Tomasz Ćwiąkała: robimy telewizję po swojemu, a inni mają prawo do krytyki [WYWIAD]

Jak odbiera krytykowanie stacji przez innych dziennikarzy? Dlaczego nie wyszło w „Przeglądzie Sportowym” i komu „wbijał nóż w plecy”? Jak to możliwe, że w tych czasach świętował z piłkarzami Besiktasu mistrzostwo Turcji? Zapraszamy na rozmowę z Tomaszem Ćwiąkałą, komentatorem Eleven Sports. 

Ostatnio byłeś bardziej zapracowany, stosunkowo długo umawialiśmy się na tę rozmowę. Wynika to z faktu, że doszła Wam kolejna liga? Dajecie radę w takiej obsadzie zrobić tyle meczów?

Trudno było się umówić, bo akurat próbowaliśmy to zrobić w momencie, kiedy było coś, co Niemcy nazywają „angielskim tygodniem”, czyli czas meczów rozgrywanych co trzy dni. A spotkania co trzy dni to dla nas mecze codziennie. Kończy się weekend, a w poniedziałek jest już następna kolejka. Wtorek, środa, czwartek i zaczyna się kolejny weekend. Żeby się dobrze do tego przygotować, potrzebny jest czas. Natomiast czy ogarniamy? Wydaje mi się, że tak, że nie ma z tym problemu. Jeżeli wiesz wcześniej, co masz do zrobienia, to jesteś w stanie się do wszystkiego przygotować.

Jaka była Twoja reakcja na wieść, że od tego sezonu będziecie mieli Bundesligę? W La Liga z Polakami krucho, a tutaj Lewandowski, Piszczek, Błaszczykowski…

O pozyskaniu tych praw dowiedziałem się w momencie, kiedy faktycznie je posiedliśmy. Byłem zaskoczony, ale bardzo się ucieszyłem. Poza tym poszła informacja, że mamy to na cztery lata, więc to dość duże zobowiązanie. Na pewno jest to jedna z „lokomotyw” obok Formuły 1, La Liga… Podejrzewam, że Bundesliga – choć nie mam dostępu do tych danych – wykręca bardzo dobre wyniki oglądalności. Poza tym Robert Lewandowski, kilka naprawdę dobrych klubów. Nic, tylko się cieszyć, podszedłem do tego z dużym optymizmem.

Wróćmy do początków. Zaliczyłeś nieudaną przygodę w „Przeglądzie Sportowym”. Dlaczego nie wyszło?

Pisałem wtedy dla portalu Futbolnet.pl i głównie robiłem wywiady z piłkarzami po hiszpańsku i portugalsku. Chciałem zrobić coś innego, obejść normalną drogę, którą idzie większość dziennikarzy. Postanowiłem rozmawiać z tymi zawodnikami i potem zgłosiłem się do „Przeglądu Sportowego”. Nie była to ta ekipa co teraz, z Michałem Polem i z Przemkiem Rudzkim, tylko z innymi ludźmi, między innymi panem Kalitą i tak dalej… Zaproponowali, żebym wysłał kilka materiałów, jednak praktycznie wszystkie zostały skasowane. Poszedł jeden reportaż z Porto, o Pawle Kieszku, który był w naprawdę dobrej formie, i wydaje mi się, że było to całkiem niezłe. A zrobiłem to na wakacjach, nie leciałem do Porto specjalnie, żeby zrobić reportaż o trzecim bramkarzu. Spotkaliśmy się przy okazji i wydawało mi się, że to jest coś nieszablonowego. W końcu nie ma wielu polskich piłkarzy w FC Porto, to jest jednak wielki klub. Paweł nas tam wszędzie wpuścił, pokazał… A w gazecie puścili to w naprawdę skromnej wersji. Na stronę internetową poszła większa, ale to jeszcze nie były takie czasy jak teraz, że prędzej czy później wszystko trafia do Internetu.

Oprócz tego został skasowany duży wywiad z Osmanem Chavezem. Uważam, że był bardzo dobry, bo Osman był niesamowicie elokwentnym gościem, i jest dalej, bo dzisiaj (29 września – przyp. red.) przeczytałem, że trafił do polityki, że startuje do Kongresu Narodowego w Hondurasie. To była jedna z bardziej barwnych osobowości w ekstraklasie w ostatnich dziesięciu latach. Potrafił ciekawie opowiedzieć o mistrzostwach świata, o starciach z Davidem Villą… O tym, że wchodził na drzewa i zbierał owoce, żeby mieć co jeść, albo wypływał podziurawioną łódką, żeby przynieść ryby dla własnej rodziny. Ten wywiad został skasowany, co mnie zszokowało. Tym bardziej że Osman nie trafiał do Polski jako piąty sort pomarańczy, jak to się ładnie mawia, tylko jako potencjalna gwiazda Wisły Kraków. Tak się nie okazało, był dość przeciętnym obrońcą, ale z dużym nazwiskiem, z mundialowym doświadczeniem. Zostało to skasowane, powiedzieli, co im się nie podoba. Usunięto też inny materiał. Poszedł za to wywiad z Juniorem Diazem, po którym ówczesny krakowski korespondent PS podszedł do mnie na Suchych Stawach, czyli na stadionie Hutnika, i powiedział, że wbijam mu nóż w plecy. Byłem w szoku, pomyślałem: „co ty człowieku mówisz?”. On pretensjonalnym tonem:

– No, próbujesz mnie wygryźć – i tego typu sugestie.
– Człowieku, nie mam takich intencji.

Jak to się skończyło?

Już wtedy nosiłem się z zamiarem przeniesienia do Warszawy, prędzej czy później. Poza tym nigdy nie zależało mi, żeby być dziennikarzem od jednego klubu albo – w przypadku Krakowa – od dwóch. Już mnie trochę zdenerwował i powiedziałem mu:

– Z całym szacunkiem, ale ten Junior Diaz gra tutaj jakiś czas, Marcelo i Cleber podobnie, a ty z nimi nie porozmawiałeś ani razu. Piłujesz tym Brożkiem, Boguskim, więc mówię wprost, nie wbijam ci żadnego noża w plecy, ale jeżeli będę chciał się wybić, to będę robił wywiady z nimi. Jeśli będą to publikować, to nie mam zamiaru tego zaprzestać. Kwestia jest taka, że możemy się dogadać albo nie.

Nie doszło jednak do tego, że musieliśmy się dogadywać, bo został skasowany jeden materiał, drugi, trzeci… Zaproponowałem „Przeglądowi”, że przyślę reportaż z Eindhoven, dokąd akurat przechodził Marcelo. Tego też nie chcieli. W tamtym momencie dotarło do mnie, że to nie jest tak, że nie chcą tych materiałów, tylko stawiają na mnie krzyżyk i uznałem, że nie ma to żadnego sensu. Byłem w kontakcie z Krzyśkiem Stanowskim, który prowadził wtedy „Magazyn Futbol”. Zadzwoniłem do niego, chwilę później rozruszało się Weszło i to była najlepsza decyzja. Bardzo się cieszę, że z „Przeglądem” nie wypaliło.

Może tamten dziennikarz nie znał tych języków, a Ty znałeś…

Jasne, mógł nie znać, ale dało się to załatwić w bardziej cywilizowany sposób. Jest wielu przeciętnych dziennikarzy, zajmujących się swoim poletkiem i kiedy tylko ktoś wkroczy na ich teren, choćby delikatnie, reagują alergicznie. Natomiast akurat ten był dobry, nawet bardzo dobry i materiały o Wiśle robił świetne, miał dojścia w klubie. Myślałem, że jest na tyle rozsądnym człowiekiem i będzie się w stanie dogadać. No, ale widocznie nie.

Dążę do tego, że znałeś języki. Hiszpański, portugalski – dlaczego akurat te? To też wynik tego, że nie chciałeś być taki jak większość?

Po pierwsze dlatego, że te języki najbardziej mi się podobały. Kolejny powód, że są bardzo piłkarskie. Może nie są tak przydatne w biznesie, jak choćby rosyjski, ale od początku nastawiłem się na piłkę i wiedziałem, że jeżeli nauczę się hiszpańskiego i portugalskiego, to mam otwartą całą Amerykę Południową plus, oczywiście, Hiszpanię i Portugalię. Poświęcałem dużo wolnego czasu, żeby się ich nauczyć. Zwyczajnie to lubiłem, nie traktowałem tego jako przykrej nauki, tylko uznałem, że to będzie dobry sposób na przebicie się. I w sumie…

Myślę, że słusznie, widząc, jak to wygląda dzisiaj. Kiedy trafiłeś do Weszło, który to był rok?

Końcówka 2009, może już 2010.

Cztery lata wystarczyły, żeby dojść do pewnego, wysokiego poziomu. Akurat ciebie wysłano na mundial w Brazylii, zapewne też z racji znajomości języka. Jak tam było, bo to chyba pierwsza taka twoja dziennikarska przygoda.

Wcześniej było jeszcze Euro 2012, ale to było w Polsce, inaczej się do tego podchodziło. I szczerze mówiąc, jak dzisiaj patrzę na swoje teksty z tamtego okresu, były dramatyczne. Nawet dla własnego zdrowia psychicznego specjalnie ich nie otwieram. Chyba tylko wspomniane wywiady były dość dobre.

Natomiast mistrzostwa świata były dla mnie polem do popisu. Fajnie się też złożyło, że były w kraju, którego języka prawie nikt nie zna, a który ja znałem. Zresztą ucząc się portugalskiego, miałem z tyłu głowy ten mundial i wiedziałem, że jakimś kanałem, jeżeli nie Weszło, zrobię wszystko, żeby się tam dostać. Jako wolontariusz, jako czyjś pomocnik czy cokolwiek, ale ostatecznie udało się z Weszło.

Kiedy byłeś w Weszło, Krzysztof Stanowski powiedział o Tobie: „Jeżeli za kilka lat nie będzie pracował w najlepszej redakcji w Polsce, to ten kraj jest chory”. No i pytanie…

…nie jest chory, bo pracuję.

Właśnie o to chciałem teraz zapytać, czy pracujesz w najlepszej sportowej redakcji w Polsce i jest szansa, że ten kraj jednak nie jest chory?

Bez dwóch zdań tak. Mam znajomych praktycznie we wszystkich redakcjach, wiem jak, co, gdzie funkcjonuje. W Weszło oczywiście współpracowało mi się bardzo dobrze, natomiast uważam, że w tym momencie Eleven jest najlepszą redakcją. Jeżeli chodzi o ludzi, o możliwości rozwoju, o to, co robimy. Nawet tego typu rzeczy, że w tym tygodniu gościliśmy w redakcji Lothara Matthausa i Nico Rosberga. To daje możliwość pokazania się, realizowania i tak dalej. Nie widzę lepszej redakcji, i mówię to z pełnym przekonaniem, i sam jestem zaskoczony, że to się tak szybko rozwija.

Lothar Matthaus to nawet Was pochwalił, zwłaszcza Tomka Urbana, co było fenomenalne. W Eleven jesteś od dwóch lat, ale w Weszło zostałeś jeszcze na rok. Zrobiłeś Euro 2016 i potem zrezygnowałeś. Dlaczego?

Długo nosiłem się z zamiarem odejścia, jeszcze przed Euro, bo czułem, że zaczyna brakować mi czasu. Z tym że przed turniejem nie za bardzo mogłem zrezygnować. Po pierwsze to było Euro, na które jechała Polska, więc zależało mi na tej imprezie. Byłem też akredytowany, co w przypadku takiego wydarzenia nie jest łatwą sprawą. Zaburzyło by to całą logistykę i logikę też, gdybym, powiedzmy w marcu, wycofał się z tej akredytacji i trzeba by było jakimiś kanałami szukać zastępstwa dla mnie.

Wiedziałem, że z Weszło odejdę. Albo w taki sposób, że bardzo ograniczę sobie zadania, albo całkowicie. Z turnieju wróciłem naładowany energią. Taka impreza dodaje ci skrzydeł, tak samo jak skomentowanie El Clasico. Wróciłem, zrobiłem jeszcze kilka wywiadów, napisałem kilka artykułów. Wtedy zaczął się International Champions Cup, czyli mecze towarzyskie wielkich klubów na różnych kontynentach. Zdarzało się, że jednego dnia miałem mecz o drugiej w nocy, innego o 22.00, potem spotkanie rozgrywane w Australii o godzinie 14.00. Po prostu musisz się przestawić na trochę inne pory. Widziałem, że sezon zaczyna się podobnie jak poprzedni, i wiedziałem, że jeżeli z czegoś nie zrezygnuję, to któraś z tych prac nie będzie robiona na maksimum. Uznałem, że wolę się skupić na jednej.

Zdjęcie: archiwum Tomasza Ćwiąkały

Pamiętam, jak wtedy zapytałem na Twitterze, czy jeszcze będziesz robił wywiady. Nie odpowiedziałeś jednoznacznie, ale jak pokazał czas, nie wytrzymałeś bez pisania. Założyłeś swój portal. Możesz tworzyć tak dobre treści dlatego, że jesteś niezależny i nie musisz się martwić o wejścia na stronę czy zarabianie na tym, bo pracujesz w telewizji?

Przede wszystkim zawsze lubiłem robić te wywiady i zwyczajnie mnie to nakręcało. Nie czułem się wtedy jak w pracy i kiedy puściłem wywiad, byłem raczej zadowolony z wykonanej roboty. Widzę też, że te, które do tej pory opublikowałem, nie klikają się gorzej niż te, które robiłem na Weszło. Szczerze mówiąc, o to się obawiałem. Zauważyłem, że ludzie, kibice mają inne podejście do dziennikarzy indywidualnie. I wywiady żrą, mówiąc kolokwialnie, ale już felietony nie do końca…

…dlatego zacząłeś to pisać bezpośrednio na swoim Facebooku?

Może nie jestem ekspertem od mediów społecznościowych, ale zauważyłem, że jak wrzuciłem tekst o Prijoviciu czy Lewczuku na bloga, wykręcił przyzwoity wynik. Po 25 tysięcy. Jest ok, ale dla próby zacząłem pisać krótkie teksty na kilka akapitów i wrzucałem na Facebooka. To zaczęło gromadzić strasznie duży zasięg, a mam tam jakieś 7 tysięcy polubień, czyli stosunkowo niewiele. Pamiętam, jak napisałem krótki felieton o Krychowiaku w West Bromwich. Na Facebooku zrobił 110 tysięcy zasięgu, a do tego dużo na Twitterze i według mnie ten tekst przeczytało, a przynajmniej wyświetliło, jakieś dziesięć razy więcej osób niż na blogu. Wyszedłem więc z założenia, że większe materiały, jak reportaż ze Stambułu czy wywiady, idą w całości na bloga i ludzie wiedzą, że to będzie duża treść, a felietony na Facebooka.

A co z podcastami? Jakiś czas temu robiłeś sondę na Twitterze, pytałeś czy byłoby zainteresowanie. Co z tym dalej?

Akurat podcasty wymagałyby większej regularności. Przy takiej liczbie meczów do skomentowania, wyjazdów, nie chcę się bawić w kolejną rzecz. Myślę też, że jest odpowiednio duża grupa ludzi, która czyta dłuższe wywiady i raczej nie muszę się o to obawiać.

Kiedyś przy ekstraklasie, od czasu odejścia z Weszło już nie masz z nią styczności. Brakuje Ci tego? Bo wiesz, teraz przynajmniej nie obrazi się Bartek Pawłowski.

Nie on jedyny, obrażonych było całe mnóstwo. Miało to swój klimat, ale fakt, że Bartek Pawłowski jest na mnie obrażony, nie zepsuje mi dnia.

Był obrażony za plakat z Szymonem Pawłowskim, tak?

Tak, absurdalna sytuacja. (Śmiech). Kuba Olkiewicz, który pisał sporo żartobliwych tekstów – typowe żarty, nawet nie szydera – napisał o prezentach dla ludzi polskiej piłki, taką długą listę. No i było, że dla Wojtka Pawłowskiego coś tam, dla Szymona Pawłowskiego coś tam, dla Bartka Pawłowskiego plakat Szymona, żeby zaczął grać tak, jak on.

Jechałem na turniej Amber Cup do Słupska. Dzwonię do Bartka i mówię:

– Czy moglibyśmy się umówić na wywiad, bo wiem, że jesteś w Słupsku, też teraz właśnie przyjeżdżam i moglibyśmy pogadać z godzinkę.
– Po tym, co o mnie napisaliście?
– Ale co napisaliśmy?
– To już nie pamiętasz, co mi daliście na święta?

Zupełnie nie skojarzyłem tego tekstu, na Weszło pojawia się takich mnóstwo.

– No, ale co ci daliśmy?
– Ten plakat.

W tym momencie zapaliła mi się „lampka” i mówię:

– I o coś takiego jesteś obrażony?

No i się obraził. Trudno, było minęło, ale mnóstwo mieliśmy takich sytuacji. Patryk Małecki obraził się na tyle, że nawet na bloga nie chciał udzielić wywiadu. Mimo że nie pisałem niczego złego na jego temat, to ze względu na moją przeszłość w Weszło nadal jest obrażony.

Jesteś na bieżąco z ekstraklasą?

Tak, wbrew pozorom oglądam sporo meczów i jestem w kontakcie z wieloma ludźmi z ekstraklasy. Zupełnie się od tego nie odciąłem. Wiadomo, nie poświęcam tej lidze już tyle czasu, co na Weszło, ale nie odcinam się, bo uważam, że warto być na bieżąco.

Niedawno Weszło napisało o Eleven tak:

„Gdyby mecz pokazywał Canal+, dowiedzielibyśmy się, którą nogę lepszą ma dany zawodnik.
Gdyby mecz pokazywał Polsat, dowiedzielibyśmy się, na ile wycenia go aktualnie rynek.
Gdyby mecz pokazywało Eleven, dowiedzielibyśmy się, którym autobusem do pracy dojeżdża jego siostra”.

To dobrze Was charakteryzuje? Jasne to jest wyolbrzymienie, ale chyba słyniecie z takich smaczków, ciekawostek, o których kibic nie ma pojęcia i których inne telewizje raczej się nie doszukują.

Robimy swoje, robimy to inaczej, niż ktoś robił. Wiem, że jak dziś jest piątek i włączę wieczorem mecz Schalke, to się coś z niego dowiem. Mam też przekonanie, że komentator nie pomyli nazwiska i nie powie we wstępie do transmisji: „No, wiedzą państwo, ja niestety nie miałem okazji oglądać ostatnich meczów Schalke, tak że dzisiaj będziemy poznawać tych zawodników”. Wiem, że na Domenico Tedesco nie powie „Todesco”, czy coś podobnego. Bardziej mi odpowiada to, co my robimy. A słowa napisane przez Weszło to oczywiście hiperbola, natomiast nie odbieram tego osobiście, bo nie opowiadam takich rzeczy.

Nie sugeruję, że to coś złego. Pytam tylko, czy ten cytat dobrze oddaje Wasz styl w porównaniu z pozostałymi telewizjami?

Patrząc na mój komentarz, wiem, jakie błędy popełniałem na początku. Wiem, że wtedy za bardzo bazowałem na tym, co pisały hiszpańskie media, na ciekawostkach. Uważam jednak, że bardzo zmieniłem swój komentarz już podczas pierwszego sezonu i teraz zwracam uwagę na to, co i w jakim momencie mówić. Teraz wykorzystuję dziesięć procent tego, co przygotowuję, i szukam odpowiedniego kontekstu. Natomiast uważam, że współkomentator jest też od tego, żeby sprzedać jakiś background wokół tego meczu, pokazać otoczkę, przedstawić zawodników i wydaje mi się, że ludziom się to podoba. Z tych trzech rzeczy, które przytoczyłeś, uważam, że akurat do mnie dużo bardziej pasują punkty A i B. Nie opowiadam, że kogoś babcia odwoziła autobusem linii 168.

Oczywiście, jeżeli masz mecz Barcelona–Granada i do 50. minuty jest 6:0 i już ustawiony mecz, a potem jest klepanie, to nie będziesz cały czas mówi, że „ten podał do tego” czy o przesuwaniu formacji. Też trzeba umieć utrzymać uwagę widza. Z drugiej strony, mecz Sevilla–Atletico, totalna intensywność, walka, jazda od jednego pola karnego do drugiego. Wtedy nie opowiadam żadnych ciekawostek i skupiam się na sprawach merytorycznych dotyczących boiska. Kończąc ten wątek, kiedy szukam ciekawostek o danym meczu, to tych związanych z boiskiem. Jeżeli jakiś zawodnik trafia do, załóżmy Las Palmas, wyszukuję wypowiedzi dyrektora sportowego. Jak go scharakteryzował, dlaczego go ściągnęli, co mówi na ten temat trener i sam piłkarz. I to wszystko można odnieść do boiska, natomiast kto jeździ jakim autobusem – niekoniecznie. Nie mówię tego i nie biorę tej opinii do siebie, bo ona mnie nie dotyczy.

A jak odbierasz krytyczne słowa innych dziennikarzy o Waszej stacji, sposobie komentowania meczów, prowadzenia programów?

Nie rozumiem jednej rzeczy. Dlaczego wszyscy zakładają, że to, co oni robili przez ileś tam lat, jest jedyną, słuszną drogą, a to, co my robimy, jest złe? Uważam, że tutaj został wprowadzony powiew świeżości. Jedni komentatorzy będą komuś odpowiadali bardziej, inni mniej. Jest to robione inaczej, i trudno – nie każdy musi komentować tak samo. Jest sprawdzona metoda, że koniecznie były piłkarz musi współkomentować mecz, a często oglądając te robione przez byłych piłkarzy – z całym szacunkiem do ich taktycznej wiedzy i doświadczenia boiskowego – widzę, że część z nich nie ma pojęcia o piłkarzach, których komentują. Oczywiście nie wrzucam wszystkich do jednego worka, bo niektórzy przygotowują się znakomicie. Andrzej Iwan, Piotrek Czachowski, Tomasz Łapiński, Czesław Michniewicz, Artur Wichniarek, Grzegorz Mielcarski, Radek Matusiak, trener Jacek Zieliński, Wojciech Grzyb – mógłbym wymienić naprawdę bardzo wielu kolejnych, ale słyszałem też takich, którzy mówili: „dla mnie ręka w polu karnym to ręka i przepisy mnie nie interesują”. I od takiej osoby jednak wolę dziennikarza, który zajmuje się daną materią codziennie. Jednak też nie jesteśmy Niemcami czy Hiszpanią i nie możemy w nieskończoność sięgać po kolejnych Santiago Canizaresów czy Lotharów Matthausów. Tutaj jednak ta droga jest ograniczona, ale to też jest pytanie do widza. Czy woli, żeby mecz komentował koniecznie – tak jak to wyglądało przez ostatnich dwadzieścia lat – były piłkarz, który czasami nie potrafi wymówić imienia swojego kolegi? Innym razem narzeka na trenera, że ten nie wystawił jakiegoś zawodnika, a ten piłkarz ma zerwane więzadła. Czy może widz woli dziennikarza, który zajmuje się tym od wielu lat. Są różne opinie, szanuję jedne i drugie, natomiast zauważyłem niechęć kilku kolegów z branży – z innych telewizji – do Eleven, ale to ich prawo.

Jedną z cech Waszej telewizji jest luz, wszechobecny luz. O wiele większy niż w innych. Nie uważasz, że czasem przekraczacie pewną granicę? Jeden z Waszych dziennikarzy, bez wskazywania nazwisk, zaznaczał, że widz ma się piłką, transmisją meczu bawić.

Myślę, że przeginki nie ma. Choć oczywiście takową było śpiewanie hymnu, to jest oczywiste. Jednak była ona kontrolowana, zapowiedziana i miałem świadomość, że się skompromituję. Wiedziałem, że takie coś się zdarza raz na sezon i już się nie zdarzy.

Popatrz na inne telewizje. Gary Lineker prowadzi program w bokserkach, to jest podobna sytuacja, przegrał zakład. W Hiszpanii w telewizji wrzeszczą, kłócą się goście związani z Realem i Barceloną. We Włoszech tak samo. Pamiętam taką sytuację, à propos włoskiej telewizji, że siedział Jose Mourinho, a wokół niego tańczyła skąpo ubrana kobieta.

Z Fabio Capello było to samo.

Dokładnie, i to dopiero jest jazda po bandzie.

Tylko wiesz, z czego to wynika. Burzymy się na to, bo mamy inny temperament.

Burzymy się na to dlatego, że ktoś przez dwadzieścia lat robił coś w określony sposób, a teraz robimy coś inaczej. Nagle uważa się, że musimy robić coś tak, jak robili to przez kilkanaście lat. Nie musimy.

Mogą mieć też swoje zdanie, ale kiedy przechodzi to w ataki, to fakt, że może być to przesadą…

Myślę, że byłoby zdrowiej, gdyby się każdy skupił na sobie, i myślę, że sam by na tym skorzystał. Nie oceniam kolegów z branży, totalnie się z tego wycofałem – niech robią, co chcą.

Zdjęcie: archiwum Tomasza Ćwiąkały

Robicie telewizję, przede wszystkim, dla wyselekcjonowanej grupy odbiorców. Mógłby Was zupełnie swobodnie i zrozumiale oglądać kibic – nazwijmy go – reprezentacyjny. Taki, który ogląda mecze od święta, tylko kiedy gra Polska?

Wydaje mi się, że tak robimy, że każdy się odnajdzie. Z tym że inaczej komentuje się mecze Barcelony, Realu, Bayernu, a inaczej Girony, Las Palmas czy Hannoveru. Jeżeli komentujesz mecze drużyn z tej drugiej grupy, to musisz mieć świadomość, że ogląda cię wielu kibiców tych wielkich klubów, którzy niekoniecznie dużo wiedzą o mniejszych. Natomiast kiedy komentujesz mecze gigantów, nie musisz tłumaczyć, jak gra Leo Messi. Chyba że tak jak w poprzednim sezonie, kiedy delikatnie zmieniła się jego rola.

To wszystko jest podawane w tak zjadliwy sposób, że pewne podstawowe kwestie są wytłumaczone, ale też jest zagłębienie się. Myślę, że gdyby to było robione na zasadzie powierzchowności, wtedy ci ludzie chcieliby odchodzić. I wtedy mogliby mieć większe obiekcje.

A mecz reprezentacji Polski komentowałbyś tak samo?

Szczerze mówiąc, nie zastanawiałem się nad tym, ale myślę, że nie. Myślę, że trochę inaczej, w sposób bardziej pompatyczny, bardziej grać na emocjach. Jeżeli jeszcze komentujesz taki mecz na Stadionie Narodowym, wiadomo też, że jest mniej mówienia ze względu na kibiców.

Często też robisz przerwy po golach, na przykład na Santiago Bernabeu.

I to jest to. Zauważyliśmy, że ktoś może powiedzieć, że coś zagadujemy… A z drugiej strony, niech mi ktoś pokaże drugą telewizję, w której, kiedy zaczyna się mecz np. na stadionie Metropolitano i kibice zaczynają śpiewać hymn Atletico – czy innego klubu – komentatorzy się zamykają i dają tego wysłuchać. Kiedy pada bramka, wiemy, że jest spiker i za moment kibice będą mogli wykrzyczeć jakieś nazwisko, to się zamykamy. Jeżeli na stadionie Napoli jest Decibel Bellini, też komentator nie mówi, więc wiemy, kiedy się uciszyć. To samo z meczami Barcelony. Jest siedemnasta minuta lub 62. i kibice śpiewają „Independencia”, też siedzimy cicho. Żeby widzowie też poczuli atmosferę stadionu. Kolejny przykład to mecz Espanyolu, 21. minuta i hołd dla świętej pamięci Daniego Jarque. W takich sytuacjach milczymy, oczywiście, jeśli nie ma sytuacji bramkowych. A czy inni tak robią? Niech sobie sami zadadzą pytanie.

Jeśli chodzi o to milczenie podczas hymnów, na Twitterze widzę mnóstwo takich opinii, że ludzie autentycznie piszą: „Dziękuję, że dałeś mi wysłuchać hymnu”. Tych komentarzy są dziesiątki, więc chyba wiemy, kiedy i co mówić.

Dwa lata temu w rozmowie z Samuelem Szczygielskim mówiłeś, że nie wiesz, co z komentatorką. Zacytuję:

„Lubię mówić o piłce. Ale to, że dobrze się z tym czuję, nie znaczy, że ktoś, kto będzie mnie słuchał, oglądał, odniesie takie samo wrażenie” .

Chyba, patrząc po opiniach, dobrze się sprawdzasz i na tym stanowisku.

Większość opinii jest pozytywnych, ale nigdy wszystkie nie będą. Jednak jestem dość odporny na krytykę, bo Weszło to był dobry chrzest bojowy. Jeżeli są pozytywne opinie, to się cieszę, ale też nie jest tak, że się tym grzeję. Po prostu wiem, że za moment jest kolejny mecz i trzeba się do niego przygotować.

Generalnie jednak jest też tak, że większą satysfakcję, luz mam w mówieniu niż w pisaniu. Źle się czułem w tematach pisanych z biurka, gdy trzeba było coś szybko skomentować, opisać transfer. Nie bardzo lubiłem, aczkolwiek rozumiałem, że to też jest konieczne na takich portalach. A kiedy byłem w Stambule i pisałem reportaż z Marcelo, zrobiłem to błyskawicznie. Autentycznie w pół godziny, bo ten tekst cały czas rysował mi się w głowie. Uważam, że w takich tekstach z terenu się naprawdę dobrze odnajduję. Jednak rozumiem też, że w dzisiejszych czasach redakcja nie może sobie pozwolić na zatrudnienie osoby, która by tylko jeździła za granicę i sprzedawała ten klimat.

Zaczął się trzeci sezon, od kiedy komentujesz. Wspomniałeś o tym pokrótce, ale jakie jeszcze widzisz różnice, oglądając te pierwsze mecze, w porównaniu z wcześniejszymi?             

Nie oglądam ich. (Śmiech). Teraz bardziej bazuję na swojej opinii na temat zespołów. Wiem też, kiedy jest moment na powiedzenie danej kwestii. Myślę też, że bardzo się poprawiłem w aspekcie czytania gry. Natomiast, jak to mawia Adam Nawałka, rezerwy są i trzeba się edukować. Dużo daje oglądanie meczów z piłkarzami czy trenerami, oni otwierają ci oczy na pewne rzeczy. Niedawno podczas meczu Girony z Barceloną zwróciłem uwagę, że Messi ma „plastra”, czyli indywidualne krycie Pablo Maffeo. Byłem bardzo ciekaw, jak to zostanie przeanalizowane w Hiszpanii, choćby przez byłych piłkarzy. Ich wnioski były takie same i miałem ogromną satysfakcję. Plus to, co pisałem o Paulinho, na bazie tego, co dawał reprezentacji Brazylii. Mówiłem na początku, że to transfer z pozoru komediowy, ale piłkarza o takiej charakterystyce nie ma w Barcelonie i się sprawdziło. Wydaje mi się, że parę lat temu nie miałem takiej wiedzy.

Wcześniej nie miałeś nic wspólnego z komentowaniem. Ile czasu trwała transformacja, przygotowanie do tego?

Można powiedzieć, że transformacja trwa cały czas, ale najważniejszy był pierwszy sezon. Przed pierwszym meczem obejrzałem kilka poprzednich spotkań, przygotowałem notatki. Wszedłem, ale przyznam szczerze, że słabo to wyglądało.

Czyli nie miałeś wcześniej próbnych nagrań?

Nie, nic nie miałem, ale bywa różnie. Na przykład Michał Mitrut miał jakieś „próbki”. Ja wszedłem od razu, ale ten pierwszy sezon był transformacją, bo zostałem rzucony na głęboką wodę. Od razu El Clasico ze stadionu, to były naprawdę grube rzeczy, których inna telewizja pewnie by ci nie dała. Widzę jednak, że się rozwinąłem, bo każdy się rozwija, o ile chce. Tutaj widzę, że chcą wszyscy. Mateusz Święcicki chyba wykupił jakiś kurs montażu materiałów z telefonu, czy coś takiego. I robi to w czasie wolnym. Inni uczą się języków, pozostali dokształcają się w jeszcze inny sposób.

Dziś w Eleven możesz oko w oko usiąść z Jorge Sampaolim czy Filipe Luisem. Kiedyś w strefie mieszanej, mówiąc kolokwialnie, olał cię Thiago Motta.

To nie jest jedyny przypadek. W strefie mieszanej jest jedno wielkie, masowe olewanie. Zwłaszcza przy takich postaciach jak Thiago Motta czy takich drużynach, jak reprezentacja Włoch. Wyjątkiem byli Chorwaci. Modrić, Mandzukić czy Perisić rozmawiali z wszystkimi. Jeśli chodzi o Włochów, wtedy nie rozmawiał absolutnie nikt – ani jeden piłkarz. Wszyscy olali wszystkich, nie było tak, że Motta ominął tylko mnie.

Nie robiłem tego typu wywiadów i uznałem, że zamiast robić takie na siłę ze strefy mieszanej na Euro 2016, to po meczu reprezentacji Węgier po prostu poszedłem do Nemanji Nikolicia. Wiedziałem, że mi nie odmówi, bo znaliśmy się jeszcze z Warszawy. Wiedziałem, że to będzie ciekawe, że sam będzie chciał udzielić wywiadu polskim mediom. Do strefy mieszanej poszedłem jeszcze po meczu Portugalii, żeby zobaczyć, jak to wygląda, i napisałem z tego reportaż. Jak się zachowywali poszczególni zawodnicy i uważam, że to było ciekawsze niż wzięcie trzech zdań od Naniego, że się dobrze czuł i tak dalej. Jednak telewizja też takich zdań potrzebuje, bo tu w dużej mierze chodzi o „obrazek”.

Zatrzymajmy się przy przygodzie w Stambule. Jak to możliwe, że byłeś tak blisko w tych czasach?

Też byłem zaskoczony, że byłem tak blisko, na mistrzowskiej fecie, ale to wynika tylko ze znajomości z Marcelo. Nie ma tu żadnego sekretu, zawsze byliśmy kumplami i nie traktował mnie tam jako dziennikarza. Nikt z klubu nie robił problemów, bo nikt nie wiedział, że jestem dziennikarzem. Ja też się tym nie chwaliłem, zwłaszcza, biorąc pod uwagę fakt, jak w dzisiejszej Turcji traktuje się dziennikarzy – nawiasem mówiąc.

Miałem na sobie lifestyle’ową koszulkę z napisem „Marcelo” – tam możesz kupić taką z nazwiskiem każdego zawodnika. Wszedłem z jego żoną i dzieciakami, później dotarł jeszcze jego kolega, który wszedł już w trakcie meczu. Byłem z nimi jak rodzina, ale to jest charakterystyczne dla Brazylijczyków. Kiedyś Arsene Wenger powiedział, że każdy brazylijski piłkarz to korporacja, bo ściąga ze sobą trzydzieści osób. Oni uwielbiają otaczać się ludźmi. Kiedy na koniec mówiłem, że nie wiem, jak dziękować za takie przyjęcie mnie, mówili, że najlepiej, jak przyjadę znowu za dwa tygodnie. I to nie jest żadna kurtuazja, po prostu nienawidzą, kiedy nikt ich nie odwiedza.

Wtedy okazja była znakomita, bo świętowanie mistrzostwa w takim miejscu, to coś wyjątkowego. Zresztą, ostatnio przekonał się o tym Timo Werner, który poprosił o zmianę, bo było za głośno na stadionie.

Tam się pojawiają dwie wersje.

Tak, że jeszcze problemy z krążeniem. Jednak były nagrane filmiki z trybun, na których było widać, że nie za bardzo radzi sobie z tym hałasem. Na tym stadionie faktycznie nie słyszysz własnych myśli, więc można sobie wyobrazić, jak wyglądało tam świętowanie mistrzostwa. Uznałem, że prawdopodobnie nie będę miał już takiej okazji, że mój kolega będzie zdobywał mistrzostwo Turcji.

Zdjęcie: archiwum Tomasza Ćwiąkały

No, chyba że zdobędzie mistrzostwo Francji, ale to chyba mniej prawdopodobne.

Nie ma porównania ze zdobywaniem jakiegokolwiek mistrzostwa w Europie. Może Belgrad, bo tam też mocniej przeżywa się to kibicowsko. Miejsce absolutnie wyjątkowe, nigdzie nie kibicuje się tak, jak w Turcji. Oczywiście, wielu osobom imponują takie stadiony jak Lech czy Legia, gdzie jest znakomity doping, gdzie przyjeżdżają dziennikarze z zagranicy i kręcą filmiki. Ale naprawdę Turcja to przy tym inna liga. Pewnie niektórym trudno to sobie wyobrazić, ale tak jak na Legii jest Żyleta, a na Lechu – Kocioł, tam wygląda tak cały stadion. Tam śpiewa każdy, każdy zdziera gardło przez całe spotkanie. Takiego fanatyzmu nigdy jeszcze nie widziałem. Czytałem też ostatnio artykuł napisany przez Mario Gomeza, który grał w Besiktasie i napisał to samo.

Z kolei Adrian Mierzejewski narzekał, że aż za bardzo kibice tym żyją. Opowiadał, że nie mógł wyjść na miasto, do restauracji, bo wszędzie był zaczepiany, proszony o zdjęcia, co trwało długie minuty.  

Tutaj już nawet nie wspominam o Marcelo, bo on nie musiał płacić za obiady i tak dalej. Ale jego żona jest rozpoznawalna…

A dziecko ma chyba jakiś fanpage.

I to nie jeden, znalazłbyś pewnie kilkanaście takich stron. Jego siedmioletnie dziecko dostało propozycję, żeby reklamować garnitury. Pewnie z tatą, ale tam jest tak absolutny fanatyzm. Wystarczy, że jego żona coś wrzuci na Instagrama, to jest szał do tej pory. Natomiast szał wokół dzieci Marcelo zaczął się od tego, że są bardzo energiczne i bardzo szybko wszystko podłapują. Tam – z tego, co słyszałem – przed lekcjami codziennie śpiewa się hymn Turcji, niezależnie od wieku. Siedmioletni syn Marcelo, mimo że Brazylijczyk, też musiał go śpiewać. Dzieciak błyskawicznie się nauczył, a że śpiewanie hymnu zdarza się też przed meczami ligi tureckiej, kamery szybko wychwyciły jak śpiewa i on. Jeszcze robiąc gest lądującego orła, charakterystyczny dla kibiców Besiktasu, coś jak „L” w Legii. Od tamtej pory tak to wygląda, że gdyby założył własny fanpage, to miałby pewnie z pół miliona fanów. To jest miejsce absolutnie wyjątkowe. Zresztą cały czas mamy bekę z tego „Come to Besiktas”. (Śmiech).

Zwłaszcza Mateusz Święcicki.

Tak, tak. I jak coś się pojawi, to od razu „Come to Besiktas”. A wracając do Marcelo, to miał tam wszystko, był tam bogiem. Poza tym był bardzo lubiany, nigdy nie dostarczał skandali. Sam wprost mówił, że tam trzeba uważać na życie prywatne, bo nie ma możliwości, żeby piłkarz był nierozpoznany, żeby spokojnie przeszedł dziesięć metrów.

Rozumiem, że właśnie Marcelo jest najlepszym obcokrajowcem w historii ekstraklasy?

Tak, tak, wiesz…

…ale mówisz to głównie z czystej sympatii?

Tak, głównie tak, bo rozumiem głosy, że ktoś postawi na Kalu Uche, a inny na Radovicia, Ljuboję czy Vadisa. Natomiast patrząc, jak się potoczyła kariera danego obcokrajowca w ekstraklasie i później, moim zdaniem, on jest najlepszy. Nie miał w Polsce złego okresu, rozegrał dwa znakomite sezony bez jakiejkolwiek aklimatyzacji. W drugim sezonie strzelił osiem goli i poszedł do PSV. Wtedy rozmawiałem z holenderskim dziennikarzem, który był sceptycznie nastawiony. Mówił, że Marcelo to jednak nie ten poziom. A on wszedł, rozegrał 100 meczów i kończył jako kapitan. Potem poszedł do Hannoveru i sam przyznaje, że można było rozegrać to lepiej, mógł trafić do lepszego klubu. Tam był ceniony i kiedy przeniósł się do Besiktasu, każdy myślał, że będzie już odcinał kupony, że poszedł zarabiać wielkie pieniądze. Odzyskał mistrzostwo po wielu latach, potem dorzucił kolejne, a Marcelo odchodził jako najlepszy obrońca ligi. 30-latek, za 7,5 miliona euro trafił do Lyonu, to też duży transfer. Nic, tylko czekać na powołanie do reprezentacji Brazylii.

Rozmawialiśmy z Adriano (brazylijski obrońca Besiktasu – przyp. red.) i twierdzi, że Marcelo ma umiejętności, żeby grać w topowym europejskim klubie. Uważa tylko, że ta kariera nie została dobrze poprowadzona. I myślę, że w takich klubach znalazłbyś gorszych obrońców. Nie uważam, żeby był gorszy od Jeremy’ego Mathieu.

Teraz jesteś wiernym kibicem Olympique Lyon?

Oczywiście, że tak. (Śmiech). Mało tego, już nawet sprawdzałem połączenia lotnicze. Kiedy nagrywaliśmy z Marcelo rozmowę na Skype do „Eleven Goal Live”, to na koniec kurtuazyjnie do niego powiedziałem: – Wpadnij tu kiedyś, do WarszawyTeraz masz bliżej. Skończyliśmy to nagrywać, później patrzę, a tam wiadomość: – No dobra, dawaj znać. Od razu sprawdzę, kiedy mam wolne. Jak widać, serio chce przylecieć i napisałem mu, że może w przerwie reprezentacyjnej w listopadzie. Chyba że dostanie powołanie.

Jakie miałeś autorytety dziennikarskie, powiedzmy, w wieku siedemnastu lat? Kiedy wchodziłeś do zawodu, zaczynałeś z tym wiązać większe plany.

Jeżeli chodzi o telewizję, to Mateusz Borek, a wtedy też nie było jakiejś wielkiej konkurencji. Na pewno Krzysztof Stanowski, zresztą z nim miałem okazję pracować. Szczerze mówiąc, wielu nie miałem. Nie miałem też potrzeby, żeby się na kimś wzorować. Może kilka razy, jeszcze w Weszło, próbowałem wzorować się na Stanie, ale widziałem, że nie jest to dobry kierunek, bo mamy inny charakter i byłbym w tym nienaturalny.

Natomiast jeśli chodzi o sposób budowania emocji w komentarzu, to uwielbiam Łukasza „Jurasa” Jurkowskiego.

A kto dzisiaj jest topem dla Ciebie?

Mateusz Święcicki. Najlepszy dziennikarz sportowy w tym kraju, bez dwóch zdań.

Dlaczego, czym takim się wyróżnia?

Po pierwsze, jest kompletny. Potrafi napisać tekst, zrobić wywiad, skomentować mecz i poprowadzić program. Ma obsesję piłki. To jest gość, który wraca do domu po dziesięciogodzinnym dniu pracy i ogląda film dokumentalny o Boca Juniors. Robi rzeczy wyjątkowe, typu dokument o Paulo Dybali, co jest dla niego najlepszą wizytówką. Za topowego uważam też Łukasza Wiśniowskiego. Jeśli chodzi o pisanie, to na pewno Krzysiek Stanowski. Analityczne podejście do piłki najlepiej robi Michał Sadomski z Weszło. Może jest mało znany w mediach społecznościowych, ale to jest top. Podchodzi do piłki w sposób matematyczny. Zresztą, gdy kiedyś zapytałem go, skąd takie zamiłowanie, to odpowiedział, że nie ma lepszego sposobu na uciszenie krytyków niż liczby.

Hiszpańscy dziennikarze są lepsi od polskich? Tam zdarza się sporo niechlujnych, zwłaszcza jeśli chodzi o zagraniczne kluby, piłkarzy. A pytam też, bo Polacy wszystko, co zagraniczne, uważają za lepsze.

Nie ma reguły. W „El Pais” są świetni, w „Marce” i „AS-ie” jest wielu dramatycznych. Trzeba mieć do tego dystans. Wiedzieć, że jak katalońska gazeta, zwłaszcza „Mundo Deportivo”, podaje informację transferową, to często jest to wyssane z palca. I podejrzewam, że nikt jej tego nie podał z klubu, tylko nie ma pomysłu na okładkę i wrzuca sobie kogoś.

Jest też kilkunastu polskich, którzy dorównują tym z topowych mediów zagranicznych. Na przykład Paweł Wilkowicz nie powinien mieć żadnych kompleksów, Michał Sadomski czy Krzysiek Stanowski to samo.

Jak u Ciebie z rozpoznawalnością?

Zdarzają się przypadki, że ktoś mnie pozna. Częściej jednak poznają poza Warszawą, w Krakowie. Też nie przesadzajmy, bo twarzą Eleven jest bardziej Mateusz i to on jest pewnie częściej zaczepiany.

Nigdy nie miałem niemiłej sytuacji. Raz w knajpie jakiś gość podchodzi do mnie i mówi:

– Wykonujesz super robotę, a ja jestem kibicem Śląska Wrocław.

– No i co w związku z tym, że jesteś kibicem Śląska Wrocław? Nic do Śląska przecież nie mam. (Śmiech).

Jakie masz jeszcze plany? Robisz wiele rzeczy w tak młodym wieku. Jesteś stosunkowo młody, jeśli chodzi o dziennikarzy na topie.

Raczej się skupiam na codziennej robocie. Tego jest tak dużo, że nie wybiegam za bardzo w przyszłość. Chcę po prostu robić dobrze to, co robię w tym momencie. Natomiast fakt, że docelowo częściej chciałbym robić rzeczy takie, jak ze Stambułem. To jest coś, co mnie napędza. Minęło sporo czasu, a z dziesięć razy słyszałem na ulicy, że super był ten tekst i tym podobne. To była fajna robota i chciałbym robić więcej tego typu rzeczy, nawet wykorzystywać wyjazdy na wakacje. Poświęcić jeden dzień, bo to daje mi radość. Nie traktuję tego jako pracę.

29 września rozmawiał Tomek Witas

Fortuna: Odbierz 110 zł na zakład bez ryzyka
+ do 400 zł bonusu!