„Piłkarska kradzież” ma się świetnie. Lazio coraz śmielej puka do drzwi europejskiej elity

Istnieje takie pojęcie jak „piłkarska kradzież”. Nie dotyczy ono jednak porachunków kolegów z szatni, czy innych tego typu rzeczy. Odnosi się natomiast do transferów zawodników będących w cieniu, niedocenianych, którzy po zmianie barw za niewielkie pieniądze nagle wskakują na poziom, którego nikt się nie spodziewał. Pique do Barcelony za pięć milionów? Proszę bardzo. Pogba da darmo do Juventusu? A jakże. Takich przypadków jest całe mnóstwo, ale dziś skupimy się na tym, który do dziś zaskakuje całe calcio. Mowa o Ciro Immobile, czyli jednej z największych „kradzieży” ostatnich lat nie tylko w skali Lazio, ale i całej Europy.

Historia kariery niespełna 30-letniego napastnika jest ciekawa także dlatego, że nie „odpalił” dopiero w ostatnim sezonie, dwóch, czy trzech. Immobile pojawił się ze swoją wielką formą znikąd (czyli z Genoi, w której przez cały sezon zdobył pięć bramek), już jako zawodnik Torino, w barwach którego zdobył w sezonie 2013/2014 22 gole, zostając królem strzelców Serie A. Właśnie wtedy po młodego, zdolnego, perspektywicznego (skąd my znamy te słowa) zawodnika zgłosiło się wiele europejskich klubów, liczących na dalszy rozwój Włocha i zrobienie świetnego interesu za relatywnie niską kwotę. Padło na Borussię Dortmund, do której Immobile trafił za niecałe 20 milionów euro. Drużyna kochająca ofensywną grę wydawała się rajem dla każdego napastnika. Nikt nie spodziewał się, że ta decyzja okaże się końcem (przynajmniej chwilowym) pięknie rozwijającej się kariery „odrzutu” Juventusu, w którym wchodził do dorosłej piłki.

Zagraniczna klątwa

Tu najlepiej wpasowałaby się opowieść o tym, jak to Immobile na wiele lat wpadł do otchłani beznadziejności, tułał się po całym świecie, nie mogąc odnaleźć tego, co zatracił. Tak źle nie było, ale nikt nie powie, że po sezonach 2014/2015 oraz 2015/2016 wciąż wierzono, że Ciro Immobile to materiał na snajpera klasy światowej. W całym sezonie Bundesligi zdobył zaledwie trzy gole, a na murawie pozwolono mu biegać przez niespełna 1000 minut. Dortmundczycy bez żalu sprzedali go za 11 milionów do Sevilli, która nieco „przyjanuszowała” licząc, że forma z Borussi była tylko wypadkiem przy pracy. W Hiszpanii było jednak równie źle, o ile nie gorzej. Częściej niż na placu gry, Immobile meldował się na ławce, a nawet trybunach. Już po pół roku, nie widząc choćby cienia nadziei na to, że będzie lepiej, postanowiono go wypożyczyć. Wtedy pomocną dłoń wyciągnęło Torino. Pobyt w byłym klubie w drugiej części sezonu 2015/2016 był całkiem niezły, ale raczej odnosząc się do zagranicznych wojaży napastnika, a nie tego, co prezentował wcześniej.

Wtedy wykupić zawodnika postanowiło jednak nie Torino, a… Lazio. Rzymianie nie wiedzieć czemu wciąż wierzyli w umiejętności Ciro, dzięki czemu Sevilla odzyskała prawie 100% zainwestowanej kwoty. Tak – Immobile 3,5 roku temu został ściągnięty do Rzymu za niespełna 10 milionów euro. Śledząc dziś poczynania „Biancocelestich”, wygląda to na najczystszą „piłkarską kradzież”. Ale inwestycja okazała się trafiona praktycznie od razu – Włoch z marszu poprawił swój dotychczasowy rekord, kończąc sezon Serie A z 23 trafieniami. Kolejny sezon – kolejny progres. Kampanię 2017/2018 Immobile zamknął na 41 trafieniach, z czego 29 padło w samej lidze, dając mu kolejny tytuł „capocannoniere”. I choć poprzedni sezon był dla napastnika słabszy (15 ligowych trafień), jak i dla całego Lazio, najlepsze miało dopiero nadejść.

Symbioza

Nie da się inaczej nazwać tego, co oglądamy w obecnym sezonie. Na niespełna półmetku sezonu (niespełna, bo Lazio ma jeszcze zaległe spotkanie z Hellasem Verona) Immobile może pochwalić się już 20 zdobytymi bramkami. Przed nim kolejne 20 meczów i wręcz autostrada do tego, by zbliżyć się do historycznego wyniku Gonzalo Higuaina, który w kampanii 2015/2016 pokonywał ligowych bramkarzy aż 36-krotnie. Kto wie, być może pokusi się nawet o ustanowienie nowego. Immobile jest na najlepszej drodze ku temu, szczególnie biorąc pod uwagę także formę całego Lazio. Mówi się, że nieszczęścia chodzą parami, ale w tym przypadku razem kroczą – wzajemnie się napędzając – świetne Lazio i jego snajper.

– Myślę, że Lazio jest najmniejszym z dużych klubów lub największym z mniejszych klubów, w zależności od twojej perspektywy. Z finansowego punktu widzenia nie mamy zasobów Juventusu, klubów z Mediolanu, Napoli czy Romy, ale nie ma wątpliwości, że ogólnie jesteśmy najlepsi. W ciągu ostatnich 10 lat byliśmy konkurencyjni we wszystkich zawodach, więc nadal uważałbym nas za „duży” klub – stwierdził w poprzednim roku Cathal z największej międzynarodowej społeczności kibiców Lazio, „Lazio Land”. Coś w tym jest, ponieważ w poprzednich sezonach „Biancocelesti” zawsze byli dość wysoko, ale jedynie ocierali się o największą piłkę. Wystarczy powiedzieć, że na powrót do Ligi Mistrzów czekają już ponad 10 lat, od sezonu 2007/2008. Z resztą, trzy ostatnie udziały Lazio w Champions League i tak kończyły się ostatnim miejscem w grupie. Nawet bardzo chcąc, nie mogliśmy nazwać Rzymian solidną europejską marką.

Czy w tym roku, dokładnie w 120-lecie klubu, to się zmieni? Sezon jest długi i do samego końca nie można być niczego pewnym, jednak Lazio robi wszystko co może, by zrobić krok ku wielkości. Nie można o tym zapominać i nie doceniać, nawet jeśli cały splendor w kontekście tych „mniejszych” spływa (zasłużenie) na Atalantę. Podopieczni Simone Inzaghiego, zakładając, że wygrają wspomniany zaległy mecz, mieliby obecnie zaledwie trzy punkty straty do lidera – Juventusu i aż dziesięć oczek przewagi nad czwartym miejscem. Milan, Napoli, AS Roma, Fiorentina… Nie – to właśnie Lazio nieoczekiwanie wbiło się do czołowej trójki, na każdym kroku udowadniając, że nie jest to przypadek. Najlepszy dowód? Już podajemy. Juventus Sarriego, choć nie zawsze gra ładnie, idzie przez kolejnych rywali jak burza. Na 27 spotkań sezonu 2019/2020, które do tej pory rozegrała „Stara Dama”, porażką zakończyły się tylko dwa z nich. Zgadnijcie, dwukrotnie za sprawą jakiej drużyny…