Żegnaj legendo, mentorze i wielki sportowcu

Nigdy nie nazwałbym się wielkim fanem koszykówki. Oglądałem NBA, czasami namiętnie, innym razem dla zabicia czasu, ale nie potrafiłem poczuć amerykańskiej miłości do basketu. Uwielbiałem rano przed szkołą obejrzeć skrót wszystkich spotkań. Czasami mecz w nocy i kompilacje rano, ale nic poza tym. Zawsze jednak – pomimo wielkiej miłości do futbolu – koszykarze byli dla mnie herosami. Magic Johnson, Larry Bird, Michael Jordan, Kobe Bryant… Sportowcy mityczni. Niby ludzie, a jednak postacie z bajki. Teraz ten ostatni, który wykraczał poza granice sportu, odszedł. Po ludzku jest mi smutno. Czuję żal. 

Czemu?

Wielokrotnie mierzyłem się z tym pytaniem. Odpowiedzi nie otrzymałem nigdy. Możesz myśleć, że życie jest niesprawiedliwe. Możesz upić się jak świnia. Naćpać do nieprzytomności. Rano wstaniesz i znowu zadasz sobie to samo pytanie, a odpowiedzi nie będzie. Gdy uświadomisz sobie, że nigdy jej nie będzie, na twarzy pojawią się łzy, serce będzie pękało i poczujesz się najgorzej, jak tylko można. Bezsilność. Nie ma nic gorszego na tym chorym świecie. Dobrzy ludzie odchodzą, źli żyją. Tak chcesz myśleć, bo jak inaczej?

Odszedł legendarny sportowiec. Odszedł człowiek. Mąż, ojciec i przede wszystkim wzór dla wielu osób. Pewnie musiałbym napisać sto tysięcy znaków, by wypisać personalia wszystkich ludzi, których Kobe wyciągnął z gówna, które nosi imię kokaina, heroina, amfetamina, alkohol, hazard… I to jest najlepsze świadectwo. Koszykówka jest tutaj nieistotna. Król jednego z najbardziej popularnych sportów na świecie był inspiracją dla ludzi zagubionych. Dla mnie 81 punktów rzuconych przeciwko Toronto jest niczym, przy tym co Kobe zrobił dla wielu zagubionych. Skłamałbym gdybym napisał, że mnie wyciągnął z jakiegoś nałogu. Tak nie było, ale zawsze był dla mnie inspiracją. I nie chodzi o koszykówkę, ale wszystkie aspekty życia.

Budzisz się rano, ale śpisz dalej do 12:00

On nie spał. Gdy kończył drugi trening, przewracałeś się na drugi bok. Gdy miał kilkaset milionów dolarów na koncie, zbierałeś na spłatę hipoteki. Gdy piłeś kolejną pięćdziesiątkę, myślał o tym, jak rozwalić Chicago Bulls. Profesjonalizm. Mogę kogoś nie lubić, ale zawsze będę szanował takie osoby, gdyż mam świadomość, jak wiele muszą poświęcić, by wejść na szczyt. Kobe miał wszystko, był nasycony, lecz cały czas chciał. Miał obsesję doskonałości. Chyba Wojtek Szczęsny, który jest zawodowym sportowcem, powiedział kiedyś, że nie potrafiłby przeżyć dwóch tygodni z życia Cristiano Ronaldo. I to i tak dużo. Ja nie potrafiłbym przeżyć tak jednego dnia. Rygor, rygor i jeszcze raz rygor. Pokus miliony, ale nawet nie pomyślisz o nich, bo chcesz być najlepszy. Dla człowieka, który ma problem wybrać wieczorem pomiędzy winem, a siłownią, takie rzeczy są nieosiągalne. Jedynie by choć przez chwilę wejść w skórę geniuszy nastawionych na sukces, możesz przeczytać biografię Elona Muska, Rogera Federera albo właśnie „Czarnej Mamby”. Przyjdzie jednak poranek i klikniesz „drzemkę”, a później wstanie o 10:00 i pójdziesz do pracy. Na siłownię wybierzesz się ewentualnie wieczorem, jeśli nie stwierdzisz, że w sumie dziś obejrzysz serial, zjesz chipsy i wypijesz piwo.

Znaki

W trakcie okresu świątecznego przeczytałem książkę – „Kobe Bryant. Mentalność Mamby. Jak zwyciężać”. Genialna lektura dla każdego sportowca. Wyciągnąłem z niej jeden – chyba nieoczywisty – wniosek. Przede wszystkim jesteś sam. Możesz uprawiać sport zespołowy, a i tak jesteś sam. Tak jak w życiu – rodzice, żona dzieci… Masz rodzinę, którą kochasz, jesteście jednością, ale mimo wszystko podążasz drogą, na której zawsze będziesz tylko ty i nikt więcej. Twoje wybory będą decydujące. Jeśli będą dobre, będziesz bliżej sukcesu. Jeśli będą złe, stracisz czas, ale sukces nadal będzie realny. Po prostu trzeba wyciągnąć wnioski i dalej przeć do przodu. I tak właśnie do przodu przez całą karierę parł Kobe.

Życie jest żartem i trzeba się z niego śmiać

Szczerze mówiąc sport już mnie nudzi. Często wynoszony do fizyki kwantowej, rozkładany na czynniki pierwsze, a tak naprawdę w meczu koszykówki, czy piłki nożnej nie ma nic nadzwyczajnego. Jestem na etapie, gdy jedyne co mnie może poruszyć, to emocje. Ludzkie emocje. Takie jak wtedy, gdy Andres Iniesta zdobył bramkę dającą pierwsze mistrzostwo świata dla Hiszpanów, a następnie zdjął koszulkę, by uczcić pamięć przyjaciela, Daniego Jarque. Takie jak wtedy, gdy LeBron wygłosił poruszającą przemowę po zdobyciu mistrzostwa z Cleveland. Tak jak wtedy, gdy Andrzej Gołota po raz kolejny próbował zdobyć pas mistrza świata. Dlatego tak bardzo szanuję sportowców, którzy mogliby być nasyceni sukcesami, a wychodzą na zwykły mecz o ligowe punkty i na ich twarzy widać głód zwycięstwa. Nieważne czy grają przeciwko półamatorom z trzecioligowego klubu, czy przeciwko największym kozakom… Właśnie taki był Kobe. Owszem, potrafił się uśmiechnąć po pudle, ale na jego twarzy zawsze w takich sytuacjach było widać złość. Podejrzewam, że gdy przegrał z córką partyjkę w chińczyka, czuł wkurwienie. Tacy ludzie, jak Bryant nienawidzą przegrywać i to czuć i widać za każdym razem. Dla takich ludzi ogląda się i kocha sport. Oni dają emocje, a to jest w tym wszystkim najpiękniejsze. Najbardziej uzależniające.

Żegnaj

Oczywiście Kobe nie był moim przyjacielem, czy nawet kumplem albo znajomym. Pomimo tego poczułem jakiś wewnętrzny smutek, gdy dowiedziałem się, że nie żyje. Dla mnie to jedno z najdziwniejszych uczuć, gdy umiera osoba, której nie znałeś prywatnie, a czujesz smutek i żal. Ostatni raz tak miałem chyba z Pawłem Zarzecznym, którego niestety nigdy nie miałem okazji poznać osobiście. Zdarzyło się rozmawiać przez telefon, napisać sms-a, ale to nie to samo. Do dziś często się łapię na tym, że brakuje mi jego komentarza, gdy coś się wydarzy w świecie sportu, czy branży dziennikarskiej.

Kobe Bryant – gość z telewizora, przez którego wielokrotnie zaspany na lekcjach języka polskiego, omawiałem „Lalkę”, czy inną lekturę szkolną, odszedł. Zginął w katastrofie lotniczej w wieku 41 lat. W momencie gdy druga połowa życia była przed nim. Z mojej perspektywy ta lepsza, bo wygodniejsza i przyjemniejsza. Dla niego pewnie gorsza, ponieważ mniej emocjonalna. Co najsmutniejsze nie odszedł sam, a z 13-letnią córką. Nawet nie chcę myśleć co czuje rodzina, który straciła dwie tak ważne osoby w swoim życiu, bo niestety wiem, co czują. Bezradność, wściekłość, a za chwilę smutek… Żegnaj mistrzu. Chcę wierzyć, że tam jest lepiej.

BB