Żył szybko, umarł młodo. Wspomnienie Kazimierza Deyny

deyna

23 października to data szczególna, dzień, w którym na świat przyszło wielu znanych osobistości ze świata futbolu. Wystarczy wspomnieć choćby dzisiejszych jubilatów: Brazylijczyka Pele (76) czy Adama Nawałkę (59). Ale oni wciąż żyją i ich legenda nie jest tak wielka, jak zmarłego w 1989 r. Kazimierza Deyny, który powinien obchodzić właśnie 69. urodziny. Odszedł jednak przedwcześnie i pozostały po Nim tylko wspomnienia.

Nie sposób przejść obok tego Geniusza obojętnie i nie napisać choćby kilku słów, skoro nadszedł 23 października. Pisać o nim tylko po to, bo „tak wypada” jest chyba niemożliwością. Po prostu są (lub byli) piłkarze, o których chce się tworzyć kolejne teksty, aby choć w ten sposób przyczynić się w jakimś stopniu do zachowania pamięci o nich i złożenia im swoistego hołdu. A Kaziu, jak pieszczotliwie nazywano Deynę, zasłużył na to, jak chyba żaden inny nadwiślański gracz.

Nie był on za życia wzorem cnót i kimś, kogo wypadałoby naśladować, jeśli chodzi o życie osobiste. O zmarłych podobno nie wypada mówić źle, ale nie jest tajemnicą, że Pan Kazimierz lubił się zabawić w towarzystwie nowo poznanych kobiet, w czym nie przeszkadzała mu przysięga małżeńska złożona żonie Marioli. Ikona Legii Warszawa dość wcześnie też zaczęła nadużywać alkoholu, ale takie były czasy. Skoro nawet nie dbając przesadnie o swoje zdrowie, Deyna grał  fenomenalnie, strach pomyśleć, jakim futbolistą by został, prowadząc się tak, jak choćby czyni to Robert Lewandowski.

Z drugiej jednak strony właśnie taki, a nie inny styl bycia Kaki spowodował, że polscy kibice wciąż noszą go w sercu. Nie od dziś bowiem wiadomo, że o popularności sportowca świadczą też, a może przede wszystkim, różnego rodzaju skandale. Deyna wyprzedził pod tym względem swoją epokę. Był kimś w rodzaju Cristiano Ronaldo czy Davida Beckhama. Potrafił nadać szarej, peerelowskiej rzeczywistości kolorytu i sprawić, że jego rodacy z wypiekami na twarzy czytali o jego kolejnych podbojach miłosnych. Deyna był nie tylko genialnym rozgrywającym, ale też playboyem, gwiazdą, nietuzinkową osobowością. Zachwycał i szokował, wzbudzał miłość i zawiść. Krótko mówiąc: nikogo nie pozostawiał obojętnym wobec siebie.

O jego karierze powstają wciąż nowe artykuły i opasłe książki. Wszyscy doskonale znają historię  przejścia zawodnika do Legii po zaledwie jednym rozegranym spotkaniu w I lidze (dzisiejsza ekstraklasa) w barwach ŁKS-u Łódź. Przechwycony przez warszawski zespół pod pretekstem odbycia służby wojskowej, został tam na 12 długich lat, podbijając serca wszystkich sympatyków zasiadających na trybunach Łazienkowskiej. Ci, którzy mieli okazję oglądać go w akcji na żywo, mają prawo nazywać się wielkim szczęściarzami. Patrząc na rozgrywających, jakimi dysponuje dziś w reprezentacji Adam Nawałka i porównując ich z wyczynami Kazika, zjadają pewnie zęby ze złości.

Gdyby Deyna urodził się kilka dekad później i występował dziś na boisku, bylibyśmy jedną z najlepszych reprezentacji na świecie. Lewandowski nie musiałby męczyć się z Piotrem Zielińskim i czekać w nieskończoność aż ten rozegra przyzwoite spotkanie. Zamiast tego tworzyłby duet marzeń wespół z Kaką, który do dziś uznawany jest za jednego z najwybitniejszych graczy w historii nie tylko polskiego futbolu. Kiedyś podobno usłyszał z ust samego Pelego, że jest świetny, a wiadomo, że akurat Brazylijczyk nie jest zbyt skory do komplementowania kogokolwiek.

Nie da się opisać gry Deyny, trzeba było ją po prostu zobaczyć. Na archiwalnych filmach widać doskonale, jak bardzo nieeuropejski styl gry prezentował. Bliżej było mu do graczy Canarinhos, z którymi bawił się w trakcie meczu o brązowy medal mistrzostw świata 1974. 97-krotny reprezentant Polski miał wszystko: przegląd pola, szybkość, technikę, strzał z obu nóg. Nie potrafił zdobywać brzydkich goli, wszystkie jego trafienia musiały być naznaczone stemplem jego jakości. Cudowne uderzenie z pierwszej piłki po asyście Henryka Kasperczaka w spotkaniu grupowym z Włochami podczas Weltmeisterschaft 1974, bramka zdobyta bezpośrednio z rzutu rożnego w eliminacyjnym spotkaniu do MŚ 1978 z Portugalią, czy fantastyczny strzał w meczu towarzyskim z Irlandią to tylko kilka przykładów potwierdzających kunszt naszego bohatera.

„Deyna Kazmierz. Nie rusz Kazika, bo zginiesz” – śpiewali (i wciąż to robią) fani Legii, ale nikt nie musiał go tknąć, by zakończył swój żywot. 1 września 1989 r. rozpędzony dodge, mieszkającego wówczas w Stanach Zjednoczonych piłkarza, uderzył w zaparkowaną na poboczu autostrady w San Diego ciężarówkę. Nie wiadomo, czy wracający z treningu Deyna przypadkowo wjechał w TIR-a, czy też specjalnie. Wiadomo, że nie próbował hamować, więc być może chciał skończyć ze swoim życiem, które ulegało coraz większemu wyniszczeniu przez alkohol.

Deyna zginął młodo (bo cóż to jest 41 lat?) i niespodziewanie. Jego śmierć odbiła się szerokim echem w całym piłkarskim świecie, a do dziś niektórzy wciąż próbują nieco ugrać na nazwisku tragicznie zmarłej legendy. Co jakiś czas podejmowane są próby sprowadzenia prochów Pana Kazimierza do Polski, na co nie wyraża jednak zgody wdowa po nim. I słusznie. Nie trzeba zakłócać jego spokoju. Nie zaznał go zbyt wiele za życia, więc niech cieszy się nim teraz. Nieważne jest miejsce pochówku Deyny, ważne, by wciąż o nim pamiętać i przy okazji takich dat, jak dzisiejsza, podziękować za to, co zrobił dla polskiego sportu.

DZIĘKUJEMY CI ZATEM, LEGENDO.

forbet728x90

Odbierz darmowe 20 zł w nowym polskim bukmacherze forBET. Graj za darmo!

Takie promocje dla Polaków nie zdarzają się często. Żeby odebrać bonus wystarczy założyć konto >>> Z TEGO LINKU

Więcej informacji na temat nowego bukmachera. 

Komentarze

komentarzy