Pozwólcie Bergowi pracować!

Po ostatnim meczu Legii z Lechią Gdańsk, polskie media sportowe zachorowały na jakąś bliżej nieokreśloną przypadłość. Co to jest? Nie wiem, serio. Ale to naprawdę poważna choroba – Legii wieszczony jest upadek, Bergowi wyliczane są błędy, a wielu ośmiela się wspominać o zwolnieniu Norwega. Panowie (i panie!), przecież to można dostać pierdolca… Czy Norweg nie zasłużył sobie na chociaż mały kredyt zaufania?

Nie ukrywajmy, że Legia Warszawa,  mistrz Polski, aktualny lider tabeli i nasz jedyny poważny przedstawiciel w europejskich pucharach, przechodzi kryzys. Na wiosnę Legia w lidze z ośmiu spotkań wygrała zaledwie dwa, trzy przegrała. Co bardziej impulsywni kibice stołecznego klubu już zwalniają Henninga Berga, a psy wieszają na połowie warszawskiego zespołu. A bo Astiz za wolny, bramkarze zbyt niepewni, Kucharczyk zbyt drewniany, Żyro zbyt koślawy, Saganowski zbyt stary,  a Orlando zbyt leniwy. Nie chcę teraz rozpatrywać prawdziwości tych zarzutów, chciałbym za to dowiedzieć się, na ile kryzys, który przeżywa Legia, jest poważny.

Rozumiem zarzuty przeciwników Berga uważających, że Urban jest lepszym trenerem. No jasne, plaga kontuzji, która przytrafiła się w drużynie podczas ostatniej rundy Urbana w Warszawie,  skutecznie storpedowała jego plany podboju Europy. Berg z kolei najpierw wygrał w świetnym stylu mistrzostwo, a następnie zaliczył kozacką wręcz kampanię w Europie. Chciałem tylko nieśmiale wspomnieć,  że były już szkoleniowiec Osasuny, przez kilka lat pobutu w Warszawie,  tylko raz osiągnął etap fazy grupowej. Ocenianie pierwszej kadencji Urbana i porównywanie jej do „ery Berga”, byłoby jednak niesprawiedliwe. Polak przez pierwsze lata pracował przecież w dużo gorszych warunkach – nie było wówczas nowoczesnego stadionu, klub nie miał takiego budżetu, i co ważne, krakowska Wisła była wtedy dominatorem naszej ligi. Nasz rodak miał również drugą szansę w Warszawie – w pierwszym sezonie zdobył dublet w świetnym stylu, w drugim doszedł do fazy Play- Off Ligi Mistrzów, zagrał w grupie LE z marnym skutkiem, w lidze cały czas utrzymując dystans nad goniącym Legię peletonem. W to wszystko wplątała się, wyżej wspomniana, plaga kontuzji. Przecież początek przygody w pucharach był całkiem obiecujący,  natomiast potem z Legii zupełnie zeszło powietrze.

Henning Berg – na dzień dobry dostał trójkę piłkarzy (Duda, Sa, Guilherme), jego zespołu nie niszczyły urazy, a jedynym frontem do gry została Ekstraklasa.  Norweg wykorzystał to fantastycznie, zdobywając tym uznanie kibiców. Zweryfikować go jednak miały puchary.

Temat zwolnienia aktualnego trenera Legii był już przerabiany. Pamiętacie lato? Porażka w meczu o „talerz Bońka”, przegrana  również w  lidze na inaugurację,  remis w Warszawie z St. Patrick’s. Przerabialiśmy to samo. Kropka w kropkę. Amator z Norwegii nie potrafi pokonać cienkich Irlandczyków- ilu z was tak wtedy pomyślało? Wówczas starałem się zachować zdrowy rozsądek. Pisałem wtedy: Oczywiście, nadal wierzę w to, że Berg jakoś to ułoży. Nadal wierzę w to, że to był tylko wypadek przy pracy, ewentualnie zlekceważenie rywala, które nie ma prawa się powtórzyć. Na pewno jednak ten remis jest sporą rysą na wizerunku Norwega. Cały mecz zagubiony, jakby nie docierało do niego, że Mistrzowie Polski właśnie dostają po dupie z irlandzkimi pół-amatorami. Urban odprawiając New Saints z kwitkiem (4:1 w dwumeczu) nie zadowolił warszawskiej publiki. Jego następca już w tej fazie eliminacji musi drżeć o awans. Jak już mówiłem, jest to pewna rysa na jego wizerunku jako trenera, ale jednak może się okazać, że Legia zakupiła świetne auto, które po drodze do raju złapie jakąś bruzdę. Oby się jednak nie okazało, że ta szrama to tylko wstęp przed mocnym dachowaniem.

Szrama się pojawiła, ale auto przyspieszyło  i prezentowało się naprawdę fantastycznie. Niestety, pasażerka Norwega o imieniu Marta zapomniała przypomnieć pasażerom o zapięciu pasów – wystarczyły 4 minuty…  Wycieczka została zatrzymana przez policję i musiała zjechać z autostrady na drogę ekspresową. Właściciel auta zdenerwował się na niekompetencję kierownik podróży i ją zwolnił. Norweg prowadził znakomicie wycieczkę po drodze ekspresowej, omijając kolizję i osiągając w końcu cel.

Już wtedy pomyślałem sobie: A może Berg po prostu przygotował im szczyt formy na mecz trzeciej rundy z Celtikiem? Wydawało mi się to wówczas złudną nadzieją, bo gra Legii wyglądała tragicznie. Z kim bym o tym nie rozmawiał, każdy mówił mi, że Berg to amator, Legia ze Szkotami nie ma szans, a moja teoria nie ma rąk ani nóg. Spokojnie poczekałem i zobaczyłem coś, czego w wykonaniu polskiego zespołu w Europie, na tle wyżej notowanego przeciwnika, nie widziałem przez długie lata. Fantastyczne spotkanie, zakończone rozmontowaniem zespołu z Glasgow. A mogło być jeszcze wyżej! Wtedy to przekonałem się do Norwega, który odpłacił się zarządowi za kredyt zaufania.

Szczyt formy rzeczywiście przypadł na ten dwumecz, którego rezultat został tak zniweczony przez UEFA. W obecnym sezonie, Legia nie miała już okresu lepszej gry niż wówczas. W warszawskiej drużynie panowała jednak solidność – świetne wyniki w pucharach (choć bez fajerwerków), utrzymywanie dystansu w lidze. Przed tą rundą liczyłem, że szczyt formy został przygotowany na dwumecz z Ajaksem. Jeśli kibice Legii dobrze życzą swojemu zespołowi, to muszą liczyć, że się pomyliłem. Ale czy… Legia nie zacznie grać na maksimum swoich możliwości dopiero w rundzie finałowej? Wtedy, kiedy każdy mecz ma podwójną wartość?

Jasne, kryzys jest bardziej poważny niż latem, trwa dłużej, a Legia nie zalicza już wpadek, a całą serię kompromitujących mistrza Polski upokorzeń. Ale czy ktoś o tym będzie pamiętał, jeśli Legioniści zdobędą Puchar Polski, a także wygrają w lidze? Przecież to byłby najlepszy sezon od lat! Oczywiście norweski szkoleniowiec stołecznej drużyny nie ustrzegł się błędów, które trzeba przed przyszłym sezonem wyeliminować. Zastanawia mnie na przykład, dlaczego Berg zrealizował  dużo bardziej wymagający plan na okres przygotowawczy, bo to tu jest pies pogrzebany. Nie w oklepanej rotacji, czy relacjach z pewnym Portugalczykiem. Rok temu, były szkoleniowiec Blackburn zafundował Legii najlżejszy zimowy obóz od lat. Warszawska drużyna miała świetną wiosnę, podczas której odniosła ledwie dwie porażki, z czego jedna była walkowerem, a druga… Cóż, mecz odbywał się dzień po zapewnieniu Legii przez Lecha mistrzostwa.   Być może teraz trener myślał, że będzie dłużej grał w Europie i chciał przegotować zespół kondycyjnie? To już zawsze pozostanie tajemnicą sztabu szkoleniowego pierwszej drużyny warszawskiej Legii.

Urban i Berg to dwaj nieźli trenerzy. Jeden w świetnym stylu prowadził drużynę w lidze, notując przy tym przeciętne wyniki w pucharach. Drugi naprawił błędy poprzednika, ale sam nie ustrzegł się nowych. W każdym razie wniosek jest jeden: pozwólmy Bergowi pracować. A gdyby na jego miejscu był teraz Jan Urban… z pewnością mówiłbym to samo!

Komentarze

komentarzy