłamałem, bo przecież dopiero za dwie godziny miałem mieć rezonans.

– Super. Zaraz podstawię po pana radiowóz. Wiemy już kim była pozostała dwójka, a poza tym opowiem panu na miejscu o kilku nowych faktach w sprawie. 

Jasne, dzięki – odpowiedziałem lakonicznie i po raz kolejny zacząłem się zastanawiać nad absurdalną kwestią, biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności. Zwykle przy dużych sprawach od razu przechodzę na ty z policjantem prowadzącym śledztwo. Tutaj jednak tak się nie stało i zastanawiałem się, czy to w ogóle wydarzy się kiedykolwiek, ponieważ Kostrzewski wyglądał na osobę, która nie lubi skracać dystansu. Miałem wrażenie, że pewnie nawet teściowa zwraca się do niego per pan.

Zerwałem się szybko z łóżka i poczułem mocny ból głowy. Uznałem, że rezonans jest niepotrzebny, ponieważ na sto procent coś mi dolega. Pewnie nawet to wstrząśnienie mózgu, ale nie chciałem już tracić czasu, by powiedział mi o tym lekarz. Wziąłem szybki prysznic w miejscu, które bardziej przypominało opuszczoną piwnicę, niż łazienkę, ale to był najmniejszy problem. Gdy wróciłem wpadła na mnie pielęgniarka, która krzyczała, że przed badaniem miałem nie ruszać się z łóżka. Szybko wypaliłem, że rezygnuję z rezonansu i chcę wypisać się na własne żądanie. Niewzruszana odwróciła się na stopie i po chwili w sali był już lekarz, który oznajmił mi, że popełniam błąd, ale dodał przy tym, że nie będzie mnie namawiał, jeśli faktycznie tego chcę. A tego właśnie chciałem, ubrałem się w ciuchy, które miałem na sobie wczoraj – oczywiście bez bielizny – a następnie zjechałem windą na parter. Tam czekał już na mnie policjant, który zabrał mnie do radiowozu. Po drodze na posterunek zatrzymaliśmy się jeszcze w sklepie, w którym kupiłem kilka par skarpetek i majtek, ponieważ wiedziałem, że zbyt szybko stąd nie wyjadę. Wówczas zupełnie zapomniałem, że przyjechałem do Więcborka prosto z lotniska, a więc gdzieś tutaj musiała być moja walizka, w której miałem ciuchy.

Posterunek o dziwo nie wyglądał najgorzej. Najwidoczniej gmina dostała spore dofinansowanie, ponieważ na zewnątrz, a także wewnątrz wszystko wyglądało skromnie, ale bardzo ładnie. Jeden z policjantów wskazał mi pokój, w którym miał znajdować się Kostrzewski. Wszedłem bez pukania, ale nikogo tam nie zastałem. Na stole leżały tylko dwie puste paczki po czerwonych Lucky Strike’ach, a także kilka pustych opakowań po snickersach. Nadal czułem ból głowy, dlatego postanowiłem usiąść i poczekać. Kostrzewski przyszedł po kilku minutach z dwoma kubkami kawy i już w drzwiach wypalił, że powinniśmy przejść na ty. Oczywiście się zgodziłem, ale nie mogłem również powstrzymać śmiechu, gdyż jako detektyw powinienem lepiej oceniać ludzi. Śmiech jednak nie trwał zbyt długo, ponieważ znowu przypomniał o sobie ból głowy.

– Na pewno wszystko w porządku, bo zrobiłeś taką minę, jakby głowa miała ci wybuchnąć?

– Daj spokój Andrzej już z tą głową, po prostu jestem niewyspany. Powiedz lepiej co nowego wiemy i przede wszystkim kim była ta dwójka nieznajomych, co podzieliła los chłopaków?

– Ciekawa sprawa. Byli braćmi, którzy zaginęli 13 lat temu w Krakowie…

– Co kurwa?

– No właśnie, tak samo zareagowałem, jak się dowiedziałem. Co w tym najciekawsze sprawdziliśmy już, że żaden z nich nie potrafił prosto kopnąć piłki. Gdy zaginęli w 2007 roku jeden z nich miał 30 lat, a drugi 32. Obaj byli prawnikami i pracowali w kancelarii swojego ojca. Wówczas była to głośna sprawa, ponieważ Leon Mielcar poruszył niebo i ziemię, by odnaleźć swoich synów. Cały czas upierał się, że porwali ich ludzie „Złotówy”, którego nie chciał bronić. Policja ten trop od razu odrzuciła, ale im dłużej o tym myślę, tym bardziej czuję, że mógł mieć rację. 

– Tego „Złotówy”?

– Dokładnie tego samego, który w latach 2004-2008 ustawił w ekstraklasie kilkadziesiąt spotkań. Tego samego, który kilka lat temu został prezesem Śląska Wrocław i pod przykrywką klubu prał brudne pieniądze, przerzucał narkotyki. Czy tego chcemy, czy nie te sprawy łączą się aż za bardzo.

– Musimy pojechać do starego Mielcara i pogadać z nim o jego podejrzeniach. Czy on już w ogóle wie, że znaleźliśmy jego synów?

– Jeszcze nie wie, sam chcę mu powiedzieć, nim dowiedzą się o tym media. Nawet nie chcę myśleć, co będzie się działo, jak pismaki wyniuchają, że sprawa Mielcarów łączy się ze „Słynną Piątką Zaginionych”… Jedziemy o 13:00 więc mamy jeszcze chwilę, by zjeść normalne śniadanie. I tak w ogóle, bo pewnie zapomniałeś, twoja walizka, z którą przyleciałeś z Berlina jest w pokoju obok. Jak zabrała cię karetka nikt nie pomyślał, by ci ją dostarczyć do szpitala. Mam nadzieję, że masz tam jakieś świeże ciuchy, bo te wczorajsze wybacz, ale śmierdzą tą przeklętą leśniczówką. 

4. rozdział – Kraków 

Kancelaria Leona Mielcara mieściła się w Krakowie. Pomimo tego, że na miejsce mieliśmy dotrzeć dopiero wieczorem, chcieliśmy od razu porozmawiać z ojcem zaginionych braci. Pomyślałem nawet, żeby zadzwonić do niego przed wyjazdem z Więcborka, ale Kostrzewski szybko wybił mi to z głowy. Słusznie zresztą, ponieważ gdyby ktokolwiek z nas zadzwonił do niego i poprosił o spotkanie za kilka godzin, ten nie chciałby czekać. Wyjścia były więc dwa. Pierwsze – chyba najgorsze – musielibyśmy powiedzieć mu przez telefon, że znaleźliśmy ciała jego synów, którzy zaginęli 13 lat temu. Drugie – nieco lepsze – poprosilibyśmy go o cierpliwość, co skończyłoby się zapewne tak, że uruchomiłby swoje kontakty i być może sam dowiedział się, że wreszcie może pochować synów.

Ledwie zrobiliśmy 50 kilometrów, a miałem wrażenie, że jedziemy pół dnia. Łącznie musieliśmy pokonać prawie sześćset, więc tym bardziej współczułem Kostrzewskiemu, że będzie prowadził całą drogą. Gdyby nie wstrząśnienie mózgu, które zapewne miałem, mógłbym go zmienić, ale mój stan zdecydowanie na to nie pozwalał. I tak byłem z siebie dumny, że nie musimy stawać co kwadrans, żebym mógł zwymiotować. Dawałem radę, co najprawdopodobniej zawdzięczałem doświadczeniu z dzieciństwa, ponieważ wówczas cierpiałem na chorobę lokomocyjną. Na każdej wycieczce szkolnej, czy wyjeździe na zgrupowanie nikt nie chciał ze mną siedzieć w autokarze, gdyż zawsze wymiotowałem. Aż do czasu, gdy na turnieju „Gothia Cup” poznałem rówieśnika z Belgii, który sprzedał mi ciekawy patent. Otóż okazało się, że nie trzeba napchać się tabletkami Aviomarin, a wystarczy głęboko oddychać, gdy zaczyna robić się niedobrze, a przede wszystkim przez całą drogę należy patrzeć w przednią szybę. Brzmi banalnie, ale można powiedzieć, że ten błahy sposób zmienił moje dzieciństwo. Wreszcie nie czułem się, jak piąte koło u wozu podczas podróży, a kilku kolegów nawet przekonało się do tego, że można ze mną usiąść, gdyż tym razem nie zrzygam się do reklamówki albo co gorsza na ich kolana, co niestety raz mi się zdarzyło.

Kostrzewski słuchał muzyki, która nawet mi odpowiadała. No może poza „Nirvaną”, z której wyrosłem w czasach licealnych. Choć nie powiem, że gdy włączył płytę Soundgarden, przypomniałem sobie, że grunge jest naprawdę przyjemny i rozluźniający, a tego było mi trzeba. Mógłbym nawet zasnąć przy takiej muzyce, gdyby nie fakt, że Andrzej, co 20 minut odpalał papierosa. Co prawda na początku powiedziałem, że nie będzie mi to przeszkadzało, ale wówczas nie byłem świadom, że w drodze do Krakowa zamierza wypalić całą paczkę.

W trakcie drogi rozmawialiśmy trochę o futbolu, rodzinie i pracy. Andrzej był jedną z tych osób, w której towarzystwie milczenie było przyjemne. Okazało się, że podobnie jak ja miał nastoletnią córkę i żonę, która notorycznie wściekała się na niego, że zbyt dużo pracuje. Sprzedał mi nawet kilka trików, jak udobruchać Anię, lecz wiedziałem, że i tak nie podziałają. Poza tym przed wyjazdem do Krakowa zadzwoniłem do żony i powiedziałem prawdę z zastrzeżeniem, że nie może na razie nikomu o tym mówić. Nadal była smutna, ale już nie rozczarowana. Zrozumiała, że tym razem miałem naprawdę ważny powód, by przełożyć powrót do domu.

Gdy przyjechaliśmy nieco ponad połowę dystansu, zatrzymaliśmy się na obiad w przydrożnej knajpie, która reklamowała się tym, iż pół roku temu przeszła „Kuchenne Rewolucje” Magdy Gessler. No cóż, cudów Magda nie zdziałała, ale najgorzej również nie było. Standardowo zamówiłem żurek, a na drugie policzki wołowe z czerwonym winem. Komisarz postawił na krem z brokułów i pirogi z kaczką… W trakcie posiłku padło ważne pytanie z ust Andrzeja: – Jak myślisz, czy Mielcar będzie załamany, czy bardziej wkurwiony i nastawiony na zemstę za śmierć swoich synów?

Nie mam pojęcia. Wiem jednak, że dla nas lepiej będzie, jeśli nie będzie chciał angażować się w śledztwo. A co ważniejsze nie pójdzie z tym do mediów, bo wówczas na bank sprawa stanie się polityczna, a policja zostanie zlinczowana za to, że wcześniej nic nie potrafiła zrobić – odpowiedziałem z dużą pewnością siebie.

– No właśnie, dlatego masz świadomość, że jak sprawa trafi na okładki, będziesz jedyną osobą, która będzie mogła to ugasić i trochę ocieplić nasz wizerunek? Nie jesteś policjantem, ludzie cię lubią… 

Wolałbym tego uniknąć – przerwałem zdecydowanie Kostrzewskiemu. I dodałem nieco oburzony: –  Wiesz, już nie raz przerabiałem takie coś i zawsze żałowałem. Nie chcę być gościem od PR-u, a detektywem. Do moich obowiązków należy znalezienie Bogdana i Jacka oraz ukaranie morderców, którzy pozbawili życia trójki moich kolegów, a także młodych Mielcarów. Na tym chcę się skupić, a nie na tym, co opinia publiczna będzie myślała o działaniach policji trzynaście lat temu, czy teraz. 

– Jasne, rozumiem. Źle się wyraziłem. Po prostu chciałem cię ostrzec, że jak sprawa trafi do mediów, będziesz musiał uważać, gdyż podejrzewam, iż łatwo ci nie odpuszczą.

Po tej wymianie zdań, której nie nazwałbym sprzeczką, ruszyliśmy w dalszą trasę. Po drodze omówiliśmy jeszcze strategię rozmowy ze starym Mielcarem. Uznaliśmy, że lepiej jeśli pozostanę tylko słuchaczem, a całą rozmowę poprowadzi Andrzej, który prowadzi sprawę.

Do Krakowa wjechaliśmy kilka minut po 20:00. Andrzej zadzwonił do Leona Mielcara, który jeszcze nie skończył pracy. Zaprosił nas do kancelarii, w której zjawiliśmy się po trzydziestu minutach. Już na pierwszy rzut oka było widać, że przyjechaliśmy do jednego z najlepszych prawników w kraju. Wystrój wnętrza sugerował, że do czynienia mamy z człowiekiem nie tylko bogatym, ale również z wysublimowanym gustem. Podłogi z marmuru, na ścianach nowoczesne obrazy. I tak było na każdym piętrze, których były trzy. Na najwyższym znajdował się gabinet Leona Mielcara, który mógł mieć około 80 m². Pierwsze na co zwróciłem uwagę po wejściu, to piłki z autografami znanych piłkarzy usytuowane za biurkiem prawnika. I mowa tutaj o naprawdę znanych postaciach, ponieważ były tym futbolówki z podpisami takich graczy jak Pele, Messi, Maradona, czy Hagi. Zanim jednak nacieszyłem oczy tym widokiem, Leon Mielcar zaskoczył nas do tego stopnia, że Andrzej o mały włos nie zemdlał.

Leon Mielcar: Myślałem, że wybitny komisarz Andrzej Kostrzewski zjawi się dopiero jutro. No cóż, miłe zaskoczenie, ale przejdźmy do rzeczy. Proszę mi powiedzieć, jak zginęli moi synowie?

Andrzej Kostrzewski: Skąd pan o tym wie?

LM: Panie Kostrzewski, rano dostałem trzy telefony w tej sprawie od przyjaciół z policji. Proszę więc odpowiedzieć na moje pytanie.

AK: Jutro będziemy mieli wyniki sekcji zwłok.

LM: Wiem. Pytam, co może mi pan powiedzieć teraz. Zostali powieszeni i co dalej?

Widziałem, że Andrzej jest wyraźnie zdezorientowany, więc postanowiłem się wtrącić: – Ma pan rację, zostali powieszeni, ale nie wiadomo, czy to było przyczyną zgonu. Tego dowiemy się jutro. 

LM: Doceniam pana jako piłkarza, ale prosiłbym jednak, żeby sprawą zabójstwa moich synów zajmowała się policja, a nie z całym szacunkiem… Były zawodnik Śląska Wrocław. Zresztą w sumie, jak policja ma zajmować się tym, tak jak 13 lat temu, to może lepiej niech tego nie robi. Wtedy niepotrzebnie odpuściłem, teraz już tego błędu nie popełnię. A teraz proszę mi wybaczyć, ale muszę wykonać kilka telefonów. Do wiedzenia.

Ciąg dalszy nastąpi.

Autor wzorował się na powieściach Tess Gerritsen i Simona Becketta.

***

Kto jest kim?

Słynna Piątka Zaginionych 

– Adam Cichocki (pseudonim Cichy)

– Marek Korzuch

– Maciej Mostowiak

– Bogdan Zych

– Jacek Kapusta

Myśliwi, którzy znaleźli ciała w leśniczówce

– Janusz Okoń (trener)

– Jan Kopara

Detektyw

Andrzej Sierniak – Główny bohater. Były piłkarz, który został po zakończeniu kariery detektywem.

Naczelny Inspektor 

Andrzej Kostrzewski – Dowodzi akcją.

Pozostali

Ania – Żona Andrzeja Sierniaka

Leon Mielcar – Prawnik. Ojciec braci, których ciała znaleziono w leśniczówce.

Łukasz i Paweł Mielcarowie – Zaginieni bracia, których ciała znaleziono w leśniczówce.

Komentarze

komentarzy