Puchar zalany łzami – finał Cristiano Ronaldo

13633241_1137235096318770_708150893_o

Od łez rozpaczy, po łzy szczęścia. Tak wyglądał finał w przeszklonych oczach Cristiano Ronaldo. Nie został dziś bohaterem. Stał się mistrzem Europy.

To miał być jego wieczór. Miał na oczach całego świata poprowadzić reprezentację do triumfu, a naocznymi świadkami mieli być jego najbliżsi. Zgromadził na trybunach najważniejszych dla siebie ludzi. Nie zapomniał o nikim. Znalazł bilet nawet dla wdowy po Stefano Borgonovo, przyjacielu Carlo Ancelottiego, który zmarł po ciężkiej chorobie ALS (stwardnienie zanikowe boczne). Ronaldo poznał jego historię dzięki Włochowi i w tak ważnym dla siebie dniu nie zapomniał Chantal Borgonovo.

Gdy na zegarze widniała ósma minuta meczu, kapitan Portugalii został sfaulowany. Nie zaatakował go człowiek z łatką boiskowego bandyty. Dalszą grę w meczu marzeń uniemożliwił mu artysta najwyższych lotów – Dimitri Payet. To nie czas, by sądzić celowość tego ataku. Przyznać trzeba natomiast, że był dotkliwy i skuteczny – wykluczył największą Portugalską gwiazdę z dalszej gry.

Ronaldo upadł na murawę, a po chwili wokół niego zgromadzili się koledzy z drużyny. Na własne oczy chcieli zobaczyć, czy ich kapitan da radę. Tylu emocji nakładających się na twarz w jednym momencie jeszcze nie widziałem. Od zawodu, przez niedowierzanie, po okrutną świadomość bólu.

Nadbiegła opieka medyczna, a modlitwy płynące z Półwyspu Iberyjskiego zdawały się zostać wysłuchane. Wstał, o własnych siłach zszedł, aby po chwili powrócić. Niedługo potem komunikat wysłany w stronę ławki rezerwowych był oczywisty. To koniec. Oszukać można wszystkich poza własnym organizmem. Ronaldo siada na murawie, a za chwilę znajduje się już na noszach. Zaczyna płakać. Płyną łzy człowieka przesiąkniętego ambicją, wielkiego zwycięzcy, który został zatrzymany przez kontuzję.

Przeniesiono go do szatni, by tam w samotności rozegrał prywatny mecz z własnym charakterem, który zawsze kazał mu zwyciężać i z nogami, które w kluczowym momencie to uniemożliwiły. Przed dwunastoma laty płakał dzieciak, któremu po prostu nie wyszło, choć zabrakło bardzo niewiele. Dziś łzy ciekły po policzkach dojrzałego faceta, który nawet nie miał szansy zrealizować marzenia.

Po tej akcji pomyślałem, że jeżeli los jest choć trochę sprawiedliwy to sprawi, że ten gość podniesie dziś puchar. Tak się stało. Nim to zrobił, na chwilę stał się asystentem wielkiego tej nocy Fernando Santosa. Poruszał się w strefie technicznej, jakby zamiast środków przeciwbólowych podano mu cztery kawy. Był zaangażowany, rozentuzjazmowany i zdenerwowany, bo nic nie mógł zrobić. Los powierzył swoim kolegom. Ci spełnili jego wielkie marzenie i uczynili go mistrzem Europy. Zabukowali też bilet do Zurychu, gdzie w styczniu odbierze nagrodę dla najlepszego piłkarza świata.

W klubowej piłce wygrał wszystko, ale gablota z reprezentacyjnymi trofeami dotychczas stała pusta. Wreszcie zdobył to, czego brakowało jego wybitnym poprzednikom. Złotego medalu na wielkiej imprezie nie zdobył ani Eusebio, ani Figo. Ten wyczyn udało się zrealizować Portugalczykom i Cristiano Ronaldo dopiero w 2016 roku. Ta noc będzie długa. Pytanie tylko, czy zawodnik Realu spędzi ją na imprezie z kolegami, czy na szpitalnej sali w towarzystwie lekarzy. Pierwsze doniesienia nie są dobre. Mówi się, że badania miały wskazywać na uraz więzadła. George Best powiedział kiedyś, choć w innym kontekście, że ból jest chwilowy, a chwała trwa wiecznie. Ronaldo w historii zapisał się już wcześniej. Dziś podkreślił jednak swoje nazwisko i postawił wykrzyknik. Siiiii!