„Odkąd jestem w Anglii, na piłce seniorskiej zarobiłem może łącznie z 300 funtów” [WYWIAD]

Emil Kot (źródło: fot. prywatne z profilu na twitterze)

Pod koniec stycznia mieliście okazje poznać Emila Kota i jego skautingowy projekt Ty Też Masz Szansę. To jednak zajęcie z doskoku, gdyż Kot pracuje i mieszka w Anglii, w której kontynuuje swoją trenerską przygodę. Wszystko w niższych ligach, gdzie konkurencja jest ogromna, a pieniądze żadne. Przetrwają tylko ci, którym najbardziej zależy, czytaj: najlepsi. Jak wygląda rzeczywistość na dziesiątym czy jedenastym poziomie w Anglii? Przekonajcie się sami w dłuuugiej rozmowie!

Niższe ligi angielskie, temat rzeka. Wszyscy zachwycamy się potężnymi pieniędzmi i kosmicznym poziomem Premier League, ale angielska piłka ma świetną podbudowę właśnie w tych niższych ligach i kilkunastu poziomach rozgrywkowych.

Czternaście, piętnaście, w zależności od regionu.

Co za tym idzie, trenerów też jest mnóstwo. Konkurencja ogromna. Jak się odnajdujesz w rzeczywistości niższych lig?

Wśród Anglików jest wielu fajnych trenerów, których tutaj postrzega się jako rozwojowych. Nawet na tym poziomie, na którym pracowałem ostatnio – dziesiątym – czyli pierwszym jakimkolwiek widocznym i „tolerowanym”. Pokazując się tutaj z dobrej strony, masz szansę pójść np. do Conference South czy North(VI liga), bo kluby szukają i filtrują piłkarzy czy trenerów na tym poziomie. Jest kilku trenerów, którzy mogliby pójść spokojnie wyżej i oni robią krok po kroku do przodu, rozwijają się.

Jest taki gość Luke Tuffs, młody trener, on jest chyba starszy ode mnie o trzy lata. Był teraz menadżerem w Knaphill FC, gdzie zajął wysokie trzecie miejsce przed pandemią. Byli na drodze do awansu z dziewiątej do ósmej ligi. Teraz został zatrudniony przez Ashford Town FC właśnie na ósmym poziomie. Jeśli trener dobrze się zaprezentuje, może zrobić krok w górę. Konkurencja jest ogromna.

Aplikowałem teraz do klubu z dziesiątej ligi, Tooting Bec FC i aplikacji było z 40-50! A mowa o dziesiątym poziomie. Chętnych jest masa, bo są w miarę atrakcyjni. Mają umowę podpisaną z klubem z wyższej ligi, dzięki czemu jest stadion z trzema trybunami zadaszonymi i pojemnością 2500 miejsc, oświetlenie, dwa boiska treningowe – sztuczne i naturalne, więc wszystko jest poukładane jak trzeba.

Dostałem informacje od prezesa klubu, że znają mnie z tego poziomu. Jednocześnie muszą się zastanowić kto będzie dla nich najlepszy, więc powinienem się uzbroić w cierpliwość na dwa, trzy tygodnie. Do tej pory pracował u nich trener przez pięć czy sześć lat. To jest standard na tym poziomie. Zresztą są nawet szkoleniowcy(menadżerowie) mający staż pracy 20 czy 30 lat w jednym klubie i nikogo to nie dziwi. Teraz szukają kogoś z młodszej generacji, bo poprzednik był po 50-tce. Chcą takiej osoby ze świeżym spojrzeniem na piłkę. Tylko, że tych młodych jest cała masa. Na kogo się zdecydują? Zobaczymy, ich wybór, przekonamy się za jakieś dwa tygodnie.

Możesz być dobrym trenerem, ale trudno się wbić na karuzelę…

Sam po sobie widzę, że to bardzo trudne zadanie. Z PFC Victorią Londyn miałem naprawdę dobre wyniki. Gdyby nie ostatni sezon i rywalizacja z greckim zespołem St. Panteleimon, który był mocno napompowany finansowo, awansowalibyśmy po raz trzeci z rzędu. Niestety wyprzedzili nas o trzy punkty i zablokowali w drodze do góry. Tyle że oni płacili po 150-200 funtów tygodniowo, a mówimy o jedenastym poziomie. Byli kompletnie przepłaconym klubem. Budżetowo bili wszystkich na głowę, ale trzeba przyznać, że mieli też naprawdę dobrych zawodników.

Zagraj w BETFAN pierwszy kupon BEZ RYZYKA! Jeśli przegrasz, zwrot do 100 PLN trafi na Twoje KONTO GŁÓWNE z możliwością natychmiastowej wypłaty!

Dodatkowo wygraliśmy z Victorią Middlessex Intermediate Cup. Nawet wchodząc teraz na stronę lokalnego związku można znaleźć nasze zdjęcie z pucharem, więc wiedzą kto go zdobył. Victoria jest już dobrze kojarzona w okolicy. Pracując później w Bedfont & Feltham FC byłem zatrudniony jako „head coach” mimo że wcześniej ich ograłem pracując w Victorii. Nie jest to łatwe, choćby ze względu bycia Polakiem. Nie ma co ukrywać, że na tym poziomie Polaków jako samotnych menadżerów jest niewielu. Na jedenastym poziomie pracuje Marcin Rusiecki w Kensington Dragons. On już jest tam bardzo długo. Jest powiązany z akademią i rywalizowaliśmy też w tej samej lidze, w której była Victoria.

Mamy sporo trenerów pracujących przy pierwszych zespołach na dziesiątym czy dziewiątym poziomie, ale już na ósmym czy siódmym nikogo nie ma. Przynajmniej ja takich osób nie znam a szukałem naprawdę długo kogokolwiek kto pracuje wyżej. To już fajny poziom i miejsce, z którego można się rozwinąć w kierunku Conference i bardziej profesjonalnych klubów. Brakuje niestety polskich menedżerów, którzy zarządzają wszystkim dookoła. Zobaczymy, może mi się uda w ciągu pięciu-sześciu lat wejść na poziom Conference South, ale to będzie baaaaaaardzo długa droga.

Prezes jednego z klubów, który od kilku lat walczy o awans na dziesiąty poziom, napisał do mnie i zapytał czy byłbym zainteresowany posadą menadżera. Byłem wśród kilku kandydatów, w tym razem z asystentem poprzednika. Zastanawiałem się, ponieważ to znowu krok w tył pod kątem ligi. Stwierdziłem, że mogę się za to zabrać. Jednak mimo tego, że dobrze mnie znali, mimo że wysłałem im swoje CV, portfolio, przykładowe konspekty treningowe czy analizy meczów, czyli coś, czego nikt nie robi na tym poziomie, to nie dostałem tej posady. Wybrali Anglika bez większego doświadczenia.  Nie dziwi mnie to. Są u siebie więc wspierają swoich.To jest coś z czymś trzeba się zmierzyć. Liczę jednak, że ktoś mi kiedyś zaufa i uchyli furtkę. Jeśli ktoś to zrobi, jesteś na karuzeli.. Mam nadzieję, że ten Tooting Bec, jeśli dostanę pracę, będzie takim punktem i miejscem zwrotnym, gdzie uda się coś fajnego zbudować.

Mówisz o takiej drodze przez niższe ligi na ten wyższy poziom. Czy droga przez akademię większych klubów, nawet tych z League One czy League Two to jest łatwiejsza droga, żeby się wybić?

Są dwie drogi. Jedna właśnie przez piłkę seniorską. Czytając książkę „Living on the volcano” wygląda na to,że ludzie, którzy się przedzierają od ósmej czy dziewiątej ligi, mają szansę, żeby się załapać na poziom profesjonalny. Przeważnie są to byli, lokalni piłkarze, którzy zamieniają strój sportowy na garnitur i zaczynają swoją przygodę trenerską. Jeśli o mnie chodzi, wiadomo, że nie jestem byłym piłkarzem, więc tak naprawdę nikt mnie tutaj nie zna.

Druga droga wiedzie przez akademię. Jest trend, że jeśli ktoś pracował w akademii dużego profesjonalnego klubu, może dostać od razu posadę na przykład asystenta menadżera na poziomie Conference. Patrzą przez pryzmat tego, że człowiek miał styczność z treningiem profesjonalnym, który odbywał się cztery, pięć razy w tygodniu, a nie tak jak na poziomie non-league, gdzie trenuje się dwa razy, zazwyczaj wtorek i czwartek. To jest główna różnica.

Były jakieś propozycje?

Miałem w ubiegłym roku propozycję, której powiem szczerze trochę żałuje. Mogłem zostać pierwszym trenerem zespołu U13 w akademii AFC Wimbledon. Nie „development center” czy „soccer schools”, tylko w głównej akademii. Maila z ofertą pracy zostawiłem sobie na pamiątkę. Pieniądze też były atrakcyjne. Odkąd jestem w Anglii, na piłce seniorskiej zarobiłem może łącznie z 300 funtów. Tam kwota była większa i to miesięcznie, czyli realny zastrzyk gotówki domowego budżetu. Biłem się z myślami czy zrobić krok w tył, w stronę dzieci, i pracować cztery razy w tygodniu.

Pierwotnie miałem pracować tam jako asystent przy jednym z młodzieżowych zespołów. Żeby zobaczyć, jak to wszystko wygląda i funkcjonuje. Później po złożonej z trzech etapów rozmowie sytuacja trochę się zmieniła. W pierwszym etapie była autoprezentacja trwająca półtorej godziny. Później przedstawiłem swoją filozofię i spojrzenie na futbol oraz co ja mogę wnieść jako trener do akademii. Ostatnim etapem była praktyka. Dostałem temat zajęć, liczbę zawodników i pod okiem menadżera akademii miałem poprowadzić trening.

Gdy zaliczyłem wszystkie części Michael Hamilton – menadżer akademii –  stwierdził, że nie mogę być asystentem z moją wiedzą. Zaoferował mi pozycje Head Coach’a w U13. Miałem dostać dwóch asystentów do pomocy, którzy mieli się uczyć. Przedstawił mi także ścieżkę kariery w akademii mówiąc, że najpierw popracuje w U13, później U15, aż trafię do U18 w ciągu kilku lat. Cieszyłem się, że po trzy-etapowej rozmowie o pracę jestem półkę wyżej, niż początkowo zakładali. Po dłuższych namysłach w domu odrzuciłem propozycję. Stwierdziłem, że wolę pójść do angielskiej szatni w niższej lidze i zobaczyć jak to wszystko wygląda od podszewki i wybrałem Bedfont & Feltham FC. Czyli pracę za darmo w angielskim non-league. Być może byłbym teraz przy zespole U15 z perspektywami na więcej. Z drugiej strony nie mam pewności, jakby się to potoczyło dalej. Było, minęło.

Mówiłeś, że chciałbyś pracować w piłce seniorskiej. To znaczy, że pracę w piłce młodzieżowej odrzucasz czy za drugim razem skorzystałbyś z takiej oferty?

Na pewno bym się zastanowił. Jednak w przyszłości widzę siebie w piłce seniorskiej a nie młodzieżowej. Jeżeli nie znajdę zatrudnienia w najbliższym czasie, świat się nie zawali. Można dobrze wykorzystać taką przerwę. Nadal dużo nauki przede mną. Czekam na decyzję w sprawie UEFA A  w Poznaniu. W planach miałem dwa staże trenerskie w Europie.

Na zdjęciu Emil Kot i m.in. N’Golo Kante(fot. facebook Robert Błaszczak)

Robiłeś kurs UEFA C w Walii. Dlaczego akurat tam?

Po pierwsze słyszałem dużo pochlebnych opinii o walijskim szkoleniu, które jest nieco inne od angielskiego. Są bardziej otwarci na ludzi z zagranicy, innych nacji itd. W Anglii jest to trochę zapuszkowane. Stwierdziłem, że skoro do Bristolu mam w miarę niedaleko, a tuż za nim jest Newport na południu Walii, gdzie jest siedziba federacji, to zainteresowałem się tematem.

Zapoznałem się z tym, jak to wygląda i zapisałem na pierwszy kurs. Podstawowy jednodniowy kurs instruktora piłki nożnej – Football Leaders Award. Trzeba było tam pojechać, cały dzień trwało szkolenie, od dziewiątej do dziewiątej. Pojechaliśmy jednym samochodem w cztery osoby. Zobaczyliśmy na czym polega szkolenie młodzieży, podstawy. To było skierowane głównie dla trenerów, którzy chcą pracować w grassroots, do kategorii U12. Dali narzędzia, dostęp do aplikacji, którą mają u siebie w związku, gdzie były zadania do wykonania w domu. Od razu później zapisałem się na UEFA C, którego koszt pokryła mi Victoria.

O jakich pieniądzach mowa?

Nieduże kwoty, pomiędzy 250 a 300 funtów. Tyle że materiał jaki tam miałem, w porównaniu do tego, co było na UEFA B w Polsce, które robiłem dawno temu, nie ma porównania. Jeździłem tam, co miesiąc na weekendowe zjazdy przez siedem miesięcy. Całą sobotę spędzaliśmy na szkoleniu.

Po piątkowym treningu pakowałem się i jechałem nocnym autobusem do Walii. W Newport byłem o trzeciej nad ranem i siedziałem do ósmej w McDonaldzie, gdzie na laptopie jeszcze sobie pracowałem, a o dziewiątej rozpoczynał się kurs. Wracałem gdzieś po 22 innym nocnym autobusem do Londynu.

Same wykłady czy również praca online?

Bardzo dużo materiałów było przez internet. Ogrom. Po każdym zjeździe mieliśmy pracę domową. To nie było na zasadzie odfajkowania ankiety. Bardzo mi się podobało, że to było jako webinary. Odpalałeś np. sesję pierwszą i tam oglądałeś nagranie. Trener mówił do ciebie, co trzeba zrobić. Pokazane były na wideo zajęcia – pozytywne i negatywne aspekty każdego ćwiczenia. Jaka powinna być twoja pozycja, tonacja głosu. Mnóstwo wiedzy przekazanej w prosty sposób. Do każdego webinaru trzeba było robić konspekty, które przesyłałeś do nich, do akceptacji. Zatwierdzał je trener prowadzący, twój mentor. Trwało to na zasadzie zjazd – webinar – praca nad konspektami – zjazd.

W połowie kursu były pierwsze prowadzenia zajęć. Dostawałeś możliwość przeprowadzenia treningu i oni cie oceniali na bieżąco. Każdy trener mógł wypunktować każdy błąd – ustawienie ciała, tembr głosu czy błędy językowe, objętość treningu, pole gry, generalnie wszystko.

Na sam koniec trzeba było poprowadzić zajęcia na zaliczenie z całą grupą. Dostawałeś temat i pracowaliście w parach. Pierwszy trener i jego asystent. Każdy musiał być w obu rolach, żeby się przygotować lepiej do pracy. Inne zadania masz wyznaczone jako pierwszy trener, inne jako asystent. Obserwowali to wszyscy trenerzy biorący udział w kursie, a także egzaminatorzy. Wśród nich np. był Lee Collier osoba dość znana w południowo-zachodnim Londynie. Lee akurat był moim egzaminatorem. Człowiek kompendium wiedzy, jeśli chodzi o niższe ligi. Wśród egzaminatorów był też członek sztabu Newport County drużyny, z którą niedawno Manchester City grał w FA Cup. Fajnie było ich poznać i podpytać, jak wygląda na tych poziomach, na których pracują. Po tym dostawałeś certyfikat, opinię i tyle.

Czułeś, że po tym kursie jesteś lepiej wyedukowany czy po prostu miałeś papier w ręku?

Szczerze powiem, że na tym kursie na wiele rzeczy otworzyłem sobie oczy. To nie były złote myśli, ale inspiracje do zmienienia siebie i swojego postrzegania piłki. Dużo detali, na które nie zwracałem uwagi, a poświęcali na nie dużo czasu.

Mam też feedback od mojego mentora i nie było tam ani jednego negatywu, jeśli chodzi o zajęcia prowadzone przeze mnie. Lee Collier powiedział mi, że widać moje dziesięcioletnie doświadczenie w piłce i polecił mi od razu aplikować na UEFA A. Uznał, że z tym, co wiem i potrafię, spokojnie sobie poradzę i zaliczę to. Aplikowałem, ale kolejka oczekujących jest tak duża, że pewnie jeszcze ze dwa lata sobie poczekam.

Na co edukatorzy najbardziej zwracali uwagę, jeśli chodzi o kształcenie trenerów?

Najważniejsze, że było bardzo dużo tego, co ty sądzisz jako trener o danym zagadnieniu, sytuacji. Nie było takiej jednej odgórnej i przewodniej myśli walijskiej federacji, która jest święta. To mi się strasznie podobało. Oni pokazują pomysł na futbol, na ludzi i rozwój dzieci. Tak naprawdę każdy z nas tworzy własny warsztat, ale nie mieli nic naprzeciw tego, żeby każdy z nas się wypowiedział i pokazał swoją wizje. Nie mieli nic naprzeciw tego, żeby wszyscy zabrali głos.

Był taki trochę absurdalny temat, który gdyby się pojawił w Polsce na kursie, prawdopodobnie zabiliby go śmiechem. Jeden z trenerów zastanawiał się, w jaki sposób w zespole do lat ośmiu mógłby ćwiczyć… rzuty z autów. W naszym stylu uśmiechnąłem się trochę pod nosem. Dostał odpowiedź, że można to wprowadzić. Tylko ja się zastanawiam czy ma to sens na dłuższą metę, żeby uczyć dzieci w tak wczesnym wieku, gdyż nie jest im to potrzebne.

W każdym razie mentor powiedział >. Zaraz była burza mózgów i propozycje: możemy to wprowadzić z podaniem, wznowieniem. Każdy dostał marker, narysował na tablicy ćwiczenia np. dla dwunastu dzieci. Po kolei podchodzili trenerzy i w przeciągu kilkunastu minut, temu trenerowi przedstawili sześć gotowych rozwiązań. Nikt nie powiedział, że to głupota. Uznali, że skoro ma taki pomysł, więc niech to robi.

W Anglii czy w Walii podoba mi się także sposób prowadzenia zespołów, w którym zawodnikom zadaje się bardzo dużo pytań. W Polsce nie spotkałem się z tym. Tylko trener Adam Krzyżanowski w Polonii tak robił, którego obserwowałem, gdy się uczyłem jako młody trener. On robił to w taki sam sposób, jak w Anglii czy Walii na kursach. Nie dajemy im wędki i rybki, tylko samą wędkę. >. Tak żeby dzieciak sam świadomie wiedział, że zmieniając ustawienie pachołków i innych rzeczy poprawia różne aspekty swoich umiejętności – koordynacje, technikę itd. Uczenie świadomości dzieci, że trening im coś daje.

Żeby dziecko nie mogło wyłączyć myślenia, bo ktoś inny za nie to robi.

Dokładnie tak i jak rozmawiałem ze wspomnianym Michaelem Hamiltonem w Wimbledonie, on wspominał, że często oddają pałeczkę dzieciom, które przeprowadzają trening. Dajemy im temat i zobaczymy, jak są w stanie pracować na własnej grupie.

W jakim wieku to zaczynają wprowadzać?

Od 12 roku życia w górę. Tam to jest standard. Dają też im zadania do wykonania w domu, tak by rozwijać ich świadomość. Michael ma bardzo dużo takich pomysłów na rozwijanie dzieci. Widziałem kilka takich treningów, na których były ćwiczenia w trakcie, których trzeba było naprawdę solidnie się skupić. Wspomniane prowadzenie treningów wzmaga też w nich wzmaga pewność siebie. Musisz stanąć przed grupą i przeprowadzić ćwiczenie, rozstawić sprzęt itd. Widać też było, kto ma ten „leadership”, więc przywódcy grupy sami się kształtowali. Jest pewny siebie, ustawia grupę, a jeśli trzeba krzyknąć i uspokoić, też to zrobi. Był trener prowadzący obok, który to nadzorował. Bardzo mi się to podobało.

Ponadto muszą przygotować coś na zasadzie prezentacji, jaki piłkarz wg nich jest najlepszy na ich pozycji. To nie było, że „Neymar jest najlepszy, bo super drybluje”, tylko coś więcej, cała prezentacja. Zdjęcia, coś na potwierdzenie swojego wyboru. Byłem też w trakcie tego, gdy to przedstawiali. Praca nad sferą mentalną to był inny poziom, jeśli chodzi o kształcenie, żeby to rosło.

Pytania w szatni >, one nie dotyczyły trenera, tylko zawodników. To był jeden z etapów procesu szkoleniowego. Tak żeby zespół sam wiedział, co ma zrobić. Jeden powie, że >. Z tego rodzi się dyskusja między nimi i fajnie widać z boku, jak ich świadomość piłkarska rośnie. Wiedzą, co jest A, B czy C. Pod tym kątem wiele zyskałem. W Polsce może nie pracowałem w odpowiednim środowisku, żeby spotkać takich ludzi. Jedynym był wspomniany Adam Krzyżanowski, który zadawał pytania o cel podania, poruszanie się. Tyle że odpowiedzieć nie mogła być >, ale musiała być rozbudowana > i dalej tłumaczył swoje podejście. Np. zawodnik jest zbyt blisko, strefa zamknięta.

Trening wiedzy, a także coraz popularniejsze „ukierunkowane odkrywanie”. Kiedyś, gdy sam grałem w piłce młodzieżowej dominowała praca odtwórcza, na zasadzie >, ale dlaczego tak, a nie inaczej, już nie było rozwijane.

Miałem tak samo. Dlatego bardzo mi się podoba. Mam indywidualne treningi z dzieciakami i od dłuższego czasu punktuje ich takimi pytaniami i im się to podoba. Poza tym widzę, że zaczynają myśleć i to jest duży plus.

Nawet w seniorach tak robiłem, bo oni też muszą wiedzieć, dlaczego coś robimy. Piłkarz musi być po prostu świadomy tego, co robi. Pomijam już te aspekty techniczne, taktyczne, gdyż to jest standard. Wydaje mi się, że na całym świecie pracuje się podobnie pod kątem warsztatowym i uważam, że nie różni się to jakoś znacząco między krajami. Są jednak drobne detale, które moglibyśmy w Polsce podciągnąć.

Mówisz o dwóch treningach w tygodniu w niższych ligach, a ja się zastanawiam, jak to wygląda z Twojej perspektywy. Słucha się trenerów, którzy mówią o mikrocyklu na poziomie profesjonalnym, w którym każdy dzień jest zaplanowany na pracę pod kątem kolejnych aspektów. Tymczasem tutaj mowa o dwóch 90 minutowych sesjach.

Dlatego sesje treningowe trwały przez dwie godziny. Wiadomo, że wtorkowa była bardziej intensywna. Na koniec małe gry, gdyż trzeba było odzwierciedlić wysiłek meczowy w pewnym momencie tygodnia. Wiele klubów właśnie we wtorki robi bardzo mocne treningi. Interwały, pompki, brzuszki, skoki, a w rozgrzewkę jest wpleciona na przykład koordynacja czy typowe czucie piłki. Bardzo duży rzeczy wrzucanych do ”jednego wora” w ciągu jednej jednostki. NIe jest to super rozwiązanie, ale tak tu już jest i trzeba to jakoś ”ugryźć”.

W czwartki odchodziłem od intensywnej pracy, skupialiśmy się na schematach rozegrania akcji, w zależności czy graliśmy w sobotę 3-5-2, czy 4-2-3-1. Było przesunięcie bez piłki, najpierw bez przeciwnika, potem z przeciwnikiem. Próba wyjścia spod pressingu, założenia pressingu. Poprzedzaliśmy to rozgrzewką z dużą objętością, żeby było czucie piłki, ball mastery, a przy okazji połączenie tego w strumień, żeby pojawiła się też mała praca tlenowa. Trzeba było przysiąść do tego i dobrze kombinować. Chcieliśmy ich mocno bodźcować, a trzeba pamiętać, że nie wszystkich miałeś na obu treningach. Niektórzy mieli jeden trening i mecz.

Trudno to połapać, tym bardziej, że w okresie zimowym wiele klubów rezygnuje z dwóch treningów w tygodniu, na rzecz jednej jednostki na sztucznej trawie. Na przykład w Tooting Bec FC, gdy szukali kogoś do pracy, napisali, że od lipca do połowy października trenują dwa razy w tygodniu – wtorek i czwartek – a od połowy października do połowy lutego, tylko w środę przez 2h na sztucznej trawie. Wtedy naprawdę trzeba główkować, co zrobić, żeby po jednym treningu ten człowiek był w miarę przygotowany do meczu. Dla mnie to też coś nowego bo pracując w Polonii Warszawa mieliśmy pełny mikrocykl treningowy. Zdarzało się,że trenowaliśmy 6 razy w tygodniu. Wracając do tematu – wiadomo, że każdy z nich chodzi na siłownie, wielu chłopaków dba samemu o siebie. Nic jednak nie odzwierciedli im tego prawdziwego treningu. Dlatego też wielu zawodników, którzy wybiją się i pójdą na wyższy poziom, na początku mają kłopot, żeby się odkręcić.

Nawet ten chłopak, który poszedł do Korony Kielce, D’sean Theobalds, był w takim klubie, gdzie trenował pewnie trzy razy w tygodniu, maksymalnie cztery nie więcej. Dlatego jego adaptacja w Koronie będzie trwała trochę dłużej. Jeśli wejdzie w normalny, profesjonalny mikrocykl, gdzie jest regeneracja, dzień meczowy, trening taktyczny, duża gra w środku tygodnia itd,itd. Jego organizm też będzie się odkręcał przez jakiś czas, zanim zaadoptuje się do nowego wysiłku.

Chciałbyś zrobić ileś rzeczy, ale masz maksymalnie cztery godziny w tygodniu

Przestałem już z tym walczyć. Trzeba przyjąć tak jak jest i pogodzić się z tym, że tak to wygląda. Jeden z zawodników, który grał u nas w Victorii – Paweł Kowalkowski poszedł na poziom Conference South i tam zimą trenowali trzy razy w tygodniu. Latem cztery treningi, ale to też nie jest jakaś wielka różnica w objętości treningu od tego co my robiliśmy w Victorii. Wtorek, czwartek, piątkowy rozruch i w sobotę ”ogień” (śmiech). Tyle, że chłopaki już byli bardziej przygotowani fizycznie. Była dużo większa świadomość w szatni, żeby być dobrze przygotowanym do gry i po prostu być fit.

Im wyżej, świadomość piłkarzy jest większa i większy jest głód zawodników. Każdy z nich grający na poziomie Conference South ma w głowie, że chce pójść do League Two, podpisać kontrakt profesjonalny w Football League i żyć z piłki na pełen etat, a nie dostawać 250 funtów tygodniowo i być dodatkowo na przykład taksówkarzem czy pracownikiem fizycznym. Spora część menadżerów właśnie z poziomów non-league jeździ ”black cabami” w Londynie. To jest najprostsza praca do połączenia z obowiązkami trenerskim. Jesteś panem swojego losu, chcesz jechać na miasto, jedziesz na miasto. Chcesz jechać na trening, wrzucasz do samochodu piłki,sprzęt i jedziesz na trening. Chociażby menadżer Hampton & Richmond, którzy grają o awans do National Conference jest taryfiarzem. Jest gdzieś w sieci fajny wywiad, w którym mówi, że jest taksówkarzem i trenerem na szóstym poziomie, gdzie na mecze przychodzi ponad 1000 osób. To jest właśnie poziom, na którym chciałbym być za kilka lat, a nadal widać, że nie jest to poziom w pełni profesjonalny, tylko trzeba wciąż łączyć pracę zawodową z piłką.

Piłka jest ważna u ciebie, ale masz pracę, która kompletnie nie jest związana z piłką. Myślisz, że w najbliższej przyszłości byłbyś w stanie, w jakiejkolwiek konfiguracji, utrzymywać się tylko z piłki?

Nie ma szans! Potrzeba byłoby naprawdę duże pieniądze zarabiać. Nawet w akademii pracując na fajnym kontrakcie, nie ma takiej możliwości, żeby się utrzymać tylko z piłki.

To jest ciekawa kwestia, od jakiego poziomu można żyć tylko z piłki.

Myślę, że na poziomie akademii, np. w takim Watford, Coventry czy innym profesjonalnym klubie, gdy jesteś na przykład „Lead Youth Development Phase Coach” czyli takim koordynatorem danego przedziału wiekowego, to masz pracę na pełny etat.. Chociażby Mark Muddyman, o którym wspominałem w kilku wywiadach tak pracował w Watfordzie w kategorii U8-U12 i to była jego jedyna praca. Tylko, że nie była jakaś wielka pensja od razu zaznaczmy. Ja aktualnie więcej zarobię w swojej pracy. Są też trenerzy pracujący na part-time w akademiach, którzy dostają w zależności od klubu pomiędzy 400 – 600 funtów miesięcznie i nie są to duże pieniądze. Każdy z nich ma jakąś dodatkową pracę. Nawet pracując w klubach pokroju Watfordu czy Wimbledonu nie ma szans, żebyś tylko z tego się utrzymywał, nawet będąc head coachem jakiejś grupy.

Gdybym wrócił teraz do Polski i poszedł pracować na przykład do okręgówki oraz do pierwszej lepszej akademii z brzegu pewnie bym sobie z piłki żył. W okręgówce na Mazowszu z moim CV dostałbym jakieś 2000-2500 złotych plus za juniorów mógłbym dostać 1000-1500zł i złożyłbym cztery tysiące, za które można przeżyć i nie iść do dodatkowej pracy. A przecież jest to możliwe bo wszystkie treningi są wieczorem. Jest trochę inaczej.

Tutaj trenerzy dostają pieniądze od treningu. Za jednostkę możesz dostać od 10 do 40 funtów w zależności, jaki masz staż w trenowaniu i licencję. Trochę byłem tym zdziwiony na początku. Myślałem, że idąc do niższych lig, też jesteś w stanie się jakoś z piłki utrzymać, a tak naprawdę te pieniądze z akademii to są frytki, ewentualnie stanowią dodatek do budżetu domowego.

Zagraj w BETFAN pierwszy kupon BEZ RYZYKA! Jeśli przegrasz, zwrot do 100 PLN trafi na Twoje KONTO GŁÓWNE z możliwością natychmiastowej wypłaty!

Kij ma dwa końce. Dobry, bo odsieje najsłabszych, którzy nie chcą się rozwijać, ale niektórzy po prostu nie będą mieli na to czasu, bo wszystko pochłonie ich praca zawodowa, za którą muszą się utrzymać.

Mi się podoba. Tutaj nie ma trenerów z przypadku. Jeśli chcesz się rozwijać, mieć UEFA B czy A  zrobione w angielskiej federacji musisz się mocno poświęcić. Nie ma drogi na skróty. Każdy ma świadomość, że w piłce grassroots nie ma takich pieniędzy, żeby tylko z tego żyć. No chyba że masz swoją akademię, w której trenuje 400 dzieciaków i każde z nich płaci 50 funtów składki. Wtedy możesz powiedzieć, że z tego będziesz żył. To jest realne.

Jeśli jesteś trenerem, takim jak ja, no-name’m biegającym po boiskach grassroots, musisz się poświęcić. Wspominałem choćby przy okazji kursu. Nie każdy pojedzie po tygodniu w pracy nocnym autobusem, żeby siedzieć później od trzeciej do ósmej w McDonaldzie. Przy okazji słuchać pijanych Walijczyków w Newport bo co innego mogą robić w środku nocy. Dlatego teraz Walia kojarzy mi się głównie z pijanymi nastolatkami…Są rzeczy, które trzeba przetrwać.

To samo w Londynie. Jeden będzie chciał pojechać półtorej godziny na drugi koniec Londynu, tak jak ja, gdy prowadziłem zajęcia w Brixton na południu miasta, mieszkając na północy na Harrow. Przykładowo w piątek po pracy na trening z seniorami i w sobotę rano dwie godziny z dziećmi. Jeden ze znajomych powiedział >, na co odpowiedziałem, że za dzieciaki 15 funtów. Za te pieniądze opłaciłem sobie bilety w dwie strony i zostawało na bułkę i jogurt. To nie był żaden dochód ekstra, tylko chodziło o doświadczenie. Chodziło o kontakt z angielskimi zawodnikami i pracę w akademii. Chciałem być bliżej tego języka typowo treningowego i uczyć się go od dzieci.

Albo się ktoś poświęci i pójdzie w tą stronę, albo nie. To nie jest takie łatwe i proste, jak u nas w Polsce. Patrząc z perspektywy Anglii, u nas mamy jak u pana boga za piecem. Pójdziesz do okręgówki, dostaniesz półtora czy dwa tysiące, dorzucisz trochę gdzieś w pracy i żyjesz sobie na wiosce. Mam sporo znajomych, którzy tak funkcjonują. Przez to, że tyle płacimy na tak niskim poziomie, to nie zmusza trenera do wytężenia, do pracy. Jemu się to podoba. Ma blisko domu, pieniądz się zgadza. Po co chcieć więcej?

Tutaj jest ten głód. Idziesz do pracy trenera i nic nie płacą. Wspomniany Tooting Bec FC szuka trenera. Aplikacji? Mnóstwo. Płatność: zero. Pozycja: Volunteer. A przecież będę musiał jeździć na treningi, mecze itd. Finalnie tak naprawdę dopłacasz do biznesu, żeby się rozwinąć. Musisz się na to zgodzić. Wydaje mi się, że to zmusza do tego, że ci najbardziej ambitni albo niezależni finansowo dadzą radę. Np. mój dyrektor w firmie też jest trenerem i również chciałby pracować w piłce seniorskiej. Jemu jednak nie robi różnicy czy to będzie za darmo, czy za pieniądze, gdyż jest tak usytuowany, że ma spokój.

Ten system kasuje trochę leniwców. Jest głód i chęć, a jeśli to jest, będzie też rozwój.

***

Epilog

Latem przyszedł na nabór gość w klapkach, koszulka moro, rozcięta, taka nasza ”żonobijka”, jak dla Rambo. Nazywa się Jae Kelly, rocznik 1998. Gość z ulicy. Przebrał się i był jednym z najlepszych zawodników, więc zostawiliśmy go do gry na nowy sezon. Okazało się, że grał w rezerwach jakiegoś klubu na trzynastym czy czternastym poziomie. To był chłopak, który w obecnym sezonie był w TOP3 klasyfikacji kanadyjskiej. Topowy zawodnik – na naszą ligę – a przyszedł z ulicy, nikt go nie znał. Po tym sezonie kilka klubów z wyższych lig pyta o niego.Ma gaz, potrafi grać 1×1 i jest silny.

W Londynie organizowanie triali/naborów to jest złota myśl, bez względu na poziom. Oczywiście nigdy nie wiesz, kto ci przyjdzie. Może ktoś przyjść, komu się wydaje, że jest super a tak naprawdę potrafi bardzo mało. Są jednak przypadki, że przychodzą tacy, którzy mają potencjał, a są zakopani w czternastej lidze przez różne dziwne historie, tak jak ten Jae, o którym powiedziałem. Rozpoczął grę u nas i co mecz bramka albo asysta.

Pierwsza rzecz jaką bym zrobił w Tooting Bec FC – otwarty nabór – bo to jest południe Londynu. Blisko do Croydon, gdzie piłkarzy wychowanych na ulicy jest wielu. Myślę, że bez problemu bym tam znalazł piłkarzy dobrze grających na tym poziomie (dziesiątym).

Lokalizacja ma bardzo duże znaczenie. Niestety przybywa też tych trudnych dzielnic. Ludzi jest coraz więcej, a miasto się nie rozrasta, tylko dostawiają nowe budynki. Na wspomnianym wcześniej Brixton, gdzie pracowałem na początku mojego pobytu w UK, znajomi mi mówili, żebym wieczorami sam nie wracał. W soboty miałem poranne zajęcia z dzieciakami więc było ok, ale w piątki były koło godziny 19. Pytałem się, jak wracać, to mówili, żeby ciemne zaułki tylko od razu pakować się do metra,gdzie będzie najbezpieczniej. Wieczorami bywa tam różnie. Można dostać nożem, dostać w łeb, mogą Cię okraść, ale jednocześnie tam jest najwięcej typowych ulicznych zawodników, którzy całymi dniami grali albo na betonie, albo w parku i potrafią czarować futbolówką.

Komentarze

komentarzy