Seamus Coleman po meczu poszedł do szatni Tottenhamu

 

Mecz Evertonu z Tottenhamem, kończący niedzielne zmagania w Premier League, nie był czymś, co chcieliśmy oglądać. Nie chodzi nawet o przeciętną formę obu ekip, ale o koszmarną kontuzję, której nabawił się Andre Gomes. Pod tym względem naprawdę wolelibyśmy, by to spotkanie nie miało miejsca. Jedynym pozytywem jest to, że obyło się bez awantur i „kwasów”.

Jak stwierdził Cenk Tosun, zdobywca wyrównującej bramki dla Evertonu w 90. minucie, „wolałby nie strzelić gola i przegrać 5:0, byle tylko to się nie wydarzyło”. Andre Gomes doznał jednocześnie złamania i zwichnięcia, co oznacza, że przed nim poważny zabieg i bardzo długa rehabilitacja, po której i tak nie wiadomo, czy wróci do prezentowanej w ostatnim czasie formy.

Wszystko zaczęło się od faulu Sona, który nie był bandycki i nastawiony na zrobienie krzywdy, jednak sprawił, że Serge Aurier znajdujący się na drodze Portugalczyka, wszystko „dokończył”. Za głowę łapali się niemal wszyscy, ze zdezorientowanym Koreańczykiem na czele. Sędzia postanowił wyrzucić go z placu gry, choć można spodziewać się, że po apelacjach kara zostanie cofnięta lub przynajmniej zmniejszona.

Także rywale wiedzą, że sytuacja była koszmarnym zbiegiem okoliczności. Potwierdziło to zachowanie Seamusa Colemana, zawodnika Evertonu, który niedawno także przechodził rehabilitację po podobnym złamaniu nogi. Irlandczyk po meczu poszedł do szatni Tottenhamu, by pocieszyć i podnieść na duchu zdruzgotanego i roztrzęsionego Sona. Gest zawodnika Evertonu docenił także Mauricio Pochettino, dziękując Colemanowi i pozostałym graczom „The Toffees” dodając, że byli fantastyczni.

Cieszymy się, że w obliczu takiego dramatu wszyscy potrafili się zjednoczyć. Jednocześnie trzymamy kciuki by zabieg, jaki dziś przechodzi Andre Gomes, zakończył się sukcesem, a Portugalczyk mógł po nim bez przeszkód stopniowo dochodzić do siebie. Zdrowia i siły, Andre!