Miasto wojny i piłki nożnej. Belgrad

Dlaczego dwa razy do roku setki, jeśli nie tysiące, piłkarskich turystów wybiera państwo, w którym nie ma ani wielkich gór, ani morza? Chyba warto ten fenomen po prostu wytłumaczyć. W ostatnich latach Belgrad wyrósł na jedno z mniej oczywistych, ale koniecznych do odwiedzenia, dla kibiców piłkarskich, miast w Europie. Co decyduje o fenomenie stolicy Serbii? Przekonajcie się sami!

Ten tekst pisze osoba, która była już trzykrotnie w Belgradzie. Za każdym razem w innym zestawieniu personalnym, ale… ani razu towarzysze podróży, a były to osoby przeróżne – od takich zainteresowanych klimatami kibicowskim, po takie, które nie mają kompletnie z tym nic wspólnego, a nawet nie były nigdy na meczu piłki nożnej i zaczęły swoją przygodę od… Veciti Derbi! Tak postawiona poprzeczka na starcie może być trochę kłopotliwa, bo potem każdy mecz będzie porównywany z tym niezwykłym wydarzeniem. No właśnie, Veciti Derbi są takim „spirytus movens” cytując Wiktora Zborowskiego z filmu Kogel-Mogel większości podróży piłkarskich turystów i… sprawiają, że wiele osób zakochuje się bez pamięci w mieście, w którym po prostu nie da się zakochać. Dlaczego? O zdanie zapytaliśmy dwóch bałkanofilów. Jeśli macie profile na twitterze i chociaż trochę interesujecie się tematem Bałkanów, na pewno wiecie, że Mateusz Woźniak i Mateusz Kasprzyk udzielający się na stronie Piłkarskie Bałkany mogą służyć za przewodników w Belgradzie i nie tylko. Zaczynamy!

Miasto dobrym klimatem owiane

Zaczniemy wypowiedzią Mateusza Kasprzyka.

Wielu bliższych i dalszych znajomych przez lata nie było w stanie zrozumieć, dlaczego tak często obieram ten kierunek. W sumie trudno im się dziwić, ponieważ, gdy pytają o jakieś zdjęcia z tych podróży, to co można im pokazać? Nieco kiczowaty Kalemegdan, betonowy deptak Kneza Mihaila czy ciągnące się po horyzont blokowiska na Nowym Belgradzie? Nie ukrywajmy – jeśli ktoś liczy na architektoniczne doznania, to Belgrad uzna za jedną z najbrzydszych stolic Europy. Dla mnie to jednak najwspanialsze miasto stołeczne Starego Kontynentu, z którym w moim mniemaniu może równać się jedynie Sarajewo. Fenomenu Belgradu nie da się wytłumaczyć, jeśli chcesz go poznać, to musisz tutaj przyjechać. Ale nie ze zorganizowaną grupą z przewodnikiem, która zafunduje Ci tour po muzeach. Musisz przyjechać na własną rękę, wieczorem wsiąknąć w klimat ulicy Skadarskiej i napić się rakiji z lokalsami. Belgrad to po prostu zjawisko, które tworzą przede wszystkim niesamowici ludzie

Tak, wiemy, że to przydługi cytat, ale tak naprawdę prosząc Mateusza o pomoc mieliśmy z tyłu głowy, że wszystko trudno będzie cokolwiek „uciąć” z jego wypowiedzi. Dlaczego? Bo kto jak kto, ale Mateusz dobrze zna Belgrad, zjeździł Bałkany i wie o czym mówi. Wypił kieliszków rakiji, zjadł kilka pljeskavic* w swoim życiu i to powinno służyć za najlepszą rekomendacje. Pewnie zastanawiacie się czym jest pljeskavica? Bardzo słusznie, bo to też temat do poruszenia. JEDZENIE. Temat rzeka, jeśli chodzi o Belgrad. Przede wszystkim ciężko i mięsnie. Jeśli ktoś liczy, że z racji bycia na południu Europy uświadczy lekką kuchnię, musi szybko wyzbyć się takich błędnych przekonań. Ale przyjechać do Belgradu i wyjechać z niego nienajedzonym, to sztuka i to baaaardzo duża. Porcje ogromne, ceny niewysokie, a to wszystko jest po prostu pyszne!

Czas na kolejną wypowiedź, ale już z innej strony. – Samo miasto także jest warte odwiedzenia. Nosi w sobie duży bagaż historii, zarówno tej bardzo odległej (Belgrad jest jednym z najstarszych miast w Europie) jak i współczesnej – nowe budynki kontrastują z tymi, które zostały zniszczone w czasie niedawnej wojny i bombardowań NATO. Jego skomplikowaną historię potwierdzają m. in. zmiany nazw ulic – sam podczas pobytu w Belgradzie znalazłem na takiej, która w ciągu ostatnich 150 lat zmieniała nazwę 6 razy. Nazwy ulic mają też polskie akcenty – po wyjściu z twierdzy Kalemegdan natrafimy na ulicę Tadeusza Kościuszki (w serbskiej wersji: Tadeuša Košćuška). Natomiast sami Serbowie są do nas życzliwie nastawieni. Pamiętam m. in. taką historię: jechałem taksówką i kierowca gdy usłyszał, że jestem z Polski krzyknął „Janosik!”. Jak się okazało, był wielkim fanem naszego serialu telewizyjnego, a jedyne czego nie mógł przeboleć to fakt, że główny bohater w ostatnim odcinku został skazany na śmierć – opowiada swoją prawdę Belgradu Mateusz Woźniak.

Klimat Belgradu dobrze oddaje również, już 25-letnia, piosenka Cecy, znanej serbskiej piosenkarki, właśnie o Belgradzie. Co ciekawe prywatnie Ceca była żoną słynnego Arakana, tego samego, który stworzył podczas wojny bałkańskiej swój oddział „Tygrysy Arkana” znaną z brutalności, a kilka lat później przejął klub Obilić Belgrad, z którym… sięgnął po mistrzostwo kraju! Zresztą to było jedyne mistrzostwo kogoś spoza dwójki Crvena i Partizan od momentu zakończenia ligi jugosłowiańskiej i przejścia najpierw do ligi Serbii i Czarnogóry – lata 1992-2006 – i później już stricte serbskiej ligi.

Temat miasta wyczerpuje druga długa – a jakże! – wypowiedź Mateusza Kasprzyka, któremu autor tego tekstu może być wdzięczny za bilety na… Ligę Mistrzów z obecnego sezonu. – Belgrad to jednak przede wszystkim ludzie, którzy od zawsze imponują mi swoją otwartością. Najlepszy przykład to postać jednego z zaangażowanych kibiców Crvenej zvezdy, którego poznaliśmy w środku nocy w jednym z kultowych lokali przy ul. Skadarskiej. Nasze spotkanie trwało zaledwie kilka godzin i było na tyle suto zakrapiane, że rano zamiast wstać – staczaliśmy się z łóżek. Kilka miesięcy później nasz kompan bez wahania założył za nas kilkaset złotych (mimo, że widział nas raz w życiu), żeby zorganizować bilety na wyprzedany mecz z FC Koln w Lidze Europy i je nam przekazać. Teraz praktycznie za każdym razem zaprasza na przedmeczowe spotkania, w czasie których stół w klimatycznych bałkańskich knajpach ugina się od jedzenia i alkoholu. Zresztą każdy, kto przynajmniej raz był w Belgradzie wie, że biesiadowanie w tym mieście to fantastyczna sprawa. Muzyka na żywo, rakija i kelnerzy ubrani w nienagannie czyste białe koszule, którzy nawet w najgorszej mordowni obsługują Cię tak, jakbyś gościł w czterogwiazdkowym hotelu. Zresztą taki obrazek, to jedno z moich pierwszych skojarzeń z Belgradem. Środek nocy, boczna ulica na przedmieściach. Na ulicy rozstawiony z stolik, a z jakiejś bramy wychodzi kelner z muchą na szyi i tacą w ręku. Na Bałkanach dalej wychodzi się z założenia, że skoro jutro jest niepewne, to każdy dzień warto odpowiednio wykorzystać – podsumowuje Kasprzyk i nie sposób nie przyznać mu racji.

Veciti Derbi

Derby, derby i jeszcze raz derby. Mówisz Belgrad, myślisz derby. Nie opieramy się na żadnych oficjalnych danych, ale zapewne zdecydowana większość osób, które przyjechały do Belgradu z powodów piłkarskich, przyciągnęły derby. Wszystko, co się stało później, to już odrębna historia, ale derby powinny być synonimem słowa Belgrad w słowniku!

Przesadzamy? Jeśli oglądacie kanał Kartofliska autorstwa Radka Rzeźnikiewicza, to wiecie, że przewodnik „Jak nie zwiedzać Belgradu” doczekał się trzech części(!) i to już znak, że stolica Serbii jest miejscem szczególnym. Zresztą w jednej z części autor vloga mówił o swoim dziewiątym pobycie w Belgradzie!

Wieczne derby Belgradu nadal budzą bardzo dużo emocji, a media w Serbii podgrzewają atmosferę na długo przed meczem. Ktoś kiedyś powiedział, że jeśli chce się poczuć klimat prawdziwych derbów na stadionie, to „Večiti derbi” są pozycją obowiązkową. Zgadzam się z tym stwierdzeniem – sam miałem okazję poczuć klimat tego wydarzenia nawet nie z wysokości trybun, ale murawy. Powiem tak: wrażenia są niezapomniane, stadion (w moim przypadku była to Marakana) buzował przez cały czas, a przejście legendarnym tunelem pod trybunami i wyjście z niego na murawę niesamowicie działa na wyobraźnię. Co ciekawe, derby na których byłem (sierpień 2017) zostały uznane jako jedne z najnudniejszych w ostatnich latach. Po tym jak się o tym dowiedziałem zacząłem się zastanawiać, jakie w takim razie muszą być te jedne z najlepszych – opisał Woźniak z perspektywy murawy jedno z najważniejszych wydarzeń piłkarskich we współczesnej Europie. My z kolei dodajemy cytaty z kibicowskiego kwartalnika To My Kibice+, który opisuje scenę kibicowską na całym świecie.

Jeszcze wcześniej pełne ręce roboty miały służby pirotechniczne, gdyż kibice Partizana wysmarowali płot na sektorze gości łatwopalnym klejem(!) i aby można było tam wpuścić kibiców, organizatorzy musieli tą substancję zneutralizować (TMK+ lato 2014)

Nie ma już wątpliwości, że derby Belgradu stały się kibicowskimi El Clasico, które każdy szanujący się Bałkanofil, groundhopper, czy kumaty fanatyk musi czym prędzej zaliczyć. Nie bez powodu na jednym z murów wokół belgradzkiej Marakany znajduje się wymowny napis „Tourists fuck off”. W czasie derbów dość łatwo natknąć się na obu stadionach na różne języki z całego świata oraz gości przyklejonych do kamer, którzy kręcą relacje z najgorętszych derbów w Europie. Zupełnie szczerze przyznam jednak, że według mnie jakoś specjalnie nie wpływa to na pogorszenie klimatu tych spotkań – to z kolei opinia Kasprzyka, który Marakanę oraz JNA Stadion zna jak własną kieszeń.

I kontynuuje. – Cała otoczka derbów, bo derby trwają tak naprawdę cały dzień, zbyt silnie oddziałuje na całe wydarzenie, by grupka obcokrajowców mogła zmienić ich obraz. Owszem, nie ma wątpliwości, że w ostatnich latach atmosfera na Wiecznych Derbach nieco się pogorszyła, ale przede wszystkim ze względu na to, co dzieje się w szeregach Partizana. Kibicowsko czarno-biali są podzieleni na kilka obozów i na Marakanie ostatnimi czasy zasiadają… na czterech oddzielonych od siebie buforami sektorach. Wygląda to komicznie i powoduje, że Partizan nie jest w stanie w pełni rozwinąć swojego potencjału. Ostatnio zastrzelona została jedna z kibicowskich legend klubu z ulicy Humskiej, więc wszystko wskazuje na to, że sytuacja na trybunach Partizana jeszcze długo się nie unormuje. Mecze przestały też decydować o walce o mistrzostwo, ponieważ Zvezda piłkarsko odjechała rywalowi zza miedzy, więc to też może mieć jakichś wpływ na atmosferę – kończy temat derbów.

Po meczu jeden z bardziej krewkich kibiców rzucił się na tunel dla piłkarzy i zaczął po nim dziko skakać akurat w momencie zejścia z boiska piłkarzy gości (…) Po meczu spotkaliśmy w okolicach kas byłego zawodnika Partizana – Ivana Ivanova. Obecnie gra on dla FC Basel, jednak leczy kontuzję, dzięki czemu mógł zawitać na derby. Został on prawie rozerwany przez kibiców, którzy zaczęli go podrzucać w górę i skandować głośno jego nazwisko. Fajna sprawa, widać przywiązanie pewnych zawodników do barw klubowych (TMK+ lato 2014)

O konflikcie wewnętrznym wśród kibiców Partizana można byłoby napisać nie jeden, a kilka odrębnych artykułów, a i tak zapewne trudno wyjaśnić wszystkie aspekty tej wojny, bo tak śmiało trzeba określić to, co się dzieje na „Jugu”, czyli południowej trybunie JNA Stadion, domu Partizana. Początkowo z grupy Alcatraz, najważniejszej i dominującej na wspomnianym jugu, wyodrębniła się ekipa „Zabranjeni”. Jednak i tam dochodziło do wewnętrznych tarć, o czym można było przeczytać w czasopiśmie To My Kibice+ i tutaj od razu cytat z jesieni 2013. – W pewnym momencie z sektora „Zabranjeni” została wyrzucona na kopach grupa „Grobari Novi Beograd” wraz ze swoją flagą. (…) Kolejne formacje opuszczają jej szeregi i powracają do głównego nurtu. Niedawno zrobiła to ekipka „Extreme Boys”. (…) Otóż „Extreme Boys” zostali przekupieni przez liderów „Alcatraz” kwotą… 30 tysięcy euro za przejście na ich stronę! Można więc sobie wyobrazić, jakimi kwotami obraca „Alcatraz” i jak dobrym biznesem jest dla nich władza w młynie PFC. Aby tą władzę zachować nie uciekają się przed niczym – włącznie z zabójstwami kolegów po szalu i współpracą z policją. Ten cytat idealnie oddaje klimat derbowy w Belgradzie, który z roku na rok jest coraz bardziej dziki.

Wariaci z Partizana usypali bowiem pokaźne stosy ze swoich chorągiewek i podpalili je racami. Na całej trybunie zapłonęło tym sposobem kilkanaście okazałych ognisk, wokół których mokry i oszalały tłum skakał, tańczył i śpiewał w rytm bębnów, nie bacząc na ostre polewanie wodą przez strażackie sikawki. Przypominało to bardziej tańce plemienne wokół ognia w dżungli, niż mecz w stolicy europejskiego kraju (…) Ekstaza na trybunie PFC trwała w najlepsze, ogniska żywo płonęły, a w straż pożarną i ochronę rozlokowaną na bieżni leciały rozmaite pociski, z butami włącznie. Na bieżni wylądował nawet bęben, a płonący ogień zasłaniano przed strumieniami wody przy pomocy flag na kijach. Jedne z kibiców poświęcił swoje spodnie, aby ogień nie dogasł

Przewodnim motywem było masowe obrzucanie petardami i racami piłkarza Partizana, który w przeszłości grał w Zveździe(Vladimir Stojković przyp. red.). Po rozgrzewce do tunelu musiał uciekać sprintem. Ten wyczyn nie udał mu się jednak ponownie w czasie przerwy, gdyż komitet powitalny z trybuny „Sever” znów chciał go hucznie poczęstować petardami, więc pod eskortą ochrony już nie ryzykował uszczerbku na zdrowiu i przeczekał całą przerwę na ławce rezerwowych (TMK+ zima 2011)

Jeśli jesteście stałymi i uważnymi czytelnikami naszej strony, możecie pamiętać wywiad z Veljko Nikitoviciem, wówczas prezesem, a dzisiaj dyrektorem sportowym Górnika Łęczna. „Velo” jest przy tym wychowankiem i zapalonym kibicem Crvenej, więc mając takiego rozmówce tematy „Belgrad” i „derby” musiały się pojawić.

Zawsze w rankingach światowych na najlepsze derby Veciti Derbi znajdowały się wysoko. Kibice tworzą bardzo żywiołową atmosferę, w Serbii jeszcze w jakimś stopniu są dozwolone race i można je odpalać i tworzyć choreografię w stylu włoskim.

Można powiedzieć, że kibice Partizana bardziej stawiają na race, zasłony dymne, a Zvezda specjalizuje się w choreografiach – zawsze jest jakiś rysunek, napis mobilizujący zespół. Ale tak jak powiedziałem, super atmosfera i serdecznie polecam każdemu, kto jeszcze nie był, bo wcale nie jest tak daleko z Polski.

***

Słyszałem jeszcze, że przed meczem straż pożarna polewa bieżnie wodą, żeby w jakiś sposób neutralizować lądującą tam pirotechnikę.

Tak jest, ale to żeby się nie paliło po prostu. Zvezda ma sekcje lekkoatletyczną, więc oni też muszą mieć, gdzie trenować i dlatego tak to wygląda.

***

Swoje wspomnienia z kariery i m.in. pobytu w Belgradzie niedawno można było przeczytać w wywiadzie z Grzegorzem Bronowickim na Futbolnews.pl. Były reprezentant Polski był uczestnikiem Veciti Derbi, tyle że brał udział w… dość specyficznym meczu. – Fajne odczucie, bo po prostu wygraliśmy. Po pierwsze był to mecz po mega ulewie, gdzie było bardzo dużo wody na boisku. Poza tym pamiętam, że graliśmy praktycznie bez kibiców, bo jakieś zakazy były i tylko garstka ludzi to oglądała, więc brakowało tej wielkiej otoczki, jak choćby przy okazji meczów z Bayernem Monachium czy Boltonem w Lidze Europy. Wtedy był pełny stadion i czuło się tą prawdziwą Zvezdę – powiedział bohater meczu Polska-Portugalia sprzed wielu lat.

Inne ekipy

Belgrad to na szczęście nie tylko Zvezda i Partizan. Tylko w samej Superlidze grają jeszcze trzy stołeczne zespoły na czele ze słynnym Vożdovacem. Słynnym z tego, że rozgrywa swoje mecze na stadionie zlokalizowanym na dachu Centrum Handlowego, więc siłą rzeczy też przyciąga na swoje trybuny sporo piłkarskich turystów – opisał Kasprzyk, a jego słowom wtóruje Woźniak. – Niestety podczas mojego pobytu nie miałem okazji zobaczyć stadionu, który mieści się na dachu galerii handlowej. Swoje mecze rozgrywa tam drużyna FK Voždovac. Klub ten znany jest także w całej Serbii (i nie tylko) ze względu na… swoje konto na Twitterze. Administrator wykonuje tam kapitalną robotę – jeśli ktoś lubi tamtejszy humor, gry słowne i cytaty z filmów dopasowane do okoliczności nie będzie zawiedziony obserwując to konto – kończy.

Swoją dość hermetyczną ekipę kibicowską ma też Rad Belgrad oraz przede wszystkim FK Zemun z dzielnicy na obrzeżach miasta, która kiedyś była samodzielną miejscowością i – szczególnie jak na Belgrad – ma sporą wartość historyczną. Taurunum Boys w Serbii mają swoją renomę i czasami uważani są za trzecią siłę w stolicy. Sami uważają się za jeden z ostatnich bastionów miasta, który potrafi przeciwstawić się dominacji dwójce tutejszych gigantów. Specyficzny klimat tego miejsca na pewno jest godny polecenia – kontynuuje Kasprzyk i wypada temu przyklasnąć. W końcu można tutaj dodać OFK Belgrad, a więc klub założony w 1911 roku, który za czasów Królewstwa Jugosławii był klubem królewskim. W latach 30. minionego wieku był pięciokrotnym mistrzem Jugosławii, a dopiero pojawienie się Crvenej i Partizana po II wojnie światowej sprawiło, że dotychczasowi giganci zeszli na drugi plan.

Dzisiaj OFK gra w trzeciej lidze, a ich wysłużony obiekt – Omladinski Stadion – autorowi będzie się kojarzył z najbardziej drobiazgową kontrolą w jego kibicowskim życiu, gdy musiał przy wejściu na mecz gospodarzy z Jagodiną zostawić wszystkie monety w „depozycie”, czyli na ziemi obok wiekowego „stewarda”. Mogło to nieco dziwić, wszak dzień wcześniej na derbach można było wnieść w zasadzie wszystko, co się chciało… Ot, cały Belgrad! Na koniec możemy również dodać cytat ze wspomnianego już TMK+, który dobrze oddaje klimat derbowy, i nie tylko, miasta.

Groundhopping ma to do siebie, że próbuje zaliczyć się jak najwięcej meczów w jeden dzień. A ponieważ tego dnia przed derbami był przede wszystkim pojedynek II ligi Sindżelić Belgrad – Beżanija, to właśnie tam swe kroki skierował spory tłumek stadionowych obieżyświatów z kontynentu. Zabawnie to wyglądało, bo było ich w sumie chyba więcej niż miejscowych widzów, a sympatyczny bar z ogródkiem był niemal w całości okupowany przez Niemców, Angoli i Polaków. TMK+, zima 2013

Jeśli po tym tekście nie zechcecie odwiedzić stolicy Serbii, to wiedzcie, że trudno was będzie zachęcić na inne sposoby. Piłkarsko liga serbska może jest na poziomie naszej Ekstraklasy, może trochę lepsza czy słabsza. Natomiast cała otoczka, infrastruktura to już zupełnie inna bajka. W jaki sposób można się tam dostać? Na pewno nie jest to prosta sprawa, jeśli chodzi o tanie linie lotnicze. Do Belgradu lata, co prawda EasyJet, ale to raczej kwestia dla mieszkańców zachodniej Polski, bo brytyjski przewoźnik oferuje połączenia z Berlina. Można wybrać opcje samochodową, ale ta trwa kilkanaście godzin, a stan dróg w wielu miejscach pozostawia wiele do życzenia. Tyle że klimat na miejscu wynagrodzi wszelkie niedogodności związane z podróżą, a wasz portfel również nie powinien ucierpieć na miejscu.

***

* Pljeskavica to serbski rodzaj burgera. Tyle że z lokalnym pieczywem, wieloma dodatkami, które my sobie na miejscu w lokalu wybieramy i podany w papier, który u nas raczej stosowany jest do wypieków ciast. Słowami nie da się tego opisać, ale kto raz zje pljeskavice, temu burger może smakować dalej, ale z pewnością będzie chciał wrócić do jednego z tysięcy lokali w stolicy Serbii i zakosztować tego pysznego fast-fooda.

Rafał Szyszka

Komentarze

komentarzy