Sao Paulo vs Santos. Kto wychował większe gwiazdy futbolu?

Kaka vs Neymar. Kto ma lepszą akademię?

Kaka jako złoty medalista mundialu 2002 i posiadacz Złotej Piłki z 2007 roku, Neymar jako najdroższy piłkarz w historii. To dwie największe perły, jakie wypuściły w świat topowe akademie klubów brazylijskich. Kto więcej zarobił? Kto wychował lepszych zawodników? Trudno jednoznacznie odpowiedzieć. Ważne, że bez kłopotów można było wybrać łącznie 30(!) graczy, którzy albo dali pieniądze, albo rozgłos swoim klubom. Przekonajcie się sami.

Wybór najlepszej akademii szkolącej piłkarzy w Brazylii jest niezwykle trudny i skomplikowany. W ostatnich latach bardzo głośno o produktach z ośrodka Nino do Urubu, gdzie trenuje Flamengo. Vinicius Junior i Reinier do Realu Madryt, a Lucas Paqueta do Milanu. Łącznie grubo ponad 100 milionów euro wpadło do kieszeni klubu z Rio de Janeiro.

Chętnie przyjrzymy się – w kolejnych odcinkach – kogo wychowywały kluby z największych brazylijskich miast, gdyż wydaje się, że temat jest po prostu bardzo szeroki. Na początek największa południowoamerykańska metropolia, czyli Sao Paulo, a konkretnie stan o tej samej nazwie. Piłkarsko wydaje się być najmocniejszy, w końcu w 2020 roku mają 5 klubów w Serie A oraz 4 w Serie B, czyli najwięcej w obu najwyższych klasach rozgrywkowych.

Skoro tak, wybieramy dwóch gigantów stanu Sao Paulo, a więc Santos i Sao Paulo FC. Jedni i drudzy mają mnóstwo sukcesów na koncie, wygrane mistrzostwa kraju, Copa Libertadores. Ponadto wydali w świat wielu kapitalnych zawodników. Pod lupę braliśmy piłkarzy, którzy wyfrunęli z obu klubów w tym wieku. Dlatego zabrakło miejsca dla największych legend, a więc Pelego, Coutinho po stronie Santosu czy Serginho Chulapy, Mullera i Rogerio Ceniego po stronie SPFC.

Sao Paulo vs Santos akademie
Obie akademie wypuściły w świat wiele gwiazd. Wybraliśmy po 15. najlepszych

Santos produkuje skrzydłowych

Największe pieniądze zawsze można było zarobić na zawodnikach ofensywnych. Co prawda Porto i Benfica udowodniły, że również obrońcy są w cenie, to jednak Santos bazował na sprzedaży efektownych zawodników. Takimi byli Neymar, Robinho czy Rodrygo. Można powiedzieć, że Peixe są regularni w dostarczaniu tego typu zawodników do Hiszpanii. W 2005 Robinho idzie do Realu, w 2013 Neymar do Barcelony, a przed rokiem Rodrygo poszedł w ślady Robinho. Różnie przebiegała bądź przebiega kariera każdego z nich, ale jedno trzeba powiedzieć, każdy z nich był potężnym kopem do przodu dla wizerunku akademii Santosu.

W nieco inną stronę idzie Sao Paulo. David Neres nie rozegrał nawet dziesięciu meczów w pierwszym zespole i już poszedł do Ajaxu Amsterdam za 12 milionów euro. Następny w kolejce jest trzy lata młodszy Antony, który latem pójdzie drogą Davida Neresa i również zasili holenderski klub. Koszt? Niecałe 16 milionów euro.

Kaka i inne „10” w Sao Paulo

Obie ekipy wydały na świat również ciekawych rozgrywających. Zwłaszcza Sampa słynie z piłkarzy idealnie nadający się do gry na pozycji „10”. Numerem jeden oczywiście Kaka, który jest ostatnim zdobywcą Złotej Piłki przed erą Messiego i Ronaldo. Poza nim przecież jeszcze Oscar, Lucas Moura czy Hernanes.

Santos również dysponuje trójką, którą wydał w tym wieku. Jednak różnica jakościowa zdecydowanie na korzyść Tricolores. Peixe to przede wszystkim Diego. Ten zawodnik bardzo dużo podróżował i trzeba przyznać, że miał nosa do wyboru kierunków. Dlaczego? Lekką ręką licząc zgarnął 14 pucharów! Co prawda wygrane z reprezentacją to zazwyczaj triumfy w wielkich turniejach – 2x Copa America – to jednak największym osiągnięciem było mistrzostwo Hiszpanii z Atletico Madryt i przerwanie serii zwycięstw Realu i Barcy. A do stolicy Hiszpanii przyszedł, najpierw na wypożyczenie, a później na stałe za… 1,5 miliona euro. Porównując do kwot, jakie płaciły za niego Juventus – 27 – i Wolfsburg – 15,5 – to grosze. W 2016 wrócił do Brazylii i dobrze zrobił, bo w ubiegłym sezonie zgarnął podwójną koronę.

Pozostała dwójka to już poziom niżej. O ile w przypadku Felipe Andersona można mówić, że wykorzystał swój potencjał, o tyle Ganso przez kontuzje i swój styl nie zawojował Europy. Zresztą, Ganso znaczy po portugalsku gęś i nietrudno się zgodzić, że stylem pasował do tego zwierzęcia. Z piłką dostojny, bez niej raczej człapał, aniżeli biegał. Technicznie geniusz, ale to na dzisiejsze granie zbyt mało, jeśli chodzi o topowy poziom na Starym Kontynencie.

Uciekli za pół darmo

Sao Paulo to także miejsce, które… wypuszcza swoje talenty. Tak było w wielu przypadkach. David Luiz spędził tam dwa lata i w wieku 14 przeniósł się do Vitorii w stanie Bahia. Podobną drogę, dwa lata później przebył Hulk. Historia tego drugiego, zanim trafił do Europy, była jeszcze bardziej skomplikowana. Droga na Stary Kontynent wiodła przecież przez Japonię. Ederson odszedł do Europy za grosze jako nastolatek. Wówczas nikt się nie przejmował taką stratą, w końcu w klubie królem był Rogerio Ceni. Ederson przebył zupełnie inną drogę niż Alisson i tak naprawdę dopiero w Benfice, a później Manchesterze City, usłyszał o nim cały świat.

Kłótnie i strata pieniędzy

Sao Paulo może być dumne ze swoich wychowanków, ale z poczynań na rynku transferowym zdecydowanie mniej. Tak chociażby było w przypadku dwóch piłkarzy, którzy grali lub grają na topowym poziomie. Najpierw kłopoty z Oscarem. Ofensywny pomocnik za wszelką cenę chciał odejść w młodym wieku z klubu, który – jego zdaniem – nie wystarczająco doceniał jego grę pod względem finansowym, krótko mówiąc nie płacił. Wszedł w spór z władzami Sampy i uznał, że jego kontrakt nie obowiązuje – z winy Sao Paulo – więc podpisał umowę z Internacionalem Porto Alegre. Sprawa trafiła do sądu, który wydał wyrok korzystny – w jakiejś formie – dla wszystkich stron. Oscar został w Interze, ale klub z południa Brazylii musiał zapłacić poprzedniemu pracodawcy zawodnika 15 milionów reali brazylijskich. Wówczas była to kwota około 6 milionów euro i… jednocześnie stanowiła rekordową transakcje pomiędzy brazylijskimi klubami.

Casemiro również wszedł w konflikt z prezydentem Sao Paulo Juvenalem Juvencio. Był już mistrzem świata do lat 20 z 2011 roku, grał w pierwszym zespole SPFC, ale zarabiał tylko – według niego zbyt mało – 15 tysięcy reali miesięcznie. Wówczas to była kwota około 20 tysięcy złotych. Uznał, że skoro jest jednym z największych talentów, należy mu się sowita podwyżka. Jako że takowej nie dostał, szybko poszukano wyjścia. Takim było wypożyczenie do Castilli, rezerw Realu Madryt. Szybko błysnął, Królewscy wykupili go za 6 milionów euro(!), a resztę historii znają wszyscy.

Przejęli i zyskali

Z kolei w drugą stronę zrobił Lyanco. Brazylijczyk z serbskimi korzeniami został przejęty, gdy nie chciało go Botafogo, a po kilku latach wyfrunął do Europy. Cena: 6 milionów euro, jakie Torino zapłaciło Sampie za środkowego obrońcę. W wieku 16 lat do Sampy przyszedł Hernanes. Chłopak pochodzący z północy Brazylii zrobił fajną karierę, w końcu zagrał w trzech wielkich włoskich klubach – Lazio, Interze i Juventusie. Wydaje się jednak, że gdyby urodził się kilka lat wcześniej byłoby mu łatwiej. To rozgrywający bardziej w stylu Riquelme, który raczej nie jest demonem szybkości, a i nikt nie kojarzy go z dużego biegania.

***

Niewiele brakowało, a do grona absolwentów akademii Cotia dołączyłby… Henrik Mchitarjan. Ormianin był na kilkumiesięcznych testach, gdy miał 13 lat!

***

Szybki wyjazd

Są też zawodnicy, którzy zahaczyli o niektóre akademie. Tak jest w przypadku Carlosa Viniciusa. Trudno uznać go za jakiegoś „wonderkida”, skoro w Europie jego pierwszym klubem był… drugoligowiec portugalski Real SC.  Później szybki transfer do Napoli, w którym nie zagrał ani jednego meczu, a mimo tego Włosi solidnie zarobili. Udane wypożyczenie do Rio Ave – 20 meczów i 14 goli. Potem już tak dobrze nie było w Monaco, a mimo tego Benfica wykupiła go za 17 milionów euro spod Wezuwiusza i w obecnym sezonie strzelił już 20 goli!

W Gremio jest Caio Henrique, który w młodym wieku wyjechał do Atletico Madryt, gdzie rozpoczynał w rezerwach. Wydaje się, że ten wielokrotny reprezentant Brazylii do lat 20 i 23, ma przed sobą spore możliwości.

Niespełnione talenty

Oczywiście jak to bywa, wielu zawodników, którym wróżono wielką karierę, później zawodzi. Nie brakuje takich przykładów, ale oczywiście tutaj pojawią się ci najbardziej znani, którzy najbardziej zawiedli oczekiwania. Sao Paulo to przede wszystkim Lucas Piazon. Chelsea jeszcze przed jego 18. urodzinami zaklepała sobie usługi tego zawodnika, którego porównywano do Kaki. Podobny wygląd, pozycja i wydawało się potencjał, dawał nadzieję na kolejnego rozgrywającego z Sao Paulo. Rzeczywistość okazała się brutalna i od wielu lat Piazon tuła się po wypożyczeniach. W swoim CV ma ligę angielską, włoską, niemiecką, hiszpańską, holenderską, a od jesieni także portugalską w barwach Rio Ave.

Dużymi talentami byli także Ademilson czy Bruno Uvini. Ten pierwszy był gwiazdą tej samej reprezentacji U17, w której grał Lucas Piazon na mundialu w 2011 roku, a co ciekawe obok nich był wówczas Emerson Palmieri z Santosu. Jednak szybko się okazało, że gole strzelane w młodzieżówce nijak się miały do strzelania w seniorach. Dzisiaj gra w Japonii. Z kolei Bruno Uvini to kolega z młodzieżówek Neymara, który miał być następcą Diego Lugano w SPFC. Jednak ani w Napoli, ani w Tottenhamie i pozostałych klubach nie zrobił furory. Od kilku lat gra na Bliskim Wschodzie lawirując między Katarem a Arabią Saudyjską.

W Santosie również nie brakowało zawodników, na których już widziano zarobione pieniądze w przyszłości. Wśród Jean Chera i Victor Andrade. Obaj to przedstawiciele rocznika 1995 i obaj liznęli Europy. Pierwszy z nich najpierw odwiedził młodzieżową ekipę Genoi, a później trafił do greckiego Paniliakosu czy też czwartoligowca z Hiszpanii Buelne. Drugi miał trochę więcej talentu i samozaparcia, bo po nieudanej przygodzie w Benfice, pograł w innych portugalskich klubach, przewinął się przez TSV 1860 Monachium, a teraz próbuje odbudować się w ojczyźnie w pierwszoligowym Goias.

Byli w Polsce

Polskich wątków w tym temacie nie brakuje. Wychowanek Sao Paulo Henrique Miranda kilka lat temu przewinął się przez Lechię Gdańsk. Przy czym słowo przewinął jest odpowiednie. Co innego w przypadku Marcelo. Obecnie środkowy obrońca Olympique Lyon zrobił karierę w bardzo specyficzny sposób. Zazwyczaj Brazylijczycy, którzy trafiają do Polski to zawodnicy, któregoś sortu. Są jednak przypadki inne. Tak było z Paulinho, Rodrigo Moledo i tak było z Marcelo. Przyszedł z Santosu jako 19-latek, który w dwa lata stał się kluczowym zawodnikiem Białej Gwiazdy. Efektem był transfer, za prawie 4 miliony euro, do PSV Eindhoven. Później Hannover, Besiktas, aż wylądował w Olympique Lyon. Kariera ładna, a gdyby nie było takiej konkurencji na środku obrony w reprezentacji Canarinhos, być może byłby kolejny piłkarz, który po grze w Ekstraklasie zadebiutował w kadrze Brazylii.